Droga do Limy na pocztówkach. Część II: Góry.

Alpaki, tunele, Klub Matek, owce, lodowce, mało tlenu, dużo deszczu, czyli druga część drogi z granicy do Limy spisanej na pocztowkach.

--> gwoli wstępu i spójności zob. Część I: Pustynia
--> wszystkie zdjęcia zob. Peru - na północ od Limy


22/09/2016, 10 km za Chiquicara


Po ośmiuset kilometrach od granicy wreszcie zjeżdżam z głównej drogi i widzę inną twarz Peru. Wreszcie znikają wydmy i szarość pustyni, a wiatr, który codziennie usiłował mnie zatrzymać dmiąc na północ, teraz wpycha mnie między skalne załomy Cordillera Blanca. Dolina rzeki Santa zielenieje od pól. Woda z kanałów irygacyjnych przepływa szeleszcząc półkami kwadracików obsianych ryżem. Szeleszczą także szerokie liście kukurydzy, których kolby suszą się w złotych kręgach na obrzeżach pól. Wyżej, tam gdzie nie dociera irygacja, na pierwszych tych grzbietach górskich na wschód od wybrzeża, jest sucho jak wcześniej na pustyni. Piach zalega w łatach, oblepia granie, podobne Tatrom Zachodnim w miesiącach śniegu.


23/09/2016, Huallanca

Wjeżdża się jak w labirynt: skaliste ściany wystrzelają po obu stronach, tak wysokie, że można tylko zadzierać głowę i się dziwić. Droga wije się w dole, w ciasnym kanale wyszarpanym górom przez rzekę. Bywa, że wieje. W surowym, pustym krajobrazie czasem pojawiają się rzędy opuszczonych domów z suszonej cegły. Już bez dachu, bez okien, bez niczego: naga glina w blokach. Wyglądają jak pozostałości przedwiecznych osad splądrowanych przez Czyngis-Chana, przez Tamerlana, bo tu wszystko tak Azję przypomina. W Huallanca śpię w Klubie Mam. Zdarza się. Szybko zdobyte kontakty. Stałem na ulicy, a kelnerka z wiejskiego bistra patrzyła na mnie. Na tyle roztargniona, że bezwolnie wkładała sobie rękę w stanik. Śliczny cukiereczek w wysoko nasuniętej czerwonej spódniczce. Wolę myśleć, że miała te osiemnaście lat.

Za Chiquicara

Nocleg w Cañon del Pato
Wąsko

Tunelowo

Malowniczo

Spadnie?
24/09/2016, Toma - Carhuaz

Nie liczyłem, ale podobno jest ich czterdzieści. Czasem przecina się po kilka na raz, po cztery, po pięć, dzieli je raptem kilka metrów rozświetlonej słońcem drogi. Przed wjazdem należy zatrąbić: tak pouczają znaki. Trąbienie jest dla kierowcy samonadaniem sobie pełni praw do wykonania dowolnego manewru. Trąbią więc i walą pełną parą przez czterdzieści tuneli wykutych nad skalnym urwieskiem, gdzie droga ma raptem jeden pas ruchu, a czasem i mniej. Każdorazowo wjazd do takiego tunelu na rowerze ma w sobie coś z samobójstwa. Albo: miałoby. Szczęśliwie w Machali (Ekwador) zakupiłem odpowiednią trąbkę i w ten sposób stałem się pełnoprawnym uczestnikiem ruchu.

Zwolnij? Kieruj ostrożnie? Nie, po prostu trąb i jedź dalej!
Jeden za drugim
Sesja z samowyzwalaczem
25/09/2016, wjazd do Parku Narodowego Huascaran

Za labiryntem skalnym Cañon del Pato dolina rzeki Santa ponownie się rozszerza. Uprawo to jednak już nie ryż, a raczej ziemniaki i cebula, to już ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Zdarzają się i jabłoniowe sady w białoróżowym kwieciu. Nie widziałem ich od przeszło trzech lat. W Carhuaz skręcam w lewo: łagodny podjazd wzdłuż rzeki Santa zamieniam na serpentyny prowadzące na grzbiet Cordillera Blanca. Senność okolicy wzmocniona jest bezruchem słonecznej niedzieli. Piechotą wraca z pola były mieszkaniec Limy, "tutaj wszystko jest łatwiejsze, wynajmuję kawałek ziemi, woda z gór leci za darmo, sadzę róże, sprzedaje eksporterowi, mam ciszę i święty spokój". Kobiety w wysokich kapeluszach i spódnicach lekko za kolano, w kolorowych skarpetach, siadają na skraju drogi, merdają suchym badylem na kilkoro owiec. Mężczyźni w spodniach na kant i kołnierzykowatych niebieskich koszulach noszą chrust. Ktoś orze pole pługiem zaprzężonym do pary wołów. Do tego słońce. Klimat jak z "Upadku Ikara" Bruegela.


26/09/2016, Chacas

Spieszę się. Koło południa - może nieco później - najpewniej zacznie padać. A deszcz na blisko pięciu tysiącach metrów to nic przyjemnego. Póki co świeci słońce. Głowa zakryta czapką uszanką puchnie od gorąca i choroby wysokościowej. Oczy bolą od światła, i to pomimo ciemnych okularów. Trzysta-czterysta metrów, zakręt, kawałek prostej, znowu zakręt, i tak kilkadziesiąt razy. Dolina rzeki Ulta oddala się powoli, ale miarowo. Lodowce mam na wyciągnięcie ręki. Trzeszczą, zrzucają z siebie niewielkie lawiny. Ostatnie dwa kilometry nieasfaltowanej już drogi prowadzę rower, albo raczej on prowadzi mnie, bo ja padam z braku tlenu, Punta Olimpica 4890 m n.p.m.


Początek podjazdu z Carhuaz
Chatka parku narodowego, dobre miejsce na nocleg przed ostatecznym rozprawieniem się z przełęczą
Śniegi i biele
Ostatni fragment po płaskim
W prawo
W prawo, w lewo, w prawo, w lewo, ten szary poskręcany wąż to droga
Kurczę, nigdy wcześniej nie jeździlem rowerem w bliskim towarzystwie lodowców
Sesja

Bardzo pod górkę, znaczy

Punta Olimpica zdobyta
Widok z turkusowym jeziorkiem na deser
27/09/2016, Chacas

Nie rozumiem co mówią. No, teraz to dopiero jestem za granicą. Z drugiej strony wiem, że mnie rozumieją, że za każdym razem gdy zapytam, usłyszę odpowiedź. I jak tak przypatruję się im szeleszczącym w keczua mam wrażenie, że to tylko taka ich zabawa: przecież jak tylko odezwę się w cristiano - po chrześcijańsku, jak pisze Llosa - wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wróci do normy.

Ale to nie tylko to, bo i nie znam twarzy z banknotów, ani nazwisk z nazw placów i ulic, bo ani Chrobry, ani Wyczółkowski, ani Miranda, ani Santander. Stoją na rogach i czekają, a ja nie mam pojęcia: na co. Nie słuchają argentyńskiego rocka. Chyba, zresztą nie wiem, bo Chacas spowija cisza zawsze wtedy, gdy nie skrzypią drewniane drzwi sklepów, w których szklane litrowe butelki coca-coli stoją dumnie w dziesięciocentymetrowych odstępach jak sportowe trofea. Można by tu zabrać kogoś, z kim lubi się pomilczeć. Ale jej tu nie ma.


28/09/2016, 20 km za San Luis

Jeśli w Kolumbii mówiłem, że tamtejsze drogi bez asfaltu biją rekordy niewygody, to tylko dlatego, że nie byłem wcześniej w Peru. Podróż zwolniła, koła utykają między wielkimi kamieniami. Może właśnie tak ma być, może tylko tak powinno się podróżować po Andach, tylko tak próbować zrozumieć ich muzykę: monotonną, transową, dudniącą niby oddech świata, a przy tym jasną, krystaliczną, oczyszczającą, katharsis na harfę i dwoje skrzypiec. Takie dźwięki dochodziły z wpółotwartych drzwi jednego z biało-identycznych domów w Chacas. Usiadłem naprzeciw, by posłuchać. Ktoś wyszedł i zaprosił mnie do środka.


29/9/2016, Huari

Niedaleko jeziora Huachucocha - 4250 m n.p.m. - odwiedziłem gospodarstwo mleczarskie. Odwiedziłem je, bo w San Luis kupiłem ser. Kupiłem go, bo w Chacas poznałem projekt ojca Ugo - spółdzielnie, liczba mnoga. W Chacas spółdzielnia rzeźbi w drewnie. Prace eksportuje do Stanów, Europy i do sąsiadów. W San Luis robią sery. W Huachucocha doją krowy. Spółdzielni jest jeszcze więcej, także w Boliwii i Ekwadorze. Zyski dzieli się między pracownikow i przekazuje na cele społeczne, np. otwieranie nowych spółdzielni, by kolejne gminy i regiony odżywały. W sumie w spółdzielniach ojca Ugo pracuje ponad siedemset osób. 



Chacas

Rzeźbią
Domy mają białe
Robią małe witrażyki (i duże też)
Ostatnie wieczerzanie
Ostatnia cześć nogi

Ostatnie zabiegi nad krzyżem
Ostatnie słoneczne chwile przed deszczem (bo w dali już pada)
Spółdzielcze krowy

Spółdzielczy kran
Jezioro w sąsiedztwie spółdzielni

30/09-01/10/2016, za Antaminą

To były dwa ciężkie dni. Kiedy w San Marcos pytałem o drogą do Antamina, cztery razy usłyszałem: "nie dojedziesz!" Nie sądziłem, że droga może być tak stroma. Nie podejrzewałem, że taki maleńki fragmencik mapy można w rzeczywistości pokonywać przez cały dzień. Wczoraj, podchodząc gruntową drogą, miałem w planie nocleg na boisku szkolnym. Widziałem je z daleka: położony na wysokiej skale blaszany dach, który zawsze towarzyszy tego typu obiektom. Okazało się, że było to ... śmietnisko. Trzeba mieć fantazję, by budować śmietniska z widokiem na lodowce i pół parku narodowego. Następnego dnia, człapiąc powoli, zaczłapałem wreszcie do Antaminy. 4500 m n.p.m., gigantyczne ciężarówki wożące kamienie po przerośniętej piaskownicy, czyli kopalnia miedzi na wysokościach. Zrujnowany pejzaż, skażona woda i billboardy z hasłami miłości do środowiska, wiadomo. Owce patrzyły na to obojętnie, na ten heroiczny wysiłek setek maszyn i zastępów ludzi, o którego wartości decydują faceci z komputerami spekulujący na giełdzie commodities w Chicago, tysiące wirtualnych operacji, z których przeszło 99% nigdy rzeczywiściue nie dochodzi do skutku, dziś zwalniamy stu pracownikow bo inwestorzy mieli katar. Potem spadł grad, trafiłem pod strzechy pasterzy i w ogóle wszystko to za długie na jedną pocztówkę. Dość, że dali mi jeść gotowanych ziemniaków, pod powałą wiszą skróry alpak i jest ciepło.


Koparka
Krajobraz
Te oscypki to są owcze? Nu, owce, owce, bo jak je robie to pace na owce!
O, spadł
Sucha kupa na opał

02/10/2016, La Union

W tym mieście nic nie jest dobre. Psy musza o tym wiedzieć, bo ujadaja na wszystko, co się porusza. Niektóre ujadają tak po prostu. Tumult szarych domnów przecinają dwie ulice, z których tylko jedną wyłożono betonowymi płytami. Druga okazuje się główniejszą i to tam stopy toną w błocie między smażalnią kurczaków, brudnym hotelem i apteką. Wszędzie tu mają apteki, po trzy na przecznicę. Pewnie na bóle głowy, albo na zapomnienie. Nie żeby znowu pamiętać, ale właśnie żeby zapomnieć, zapomnieć gdzie się jest. Pada deszcz. A gdy nie pada, padał przed chwilą i chlupotowi stóp w błocie towarzyszą dźwięki kropel ktore zawsze skądś gdzieś spadają. Jedzenie jest chłodne i niesmaczne (a to ostatnie jest w Peru prawdziwą rzadkością). Mężczyźni - pijani, kobiety - zaniedbane, i każda wygląda na o dziesięć lat starszą, niż w rzeczywistości jest. Chciałem stąd uciekać, jak tylko wjechałem, ale zaczęło tak wściekle padać, że siedze teraz w jednym z tych tanich hoteli po dziesięć soli za noc, gdzie proszę wybaczyć, ale jest tylko zimna woda, no dobrze, a gdzie znajduje się łazienka?, łazienka? to będzie się pan kąpał w zimnej wodzie?, a światło jest zbyt slabe by pisać mniejszymi literami.


03-05/10/2016, Huanuco

Pomyślałem w końcu, że może to ja robię coś nie tak, ale to bzdura. Po prostu także w podróży zdarzaja się złe dni, i tyle. Na trasie z La Union do Huanuco - tak jak w samej La Union - wszystko jest złe. Droga niby asfaltowana, ale więcej dziur niż asfaltu. Rower tańczy na głazach. Kierowcy trąbią jak najęci przed zakrętami, na zakrętach, za zakrętami, zawsze. Droga ma w porywach jeden pas ruchu, czasem pół. Zakrętów za to bez liku. Psy ujadają cholerycznie, zbliżają się niebezpiecznie i po raz pierwszy wiozę ze sobą dyżurny zestaw kamieni (trafiam rzadko). Ludzie niesympatycznie jacyś, dzieci z żebrackim zacięciem. Już w Huanuco dowiedziałem się, że na tamtej trasie to i napady, i porwania, ale mnie szczęśliwie ominęły. Pół biedy, że przynajmniej padać przestało. Huanuco, słońce, spokój, odpoczynek.


05-08/10/2016, Huanuco

- Boliwar! Idzie Sucre - śmieje się Julian, podchodzi, klepie mnie po plecach i idziemy do kuchni na śniadanie. Ojciec Juliana, 86 lat, jako najstarszy zostaje nazwany Mirandą i tak oto, patriotycznie, bierzemy się za jajka na pomidorach. Albo wsiadamy do toyoty z sześćdziesiątego dziewiątego i przeciskamy się przez ulice sterroryzowane przez indyjskie trzykołowe mototaksówki. Julian niedosłyszy. - Jestem głuchy i to moje błogosławieństwo! Jakbym słyszał dobrze, pewnie skończyłbym rachunkowość, którą studiowałem, i skończyłbym za biurkiem z kalkulatorem w ręce  od rana do nocy. A tak, głuchy, wymknąłem się przygotowanej dla mnie roli społecznej i robię to co lubię! - powiada, gdy z julianowej kurczakowni jedziemy do julianowej kawiarni.


Wisielcy
Od lewej: Sucre, Miranda, markiza de Solanda i Boliwar

09/10/2016, Huariaca

Dzisiaj nie było ludzi. Nie chciałem, a i nie pojawiali się. Włożyłem słuchawki i starałem się śledzić możliwie pilnie słowa lektorów, by w ten sposob nie myśleć o złej wieści, która przyszła wczoraj. Droga pnie się w górę łagodnie: przewyższenie o 2500 metrów na 115 kilometrach asfaltowanej trasy 3N zagłębiającej się w suche zbocza gór wpadające ostro do rzeki. Przystawałem, otwierałem mape i patrzyłem na opcje dojazdu do puszczy, by zara po tym - nie myśleć! - założyć znowu słuchawki. The Capital by Karl Marx, public domain, niektórzy lektorzy nawet znośni. Koło czwartej wypatrzyłem za skarpą pustostany, jakieś byłe domki pracownicze elektrowni, public domain, nie myśleć, więc czytam La Casa Verde Vargasa Llosy, wyborne.


10/10/2016, Cerro de Pasco

Dalej w górę, powoli i miarowo. Roślinności coraz mniej: krągławe grzbiety, połoniny jakby, porosły żółte, suche trawy. Gryzą je podobne owcom alpaki z długimi szyjami. Znów koło czwartej po południu, tym razem z kulami gradu bębniącymi w pelerynę, dojeżdżam do Cerro de Pasco, najwyżej położonego miasta świata, 4380 m n.p.m.*

*Oczywiście z tym najwyżej położonym miastem świata jest jak ze środkiem Europy: Polska ma ze trzy środki, Litwa też kilka, Czechy zdaje się również. Wszystko zależy od tego, jaką miare przyjąć. W przypadku miasta: chodzi o dojście do porozumienia co nazywamy miastem, a co nie. Osady ludzkie położone wyżej niż Cerro de Pasco rzecz jasna istnieją. Cerro ma za to 70 tysięcy mieszkańców, jest stolicą województwa i uznaje to za wsytarczające, by nazwać się miastem i - wobec tego - "najwyżej położonym miastem świata". 


12/10/2016, Junin

Jest zupełnie nieoczekiwane jak łatwe i przyjemne możebyć jeżdżenie rowerem po czterech tysiącach metrow nad poziomem morza. Pampa Junin jest płaska, droga porządna jak rzadko, i mimo zaczątków pory deszczowej nawet wyszło słońce; 70 km zrobione przed obiadem. Niecałe dwieście lat temu odbyła się w okolicy przedostatnia wielka bitwa wojen o niepodległośc kontynentu. Główne ulice miasta Junin obejmują ulice Boliwara i San Martina (tego ostatniego w Peru wolą bardziej). Dalej, wśród spłowiałych traw pampy, stoi obelisk.

*Idylla skończyła się koło trzeciej po południu: grad walił przez przeszło dwie godziny, za Junin w stronę Oroi przez jakieś 40 km nie ma nic prócz pampy, a jeżdżenie po czterech tysiącach metrów w stanie zaawansowanego przemoczenia nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Pora deszczowa w górach, no, to ja jade na wybrzeże.


14/10/2016, La Oroya

Gdy zakłady metalurgiczne funkcjonowały, mowiono o tych z La Oroya "los tragahumos", połykacze dymu. Niebo było czarne, ziemia szara, nie rosły nawet chwasty. Zakłady zamknięto, nie ma ani dymu, ani pracy. Morococha natomiast ulega przesiedleniu, bo Chińczycy chcą w jej miejscu wydobywać uran. W znikającej wiosce zostało dwudziestu opornych. Opierają się w oparciu o doświadczenia przesiedlonych: nowe domy, które im postawiono, są ładne, ale zagrzybione. Wrócić do Morocochy nie mogą, bo ich dawne domy Chińczycy już wyburzyli. Co chwilę grad, na chwilę słońce, zaraz deszcz, a na przełęczy pomnik ku czci Ernesta Malinowskiego, który to w XIX wieku na te blisko pięć tysięcy metrów n.p.m. wyprowadził kolej transandyjską. Chłodno tam na górze.


Ale zwierzeee!
Alpaki
Okolice Cerro
Pampa
Pampa w wodzie
Batalla de Junin
Obelisk do mojej kolekcji bitew o niepodległość
Idzie dysc
Przyszedł dysc
U strażaków w La Oroya (suszyłem się dwa dni, a na symulacji trzęsienia ziemi włączałem syrenę!)
Malinowski I
Malinowski II, że inżynier i że Polak
Malinowski III, z widoczkiem

19/10/2016, Lima

Kontrast pomiędzy miastem i wsią, stolicą i prowincją, nie powinien zaskakiwać. A jednak kiedy spotyka się go tak raptownie, z taką szybkością, jaką rozwija się spadając jednego dnia z przełęczy Ticlio (4815 m n.p.m.) do nadmorskiej Limy, dziwi. Ludzie tutaj często powtarzają, że Polska, że Peru, że to taka różnica kultur. Bzdura. Rozziew między miastem a wsią wewnątrz jednego kraju wydaje się stukrotnie głębszy, niż między Warszawą a Limą, między Starczówkiem a Colquillas. Zjeżdżam z andyjskiej wyżyny, z pampy Junin, gdzie tylko wiatr, przestrzeń i rumiani ludzie poruszający się między polem ziemniaków a kurną chatą. Nikt się tam nie zatrzymuje, więc gdy przystaję, rumienią się jeszcze bardziej, pytają, zaciągają do siebie. Między domami krążą jak psy czarne warchlaki, powietrze pachnie mokra ziemią. Jedyne co może się wydarzyć, to nagły grad. Niżej, od Chosica, czyli jeszcze na czterdzieści kilometrów na północ od Limy, nagle okazuje się, że tyle się dzieje, że nikt nie ma czasu. Chciałem zapytać o drogę, ale nie było kogo, tzn. cała masa ludzi, ale wszyscy potwornie zajęci, rozmawiający przez telefon, wypatrujący nerwowo właściwego autobusu w nieprzerwanym sznurze transportowego złomu. W miarę zbliżania się do centrum, ten złom zamienia się stopniowo w najnowsze modele mercedesów, w stacje metra, a niektórzy kierowcy stają nawet na czerwonym. Ale na zielonym czasem nie ruszają, bo na prawym pasie taksówkarz czeka na klientów, na środkowym autobusowy kontroler nagania pasażerów z przejścia dla pieszych, a cała reszta, próbując przejechać, blokuje pas lewy, więc huk, klaksony i krzyki. Ledwie dotarłem, a też już się spieszę: żeby stąd wyjechać.

Żeby nie kończyć tak dramatycznie - ale tak, tak, Lima to zdecydowania najbardziej hałaśliwa i chaotyczna ze stolic Ameryki - zdjęcie o tym, że doszła do mnie paczka z Polski z koszulkami Jelcza-Laskowic, oraz że potrafię wałkować ciasto.

--> gwoli wstępu i spójności zob. Część I: Pustynia
--> wszystkie zdjęcia zob. Peru - na północ od Limy

Komentarze

  1. Melduję odbiór pocztówki z Huariaca. Wcale nie jest taka brzydka :)
    Pozdrawiamy - Maja, Marcin i Adam i życzymy jak najmniej złych wiadomości

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty