Z pamiętnika młodego pisarza (4): z Boliwii do Bratysławy

Drogi Pamiętniczku!

Mówi się, że narzekanie nie prowadzi do niczego. Ja natomiast twierdzę, że narzekanie może nie, ale konstruktywna krytyka poparta konkretnymi sugestiami, kto wie… Ale do rzeczy: na ostatni wpis o rozterkach dotyczących spokoju pisarza i o postulatach wprowadzenia pisarni powiatowych kosmos odpowiedział wyjątkowo szybko. Brzmiałoby to jak czeski film, ale nie, ale błąd, bo nie czeski, tylko słowacki: od wczoraj urzęduję w pisarni w Bratysławie.

Jak to sprawnie zauważył M.: to bardzo ciekawe, że Grupa Wyszehradzka płaci polskiemu fizykowi, żeby pisał po hiszpańsku książkę o Paragwaju na Słowacji. Zgadzam się, chociaż należałoby dodać to, co umknęło uwadze M.: że pół drogi z Wrocławia do Bratysławy spędziłem rozmawiając z obywatelem Bangladeszu po angielsku, w Katowicach zjadłem uzbecki kebab wsłuchując się z ruskie disco z lat 90', a do stolicy Słowacji wyruszyłem na pokładzie autobusu niemieckiego przewoźnika (który nota bene jeszcze niedawno nazywał się PolskiBus). Globalizacja, no, globalizacja.

Widok z okna pisarni. Jak zapowiedział kolega Karusta: Bratysława to bloki, bloki to Bratysława

A siedział sobie człowiek spokojnie w lesie, prawda? Potem wsiadł w autobus do Sao Paulo (22 godziny), nocleg, rano lot do Meksyku (9 godzin), następnie do Londynu (11), zmiana lotniska na Luton i jeszcze tej samej nocy do Wrocławia (2). Taka oto po niespełna czterech dniach podróży (ale 2800zł za wszystkie bilety tam i z powrotem, coś za coś!) znalazłem się pierwszy raz od blisko pięciu lat w Polsce, a oczom moim ukazała się obfitość. Właściwie prawie się zniechęciłem z nadmiaru wrażeń, ale dla korekcji niechęci w kierunku chłonięcia przydał się Neruda. Noblista pisze (a jak noblista pisze, to, to, no właśnie!):

Ale jeśli proszę o ciszę
nie myślcie, że mam zamiar oddać się śmierci:
dzieje się ze mną coś dokładnie odwrotnego:
mam raczej zamiar oddać się życiu.

i dalej (pisze noblista):

Chodzi o to, że tyle już przeżyłem
że chcę przeżyć drugie tyle.

Dokładnie! Potem jeszcze dodaje Neruda, że nigdy nie czuł się tak dźwięczny, tak zdobny w pocałunki, i chociaż pocałunków to może nie było, ale przytulenia — owszem (i to bez konieczności uczęszczania do Salonu Przytulania, Stara Ochota, Warszawa, cennik dostępny online). Szliśmy przez park, którego nazwy nie przypomnę sobie, ale szliśmy tam z O. i K. i cóż więcej od życia w słoneczne, wiosenne warszawskie popołudnie.

Oto park (i niejako potwierdzenie, że obiektyw 18-135 na dużym zbliżeniu nie mogą być zbyt ostre i jednak P. miał rację)

Warszawa może nie zaskoczyła, zaskoczył Wrocław, Pamiętniczku. No bo siedział sobie człowiek spokojnie w lesie, a tu nagle taki szereg zaskoczeń. Na dzień dobry — wykluczenie technologiczne: bo kupić bilet w autobusie można tylko kartą zbliżeniową, a ja taki zdezaktualizowany, z anachroniczną kartą na pin. Nie wiem czy w polskim prawodawstwie, podobnie jak w wenezuelskim, istnieje ustawa antymonopolowa. Na pewno jednak jeśli istnieje, to podobnie jak w Wenezueli, nikt się nią nie przejmuje, bo na przykład Miasto Wrocław jawnie wspiera monopol na płatności firmom oferującym właśnie karty i właśnie zbliżeniowe. 

Otrząsnąwszy się z tego szoku poszedłem z T. na kawę i sprzedawca wytrzeszczył na mnie oczy, gdy wyciągnąłem z portfela gotówkę. Opowiedziałem o tym O.: zobacz O., ja widzę, że w Polsce gotówką płacą już tylko starsze panie na Ołbinie i ja. O. potwierdziła krótko: szybko się uczysz!

Siedział sobie człowiek w lesie, krzesła bejcą malował, a tu, panie, kopalnie bitcoinów, karty zbliżeniowe i dobrobyt.

No, dobrobyt. Poszliśmy z D. wieczorem na Wyspę. Na Wyspie — przepraszam, ale użyję tego sformułowania — ZA MOICH CZASÓW molodioż siadała w kółku po czterech, po pięciu nad jedną nalewką za trzy złote. Teraz złoci polscy chłopcy, złote polskie dziewczęta latają z litrem wódki w ręce każdy, a na kolację, zamiast bułki, wrzucają australijskie hamburgery i jagnięcinę w mleku kokosowym. To się porobiło, to nie było mnie tylko pięć lat? Tylko pięć.

Oczywiście w tym kolorowym obrazku drogich miąs podlewanych alkoholami zawsze spadnie jakiś kawałek tynku i odsłoni zaniedbane mury tej czy innej dzielnicy, odzież klasy informatycznej okaże się odstająca od odzieży klasy — powiedzmy — nauczycielskiej czy pielęgniarskiej, ale wrażenie jest, wrażenie jest.

I nie pierwsze wrażenie, bo pierwsze było po tym, jak wyjeżdżając z lasu zamknąłem oczy a otworzyłem dopiero gdzieś w stanie Sao Paulo. Wówczas zamiast lasów i bagien ujrzałem czteropasmową autostradę, zaorane pola, eleganckie stacje benzynowe i sznur samochodów o wielocylindrowych silnikach. Wjeżdżając do 10-milionowej metropolii znaleźliśmy się w tunelu zabudowanym dobrobytem, wszechobecnością wszystkiego, supermarketami i centrami handlowymi, aż poczułem niemoc. Właśnie niemoc. Dlaczego niemoc, zapytałem siebie. Odpowiedzią było coś na zasadzie, że tutaj już przecież wszystko jest. Wszystko. To po co tam jeszcze ja? Już chyba niepotrzebny. O jednego ja będzie tam za dużo. Natomiast w lesie, na wschodzie Boliwii, jeszcze wszystko można zrobić, bo tam właśnie niczego nie ma.

T. powiedział, że woli jak jest wszystko, bo wówczas ma się wygodę robienia czegoś więcej. M. powiedziała, że może i tak, ale większość z tych, którzy żyją w mieście, gdzie jest wszystko, robią rzeczy, które nie mają praktycznego sensu. I oboje mieli rację. A ja się zgubiłem i dalej nie wiem, gdyż doznałem szoku cywilizacyjnego i potrwa pewnie jeszcze chwilę, zanim się z niego wygrzebię.

Nawet ze sklepu trudno mi było się wygrzebać: tak wszedłem i chodziłem między półkami, jak Kubańczyk co po raz pierwszy dotarł do Miami, takie: ALEż tu WSZYSTKO jest! Można w tym zupełnie przepaść, kupować to i to, i jeszcze to, a jeszcze chciałbym to, więc muszę zarobić więcej i tak dalej, nie? Nie wiem. Jak byłem w tym supermarkecie, to miałem wrażenie, że tak, że można przepaść: ja przepadłem na godzinę.

A jak się nie wygrzebię, to zacznę krzyczeć

Drogi Pamiętniczku, właściwie nie wiem czy Europa jest odpowiednim miejscem na pisanie książki o Paragwaju. Chyba nie, bo wówczas absorbuje Europa, a nie Paragwaj, tak właśnie, tak przeczuwałem już od pierwszej książki, że tekst o jakimś kraju najlepiej pisać właśnie w tym kraju.

Z drugiej strony, ciekawa ta wizyta, Pamiętniczku, można skonfrontować nawarstwione uprzedzenia w stosunku do własnego kontynentu, nawarstwione przekonania co do obcego (i na odwrót: w zdaniu można pozamieniać zarówno "obcego" z "własnego" jak i "uprzedzenia" z "przekonania"). 

A co do uprzedzeń i stereotypów: boliwijski autobus dojechał przed czasem. Brazylijskie lotnisko okazało się obszerne, nowoczesne i wygodne. W Meksyku wszystko odbyło się bez żadnych problemów. A w Londynie? Matko, to Heathrow to chyba jakiś przystanek na awionetki po prostu, co za ciasnota. Autobus na Luton przyjechał opóźniony. Dojechał jeszcze bardziej opóźniony. Budynki widoczne z linii metra były stare i w jakimś takim smutnym stanie, a miasto stało w korkach. I nie wiem, tak człowiek na to patrzy i zastanawia się który z kontynentów brnie ku przyszłości, a który zaczyna przeobrażać się w skansen. To ostatnie to może takie najbardziej dyskusyjne, także jakby ktoś się sprzeciwiał, to ja nie będę się kłócił, proszę bardzo, proszę twierdzić swoje.

Wiosna

Kasztany rosno

Jasna długa prosta
Bratysławy nie ogarnął tak bardzo ten szał nowoczesności, biurowce i wszechobecność hummusu, smoothie z jarmużem i wszelkich dóbr importowanych. Gdzieś tam zdaje się idą w podobnym kierunku, ale są na oko 10 lat za Wrocławiem: mają (jeszcze) popękane chodniki, jeżdżą (głownie) samochodami (a nie rowerami), a w żabce na rogu nie sprzedają hot dogów (bo nie ma tu żabki). Ale jako, że spędziłem już tydzień w Polsce to — nie uwierzysz, Pamiętniczku, ale jednak, to są uczucia, a uczucia przed sobą nie zataisz — poczułem ukłucie takiej drobnej igiełki związanej z osławionym w psychologii spadkiem poziomu życia, którego człowiek podobno za wszelką cenę unika. Tak łatwo się przyzwyczaja do dobrobytu, prawda. Było tak nowocześnie, a tu nagle takie jakieś lata 90' po prostu. I jeszcze drogo. No po prostu jakieś gigantyczne doświadczenie psychologiczne z tego wyjazdu! Takie rozchwianie, ciągłe zmiany, burze emocji i piętrzące się pytania nie są może wskazane przy pisaniu, gdy istotny jest spokój i równowaga, ale jakie to ciekawe, jakie to ciekawe. Tyle już przeżyłem i chcę przeżyć drugie tyle.

Pozdrawiam, Wojciech z Bratysławy

To nie Bratysława, wiadomka

Komentarze

  1. Gratulacje, Wojciechu z Bratysławy! Mam nadzieję że przetrwasz jakoś szok kulturowy.

    -Witek W (niegdysiej z Krakowa)

    OdpowiedzUsuń
  2. O proszę, akurat w piątek wybieram się do Bratysławy. Gdybyś miał ochotę na pogawędkę z niedoszłymi fizykami z Warszawy to polecamy się w piątkowy wieczór lub sobotni poranek :)
    Paweł Sz (kudłaty, kupowałem książkę w Południku)

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj 5 lat to bardzo dużo... 5 lat temu człowiek za pokój niezadużyalewsamraz płacił 500 z wszystkimi dobrodziejstwami na Kuźnikach, a teraz za 500 z wszystkim to widziałam kiedyś wciśnięte między ściany dwie łóżko z biurkiem i krzesłem, które trzeba przysunąć do biurka, żeby otworzyć drzwi i to bodaj na Psim Polu. A w centrum to ostatnio stówka za metr, panie kochany. Ach, ten Wrocław.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty