Nastawiacz kości z Santa Cruz

Daleko, w cholerę daleko. Z centrum to będzie jakieś dziesięć kilometrów po alejach wykładanych betonowymi płytami: trzęsie gdy najeżdżasz, trzęsie gdy zjeżdżasz, tak co dwa metry. Za targiem Fortaleza jeszcze trzy przecznice; chmura samochodów rzednieje, skręcasz w lewo przed sklepem żelaznym, dalej kilkadziesiąt metrów po błotnistych koleinach: dom na rogu, drzewo guajawy, toaleta na zewnątrz, cisza i dwa psy.

Zwyczajny posiłek
Ile miałby lat? Tego nie mówi. Gdy miał pięćdziesiąt, stwierdzi, ważył poniżej pięćdziesięciu. Teraz wydaje się, że można by go podnieść jedną ręką: szczupłe ciało ciasno opina śniada, pomarszczona skóra, ale skóra lśniąca, błyszcząca siłą. Świeżo wyprana biała koszula zakrywa ramiona aż po nadgarstki, z bioder spływa elegancja granatowych spodni.

Jest w nim coś, co kradnie całą uwagę. Jest jak cichy spektakl, teatr jednego aktora, wizja innego świata, który gdzieś nam się zagubił po drodze.

Podaje dłoń z uśmiechem, przechodzi do kolejnej osoby bez zbędnych słów, pozdrawia serdecznie. Następnie powolnym krokiem —zawsze z wyprostowaną sylwetką, on, chodząca godność— wraca na drewniane krzesło o skórzanym siedzisku.

Na ulicach miasta ryk silników samochodowych konkuruje z zawodzeniem tuningowanych motorów i lamentami ulicznych sprzedawców. Anselmo Lopez odpala pierwszego papierosa, zakłada nogę na nogę. Na pięciolinii pojawia się jeszcze jedna pauza, szemrzą liście guajawy.

Siedem lat temu przyszła powódź. W Beni, na północy kraju, opowiada. Potopiło się setki tysięcy krów.

Tak naprawdę: zupełnie tego nie mówi. To znaczy mówi, ale zupełnie nie tak.

Po pierwsze: słowa zdają się zatrzymywać mu na wargach. Ciche jak szmer —szmer liści guajawy, właśnie ten szmer— prawie nigdy nie docierają do uszu. Zostaje bacznie obserwować usta: razem ze słuchem wytężyć wzrok. Należy wyciszyć cały umysł, wyłączyć komputer pokładowy i przejść na sterowanie manualne; podejść bliżej, łapać dźwięki w dłonie, nastawiać policzki: na policzkach skóra jest przecież znacznie czulsza i może wówczas dojdzie do nas pół zdania, dwa wyrazy, ogólny sens.

Po drugie: to nie są zdania zawierające informacje konkretne. To klechdy rozpływające się jak rozlane mleko: po stróżce w każdą stronę, bo bydło stało po kolana w wodzie, w każdej chwili gotowe runąć, utonąć, upadały, gniły smród taki, zabrali tratwę z bali, popłynęli, znaleźli, kupili cielaki za dwadzieścia dolarów, za darmo, ale nie wiedzieli jeszcze gdzie suchy ląd, woda jak okiem sięgnąć, oni na tej arce Noego z pięćdziesiątką głów. Gdy wody opadły, widziałeś na pagórkach co tam się działo. Na wzniesienia uwijało się co mogło: krowy, węże, pancerniki. Po powodzi leżały tam razem, równie martwe.

Dopłynęli, sprzedali, był biznes.

Po godzinie wstał —znów: powoli, ale z godnością; kręgosłup wyprostowany, podniesione czoło— podszedł do J. i zapytał co ci dolega, córeczko. Nadgarstek. Lewą ręką chwycił za łokieć, prawą za dłoń, zakołysał tą drugą, popatrzył J. w oczy, spokojnie, córeczko, nawet nie zauważyła kiedy główka kości wpadła z powrotem do właściwego stawu, chrząknęło krótko i cicho (jak szmer liści guajawy).

Odjechaliśmy.
Ja - oczarowany.

Gdy byłem w Polsce w kwietniu zamówiłem przez internet dziesięć produktów i półtora dnia później wszystkie trafiły do moich rąk.

Byłem zachwycony.

Nie wiem: kim jest osoba, która mi je przywiozła, kto je zapakował, kto zarejestrował wpłatę. Jaka jest historia producenta. Jest mężczyzną, czy kobietą? Ma dzieci? Krowy? Pływał tratwą? Z jakich krajów kupuje surowce? Kto je wydobywa? O której godzinie wstaje? Czy ma łazienkę wewnątrz mieszkania? Jakie drzewo rośnie na jego patio?

Na kogo zagłosujemy razem w wyborach? Jaki jest nasz wspólny interes? Dlaczego? 

Nie mam pojęcia.

Jednym z głównych wyznaczników jakości usługi jest jej szybkość. Im szybciej tym lepiej. Czas to pieniądz. Nie zgubiliśmy czegoś po drodze?

Nie zgubiliśmy kogoś po drodze?

Jedną z głównych wartości naszej cywilizacji jest szacunek dla drugiego człowieka. Szacunek, w porządku, ale kiedy? Kiedy mam ich wszystkich uszanować, skoro usługa jest express, gazeta jest express, kawa jest express i pociąg jest express?

I będzie jeszcze bardziej express, bo IBM już ma pierwszy komputer kwantowy, i już niedługo jeszcze szybciej będziesz wiedział wszystko, przewidzisz wyniki giełdy i zarobisz więcej niż ja i będziesz jeszcze bogatszy i będzie fantastycznie.

Albo nie będzie.

Wieczorem w wiosce La Mansa kopyta mułów obładowanych kawą podrepczą wąską ścieżką do zagród. Sierść im będzie pachnąć popołudniowym deszczem. Anselmo Lopez lekko otworzy usta —te wąskie usta, podobne jeszcze jednej zmarszczce na starej twarzy— i po raz ostatni szepnie historię o krowach, o tratwie, i nikt go więcej nie usłyszy.

La Mansa

Komentarze

  1. Tą opowieść czyta się jakby jej główny bohater był w bajce albo śnił na jawie. Przepięknie opisane życie w tamtych rejonach, czytało się wyśmienicie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widzę, że tym tekstem ukazujesz też tą smutniejszą stronę tamtych rejonów, która niestety wzbudza we mnie więcej zasmucenia niż zachwytu. Życie tam wygląda zupełnie inaczej niż u nas.

    OdpowiedzUsuń
  3. Interesująca historia, powiedziałabym że nawet nasuwa pewne przemyślenia. Tylko wciąż nie mogę rozgryźć jaki jest jej cel na tym blogu. Pozdrawiam i życzę miłego poniedziałku :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty