Trzeci rok

Jeszcze do niedawna odpowiadałem, że dwa i pół, chyba udając sam przed sobą, że wcale nie minęło jeszcze aż tak dużo czasu. Ale dzisiaj trzeba przyznać z całą otwartością, że podróż trwa już całe trzy lata. Dokładnie trzy lata temu wyjechałem z Polski.

Sam nie mogę w to uwierzyć, sam się temu dziwie. Pytają ile czasu jesteś w podróży, trzy lata, naprawdę?, naprawdę, no chyba tak, na to właściwie wychodzi. Czasem sobie nawet liczę: październik 2013, potem 2014, raz, 2015, dwa, 2016, trzy. No tak, czyli trzy. A ten ostatni, trzeci rok, to już w ogóle przeleciał jak chwila, zostały po nim rozmazane światła i od razu nadszedł czwarty.


Rzuciłem okiem na starsze wpisy. Po pierwszym roku powstał ten: Co robi Stanisław Kostka w Kolumbii + rok w podróży. I faktycznie, wydaje się, że strasznie dawno temu to już było. Natomiast jeśli chodzi o pisany rok temu tekst Ile wydałem przez dwa lata w drodze - mam wrażenie, jakby powstawał najwyżej miesiąc temu. Przeleciał ten trzeci jak sam szatan.

Rok temu - piątego października dwa tysiące piętnastego roku - znajdowałem się w Caracas. To chyba mniej więcej wtedy zacząłem wynajmować pokój na Candelarii, pięć przecznic od stacji metra Bellas Artes, dwie od tej, która miała się stać moją ulubioną kawiarnią, i również dwie od tej, która miała się stać moją ulubioną sąsiadką. Zajmowałem się sprawami godnymi scenariusza telenoweli (i nie chodzi o sąsiadkę) oraz kończeniem książki, która obecnie przechodzi powoli przez proces edycji i publikacji. Wsiąkłem w środowisko aktywistów miejskich i dwa razy odwiedziłem miasteczko Rio Caribe, które stało się moim ulubionym. Robiłem zakupy na Petare, jeździłem kolejką San Agustin, piłem dobrą kawę i jadłem tartaletki z truskawkami. Obszedłem chyba wszystkie szlaki Monte Avila i bawiłem się w fotografię analogową. Chodziłem na koncerty narodowej orkiestry symfonicznej a w teatrze Teresa Carreño miałem okazję zobaczyć występy m.in. C4 Trio, Gualberto Ibarreto czy Cecilii Todd. Szóstego grudnia przeżyłem w Wenezuelczykami nocne oczekiwanie na wyniki wyborów, a rano siódmego wyszedłem - tak jak wszyscy - niepewnie i ostrożnie na ulicę by zobaczyć co się zmieni po wygranej opozycji. W połowie stycznia - wyjechałem.

Ten wypad do Caracas był bezrowerowy, rower został w Bogocie. W Cucucie przeszedłem zamkniętą granicę, odwiedziłem Carlosa Mario i pojechałem dalej stopem do stolicy by kontynuować pedałowanie po czteromiesięcznej przerwie. I kolejne miesiące - aż trudno w to uwierzyć! - zeszły mi głównie na pedałowaniu właśnie. To dość dziwne, bo w mojej podróży staram się nie pedałować za dużo. Były tam jakieś dłuższe postoje - dwa tygodnie w domu rowerzysty w Medellin gdzie poznałem Alaina, podobnie w Manizales, w La Esperanza czy w Quito (gdzie szybko znalazłem sobie wenezuelską "rodzinę"), ale tak poza tym no to było rzeczywiście sporo pedałowania, przemieszczania się. Na tyle, że dobijam właśnie do dwudziestu trzech tysięcy kilometrów, podczas gdy jeszcze w styczniu było to coś w okolicach czternastu. Jedyną grubszą obsuwę zafundowałem sobie przy końcu pobytu w Ekwadorze: kolejna telenowelowa historia zjadła dwa miesiące, wydłużyła pobyt w równikowym kraju do pięciu miesięcy i skomplikowała mapę podróży w sposób zupełnie dziwaczny.

Dziwności
Następnie wpadłem do Peru jak po ogień i po zaledwie miesiącu (bo przypadkowo dzisiaj mija również miesiąc w Peru) jestem już w połowie andyjskiego kraju. A kraj to duży i podłużny. W każdym razie: w trzecim roku podróży dokonałem nieobserwowanego dotąd skoku na południe, poznając po drodze miejsca wspaniałe i zupełnie zwyczajne.

Aha, a rok temu byłem w Caracas!
Ludzie

W tym roku powstała nowa wspaniała zakładka na stronie: ludzie. Bo ostatecznie - chociaż ja wiem, ja wiem, to brzmi jak banał, ale tak jest - to oni nadają sensu kręceniu się po świecie. Wrzucam więc od czasu do czasu portrety. W tym roku poznałem trzy osoby i życiorysy szczególnie inspirujące, dające do myślenia, które na pewno zostaną ze mną i - wydaje mi się - wpłynął w jakiś sposób na to, co zrobię w przyszłości. To trzy życiorysy ewangeliczne, trzy życiorysy transformacji, upadku i powstania. Cesar miotał się między pieniędzmi, alkoholem i narkotykami. Upadł, powstał i założył Crisol (opisane w Ludzie: transformacje miłością). Hilario - jak sam mówi - sprzedawał trucizny dla roślin i ludzi. Upadł, powstał i teraz przywraca do życia okolice Tabacundo (będzie opisane). Diane przeszła przez uzależnienie i szaleństwo konsumpcji. Upadła, powstała i układa sobie zrównoważone życie na uboczu. Realizuje marzenia.

Cesar
Hilario
Diane


... i inne aspekty

Gdzieś tam w międzyczasie przewinęła się przez moje ręce spora ilość książek historycznych, nabrało kształtów zainteresowanie historią kontynentu, postacią Bolivara i wpływem tych dwóch na współczesną formę tego, co nazywa się Ameryką Łacińską. Maleńkimi dzieciątkami tego nowego zainteresowania stał się tekst Gawęda o tożsamości latynoamerykańskiej i Kontynent łysych lwów, który powinien ukazaś się w najbliższym numerze papierowego kwartalnika Magazynu Kontakt. Książka o Wenezueli, jak już wspominałem, się wydaje, Naszynal Dżeografik o mnie mówił, liczba koncertów Rowerowej trasy koncertowej stała się dwucyfrowa, a ja zaobserwowałem w sobie - z niejakim zdziwieniem - przyzwyczajenie do upału. Nawet napisałem w związku z tym na wpół prowokacyjny tekst Czy warto wracać do Polski? i wywołałem tym jakąś nieobserwowaną dotąd falę komentarzy.


"To kiedy wracasz do Polski?"

Jak dało się zauważyć, ostatnimi czasy przyspieszyłem znacznie przemieszczanie się na południe. Taki jest też zamysł na najbliższe miesiące: przejechać Peru, przejechać Boliwię i dotrzeć do Paragwaju. W Paragwaju znowu - tj. tak jak w Caracas - wynająć pokój dwie przecznice od jakiejś dobrej kawiarni i zaaplikować osiadły model podróżowania polegający na poznawaniu wgłąb oraz rodzący pewne nadzieje na pewnego rodzaju dzieło pisane. Na ten Paragwaj to mam jeszcze kilka innych idei, ale o tym w swoim czasie (tj. o ile w ogóle coś z tych planów wyjdzie, gdyż w niniejszej podróży plany mają to do siebie, że potrafią się dezaktualizować bardzo poważnie, i to z dnia na dzień). W Paragwaju poczekałbym na patagońskie lato i wybrał się na wycieczką do Ushuaii (5 tysięcy kilometrów). Czyli że jednym słowem: istnieje pewien zarys podróży uwzględniający nawet jej zakończenie!


A podsumowanie?

Biorąc za porównanie studia - podróż wypada zupełnie nieźle! Po trzech latach studiowania fizyki byłem zmęczony życiem i sfrustrowany, a po trzech latach podróży - nie! To już chyba całkiem niezły wynik. Nie żebym rozwiązał zagadki sensu żywota czy coś w tym rodzaju: wręcz przeciwnie, pojawiło się więcej pytań bez odpowiedzi. Tak czy tak po trzech latach czasem warto coś zmienić: w przypadku studiów - przerzuciłem się na matematyką (i z jaką satysfakcją i zadowoleniem!), w przypadku podróży - pojadę sobie posiedzieć w Paragwaju. 

Nudno było? No to może chociaż jakieś zdjęcia na koniec. Całe dwanaście zdjęć, jak dwanaście jest miesięcy.

Kawiania w Museo de Bellas Artes, Caracas

Plaża Chaguaramas de Loero, okolice Rio Caribe

Plaza Francia, Altamira, Caracas
Puszcza Choco

Kawowe wzgórza wokół Manizales
 
Białe Miasto Popayan

Prace pająków z Putumayo
Andyjskie muzyczki

Na równiku z wenezuelską rodziną z Quito
Plaże w okolicach Puerto Lopez

Kup polski chleb!
Pędząc przez pustynne Peru


Komentarze

  1. to jak, kiedy wracasz do Polski? ;)
    czyli można się spodziewać czegoś grubego w papierze? a jakoś tak, mniej więcej, kiedy?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha! Sam bym chcial wiedzieć kiedy się można będzie spodziewać,
    wydawnictwo mówi, że na początku przyszłego roku, zobaczymy : )!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty