Aktualności: Koniec świata - Darien i ominięcie go wodą [z trasy]

W ostatniom czasie, znaczy się w ciągu ostatniego miesiąca mniej więcej, wydarzyło się rzeczy kilka, natomiast jakoś nie było specjalnie dużo internetu w zasięgu. Teraz też go nie ma za dużo, dlatego się streszczę fotograficznie.

Po pierwsze to spędziłem sporo czasu w Ciudad de Panama, nabywając nowych umiejętności z kategorii "podróżowanie samoutrzymujące się" - szczegóły wkrótce w jakimś wpisie w stylu "jak zarabiać na podróż w czasie podróży:


W tak zwanym międzyczasie skomponowaliśmy rower dla Sandry.  Wiecie, że do Panamy też docierają używane rowery z Niemiec? Taki właśnie kupiliśmy, a sakwy wystrugaliśmy z pojemników na olej.
Sandra ostała się jeszcze jakiś czas w mieście, natomiast ja pojechałem na wycięczkę końcoświata znawczą do Darien. Tam dowiedziałem się, że przebywam w Panamie nielegalnie, ale poza tym było całkiem ciekawie, spotkałem sporo zwierzy, takich jak mrówki liściotnące.
Żółwie... [mój kolega Krzych z Laskowic miał też takiego zdaje się, dał mu na imię Kamilus, ale mimo starań Krzycha Kamilus był ze trzy razy mniejszy niż ten oto egzemplarz spotkany grzieś już za Meteti]
Jaguary - na szczęście w formie naściennej
No po prostu jak to mówi [bardzo brzydko zresztą] mój kolega Tomasz: ch*je muje dzikie węże!
Natomiast sam koniec świata zwany również przesmykiem Darien jest bardzo zwyczajny: dzieci chodzą do szkoły, policja patroluje... [na zdjęciu miejsce, w którym kończy się Panamericana, drogi naziemnej do Kolumbii brak, dalej tylko puszcza, wioski ludu Embera i podobno mniej lub bardziej znarkotyzowani partyzanci FARC]
... a jak ktoś już przewozi lodówkę, to od razu ze skrzynką piwa w pakiecie.
Dzieci ludu Kuna grają w tradycyjny sport zwany futbolem
A wolontariusze z Peace Corps odpoczywają w łikendy w kolorowych chatkach, przygarniają pod dach przypadkowych rowerzystów
W końcu jednak przyszło opuścić stolicę Panamy razem z Sandrą

Sandra dojechawszy do Portobelo [mają tam świetny chleb] mówi, że dalej na rowerze to chyba już nie, no zobaczymy gdzie zajedziemy razem [zdjęcie z noclegu u strażaków w Sabanitas]
Z Portobelo udaliśmy się jeszcze kawałek dalej, do Miramar, gdzie czekając na życzliwy statek towarowy, który nas zabrał do Puerto Obaldia (granica z Kolumbią), przyjaźniliśmy się z mieszkańcami
Dalej nastąpiło 6 dni rejsu przez archipelag Kuna Yala, 6 dni rozładowań towarów i tłustego okrętowego żarcia
a czasem przechadzki w poszukiwaniu kokosa.

Po sześciu dniach - Puerto Obaldia, skąd wykonaliśmy motorówkowy skok do Capurgana, już w Kolumbii
Capurgana jest już trochę większym ośrodkiem niż Puerto Obaldia, mają tam w szczególności koniobusy
Nade wszystko jest to jednak miejsce na tyle przyjemne, że można się tam zatrzymać na niesprecyzowany "jakiś czas"
Tom się zatrzymał i chwilowo tam siedzę (chociaż podobno to niebezpieczne: mówią, że kto raz zatrzyma się w Kolumbii, nigdy z niej nie wyjeżdża), dorywczo zajmuję się muzyką i cukiernictwem. Do napisania!

Komentarze

  1. Fajna relacja z podróży. A krab jest genialny!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej a miałeś jakieś ubezpieczenie na wyjazd do tych podróży? Bo ja mam zamiar jechac do Tajlandii i w sumie nie wiem czy warto się w coś takiego zaopatrzyć. To jednak dodatkowy koszt.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty