Kraków-Będzin-Kraków

Jadąc przez Olkusz to jakieś 76km. W zasadzie można by jechać rowerem, zajęło by to ze 4 godziny. Pojechałem pociągiem. W tamtą stronę poszło całkiem sprawnie: w Będzinie znalazłem się już po dwóch i pół godzinie, przesiadając się z rozpadającego się składu Regio na elegancki szynobus Kolei Śląskich na stacji Katowice Szopienice Południowe. Gorzej było, gdym wracał...

Nigdy nie chciałem dołączyć do pocztu narzekaczy na polskie koleje, ale jednak coś mnie pcha, aby opowiedzieć o mojej małej przygodzie. Ogólnie to ja bardzo lubię pociągi, nie dziwi mnie na ogół, że są stare i wolno jeżdżą, bo na to trzeba po prostu pieniędzy. Natomiast przyprawia mnie do białej gorączki kompletna głupota (która np. objawiła się także dość widocznie także podczas pewnego majowego łikendu).

Dworzec w Katowicach wygląda obecnie jak hmm... powiedzmy, że dworzec w jakimś prowincjonalnym miasteczku garnizonowym podczas mobilizacji. Miasteczko jest małe, więc i dworzec niewielki. Ludzi gęsto. Panika, zdenerwowanie i przerażenie na oczach co niektórych sprawia, że wszyscy na siebie wpadają, przepychają, patrzą gniewnie. Wróg nadciąga! Uciekaj kto może!

Nie było jednak mobilizacji garnizonu w Katowicach, a wrogiem była tak zwana DEZINFORMACJA, albo po prostu informacji brak. Wszyscy więc biegają, aby skądś ją uzyskać, ale nie ma skąd. Ci, którzy akurat gdzieś nie gonią, stoją w długich na 20 osób kolejkach do kasy lub gapią się na tablicę odjazdów całkowicie blokując schody (nie trzeba tu dodawać, że tablica Odjazdów jest położone niżej niż Przyjazdów, co powoduje, że nie można patrzeć z góry: żeby coś widzieć trzeba stać na schodach, bo wyżej nie widać, a jak wiadomo oczekujący na dworcu patrzą RACZEJ na odjazdy, nie?).

Opowiem Wam moją historię. Prosto z placu boju!

Po godzinie oczekiwania na dworcu w Będzinie (tak, tak, Będzin i Katowice leżące w odległości 12km są tak świetnie skomunikowane! autobus nr 40 był jeszcze później) szybko dojechałem do Katowic (tu ukłon w kierunku Kolei Śląskich). Na dworcu w Katowicach jest remont, ok. Ale to nie znaczy, że zwalnia to administrację z naklejenia jakiejś karteczki "Po bilety w lewo" czy coś w tym stylu. Ruszyłem więc z tłumem. Poszedłem jakimś długaśnym korytarzem i po chyba kilkuset metrach wylądowałem na jakiejś pomniejszej ulicy. Była tam kasa Przewozów Regionalnych. Ale ja potrzebowałem bilet na TLK (którego zresztą nie mogłem kupić w Będzinie, bo tam sprzedawali z kolei tylko Koleje Śląskie - tu brak ukłonu w kierunku Kolei Śląskich). Wróciłem więc kilkaset metrów, znalazłem inne wyjście i zobaczyłem 4 kasy na tym dworcu kolejowym w środku 3 milionowej aglomeracji. Jak możecie się domyślić pod kasami trwał jakiś horror, tymczasem po dwukrotnym przemierzeniu jakiegoś wielgachnego korytarza pozostało mi 4 minuty do odjazdu pociągu. Ok, poszukałem następnego. 17:08, ale teraz potrzebuję biletu na Przewozy Regionalne, a tu widzę same Inter City i jedne Koleje Śląskie. Już miał mnie trafić szlag na myśl o kolejnym przemierzeniu korytarza, kiedy znalazłem dwa automaty biletowy. Udało mi się kupić bilet!

Siadłem na peronie wskazanym przez tablicę przed którą chwilę postałem na schodach i czekałem. Na wyświetlaczach przy jednym torze pokazywał się Białystok, przy drugim Częstochowa czy jakieś inne miasto będące mi nie po drodze. Komunikaty z zawieszonych gdzieś w oddali słabych megafonów ginęły gdzieś wśród tłumów zbitych w zwartą masę na peronie. Ale moja wiara w kolej nie upadła! Są wyświetlacze, zresztą na pociągach zawsze jest napisane gdzie jadą.

Punktualnie o 17:08 z peronu odjechał krótki nieoświetlony żadnym napisem pociąg. Oczywiście beze mnie, bo nie sądziłem, że ta przyczajona, brudna od graffiti, wygaszona i nie zapowiedziana pantera to pociąg do Krakowa, szczególnie, że tłum kłębiący się na peronie od dłuższego czasu wcale do pantery nie wsiadł. Oczywiście pozostawiam Wam prawo ogłoszenia, że jestem ostatnią niedojdą, bo odjechał mi pociąg sprzed nosa. Tak się właśnie stało.

No ok, zobaczmy kiedy jest następny. Już za półtorej godziny! Ale zaraz, zaraz. Jestem w środku 3 milionowej aglomeracji i chcę dojechać do drugiego największego miasta w Polsce oddalonego o zaledwie 70km - na pewno coś tu jest nie tak. O, jest InterRegio Bus! Jedzie do Rzeszowa, pewnie przez Kraków. Jak się okazało - nie jedzie przez Kraków, ale ciekawsze było coś jeszcze innego. Otóż miejsce postoju tegoż busa jest spowite tajemnicą, unoszącą się jak opary z topniejącego pierwszego tej zimy śniegu. Informacji na dworcu nie ma. Stoi jakiś STEND firmy Inter City, ale obsługa dawno już poszła do domu (w końcu jest po 17). Spytałem sprzątaczy, wskazali mi przystanek przy ul.Andrzeja. Rzeczywiście, czekali tam jacyś ludzie, lecz żadnej tabliczki, żadnego plakatu czy żadnej nalepki o odjeżdżającym stamtąd InterRegio Busie nie zastałem. Zastałem za to busik prywatny stojący opodal, a przed nim przebierający na mrozie nogami sznureczek 30 osób. Trzeba to nazwać po imieniu: to jest upokarzające. Prawie jak w Kirgistanie czy na głębokiej Ukrainie, tyle tylko że nie mieli kraciastych toreb a'la cygan z targu i nie walczyli na łokcie.

Muszę w tym momencie przyznać z pokorą, że niejako zamknięty pod kloszem względnie uporządkowanego Krakowa, jeżdżąc czasem do bardzo uporządkowanego Wrocławia i odwiedzając raz na czas góry (w których nie ma co porządkować) czy Mazury nie zauważam, że mój kraj, pod względem poziomu organizacji i myślenia dalej bliższy jest Ukrainie czy Kirgistanowi, niż któremukolwiek z państw zachodnioeuropejskich. Ktoś pomyślał, że będziemy europejscy i będziemy czytać zapowiedzi także po angielsku. Więc pani czyta, ale co z tego, skoro jej nie słychać, bo ktoś słabo przemyślał rozmieszczenie megafonów, nie mówiąc już o jakości dźwięku. Ktoś z marketingu firmy IC wymyślił kolorowy i "nowoczesny" STEND, który w niczym nie pomaga, bo stoi pusty i frustruje zdezorientowanych podróżnych potrzebujących zwykłej informacji. Ktoś też nakleił na ścianie kartkę ze strzałką "ul.Andrzeja" i pod spodem "Andrzeja street". Ale kto u licha będzie wiedział co to jest ulica Andrzeja czt nawet "street"? Się robi strzałki na wyjście do miasta, na dworzec autobusowy, nie wiem, na postój taksówek, a nie na jakiś Andrzeja street! Kto wie co jest na Andrzeja street, to i wie jak tam iść, a jak ktoś nie wie, to co mu z tej strzałki?

Chciałbym tu również zaznaczyć, że nie jestem jakimś gorącym czy ślepym fanem rozwiązań zachodnich. Uważam tylko, że należy zaznaczyć gdzie jest przystanek, gdzie można kupić jaki bilet, że należy powiesić tablicę odjazdów wyżej niż przyjazdów oraz że 3 milionowa aglomeracja powinna być dobrze skomunikowana z drugim największym miastem w kraju oddalonym o 70km. Że ponadto trzeba się domyśleć, że w 3 milionowej aglomeracji 4 kasy biletowe to trochę mało i że stawianie kas jednej firmy od kas drugiej firmy w odległości 500 metrów to średni pomysł na sukces w biznesie.

A, byłbym zapomniał. W tym nowym długaśnym tunelu kapie woda z sufitu.

Do Krakowa dotarłem z Będzina w sumie po przeszło 5 godzinach. W czasie drogi czytałem o Wielkiej Grze, a później o Łukaszence. Co mi się nasuwa... Po pierwsze to gdybym podróżował na podobnym dystansie XIX-wieczną rosyjską koleją transkaspijską, ciągnącą z zawrotną prędkością 15 mil na godzinę, byłym szybciej. Po drugie, chociaż oczywiście nie popieram metod politycznych Baćki, to jednak jego skuteczność w utrzymywaniu porządku sprawia, że podpisałbym się rękami i nogami pod jego kandydaturą na... kierownika dworca kolejowego w Katowicach.

Komentarze

  1. dobra, pkp pkp, a co robiłeś w Będzinie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Drogi Wojciechu. Tu Marcin, prosto ze Śląska. Trzeba było zadzwonić, to bym Cię pokierował i zaoszczędziłbyś kilka godzin.

    Rozumiejąc Twe uczucia, pragnę tak troszkę stanąć w obronie Katowic. Po pierwsze dworzec nie jest w remoncie, tylko bardziej w budowie (a raczej był, bo otwarli go w poniedziałek - źle trafiłeś). To co opisałeś jako dworzec, jest tylko małym południowym holem i owszem, nie jest tam najprzestronniej. Z sufitu tego długaśnego tunelu kapie, bo właśnie rozebrano nad nim peron 4, by zbudować go od nowa.

    Inna sprawa, że obecnie na trasie Katowice-Kraków nie warto jeździć pociągiem, bo trasa E30 pomiędzy tymi stacjami jest w remoncie. Korzystać należy z prywatnych busów (je widziałeś), bądź z prywatnych autobusów, odjeżdżających z Al. Korfantego w pobliżu rynku, który zresztą też chwilowo nie istnieje.

    Aha, tabor Kolei Śląskich to nie szynobusy, tylko porządne pociągi. Szynobusy to jeżdżą z Krakowa Głównego na Balice.

    No i w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  3. Drogi Marcinie (prosto ze Śląska!)

    A busikach już wspomniałem: nie będę stał w deszczu i mrozie w kolejce przed busikiem, bo uważam to za upokarzające. Tzn. jakbym był w Kirgistanie to bym stanął, ale w Polsce unoszę się dumą bo słyszałem, że jesteśm,y w jakiejś unii europejskiej czy coś takiego. I w Europie w ogóle. Podobno cywilizowanej. Zresztą i tak bym się pewnie nie załapał, bo kolejka była dłuższa niż liczba miejsc w busiku. A poza tym, to jak już wspomniałem lubię jeździć pociągami. Ostatecznie dzięki wszystkim tym zawirowaniom jedną książkę czytać skończyłem a drugą przeczytałem całą, nie ma tego złego ; ).

    Tak czy tak, obojętnie co remontują, co budują od nowa, co zamykają a co otwierają - informację mogliby jakąś powiesić, to nie boli/

    No i w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie chce narzekać na krk, ale ostatnio jak wracałem, to nie było pociągu który być powinien. I siedziałem z Panami żulami na dworcu do 4 rano ;] Fajnie było :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty