11 października — ostatni dzień wolności

Urząd Gminy miejscowości Puerto Tirol znajduje się na roku ulic 12 października i Julio Roca. "Oni coś nam chcą w ten sposób powiedzieć" — ironizuje Lecko Zamora z etni Wichi.

Lecko Zamora

Pomimo 6 lat podróży po Ameryce Łacińskiej nie mogę się pochwalić zbyt obszerną historią kontaktów z ludnością rdzenną. Początkowo wynikało to z następującej racjonalizacji: wszyscy tu przyjeżdżają zawracać głowę Majom, Aztekom i Inkom, więc ja, jako że zawsze wszystko muszę robić na odwrót, ja zajmę się raczej ludnością mieszaną. To rzeczywiście ciekawe bo ta ostatnia, nazywana po polsku Metysami, chociaż stanowi liczebną większość, często przepada w nakierowanej na egzotykę narracji o kontynencie, która to narracja skupia się na ludności rdzennej właśnie. I bywa bardzo często narracją raczej płytką: ojojoj, jacy są biedni — z jednej strony, ajajaj, jakie fajne halucynogeny produkują — z drugiej.

Ludność rdzenna Ameryki Łacińskiej, zredukowana przez 500 lat kolonizacji do marnych kilku procent populacji regionu, zajmuje zazwyczaj regiony górzyste lub przygraniczne; prawie zawsze: trudno dostępne. Tak korona hiszpańska jak władze państw narodowych spychały tam słabsze i w ich oczach niepotrzebne grupy wierząc, że w ten sposób pozbędą się "problemu". I przez to również nie jest aż tak prawdopodobne, że pedałując głównymi czy nawet trzeciorzędnymi drogami w ogóle na tę ludność rdzenną kiedyś trafimy. Zdarza się, chociaż zazwyczaj trzeba się nieco przyłożyć, by ją znaleźć.

Wojciech i Tono Celin, raper i nauczyciel z etni Qom

Moje przypadkowe spotkania z miejscowymi nie zawsze były łatwe. By dać dwa przykłady: Majowie w Gwatemali uciekali przede mną, w Kolumbii to mi przyszło uciekać przed Katiosami. W innych miejscach, np. na wschodzie Paragwaju, mogłem zaobserwować daleko idącą ostrożność czy wręcz jawną nieufność. I nie ma się czemu dziwić: "biały" rzadko kiedy oznacza coś dobrego. I nie chodzi tylko o historie z czasów Kolumba: na przykład w zeszłym roku grupę Mbya Guarani mieszkającą w miejscowości Santa Rita w Paragwaju zawieziono na... śmietnisko w Naranjalu, i tam pozostawiono.

W Argentynie rany są wyjątkowo świeże. Gdy w 1816 roku w mieście Tucuman lokalne elity podpisują deklarację niepodległości, Argentyna to nie dzisiejszy kolos, a raczej dwa znacznie mniejsze i słabo skomunikowane terytoria: północny zachód obejmujący miasta takie jak Salta czy Mendoza, a do tego bezpośrednie sąsiedztwo Buenos Aires, w zasadzie niewiele więcej. I chociaż prawdą jest, że w czasach kolonii Hiszpanie nie traktowali ludności rdzennej najlepiej, przypisując im rolę niewolników na drabinie wyzysku, władze niepodległej Argentyny okazały się znacznie okrutniejsze. W II połowie XIX wieku argentyński wojskowy, później prezydent, Julio Roca, wybiera się na południe kraju z bardzo jasno postawionym celem: teraz przejedziemy się konno w kierunku Ushuaii i wymordujemy wszystkich, których napotkamy po drodze. Plan w znacznej mierze zostaje wypełniony. Nieco później upada ostatni bastion argentyńskiej ludności rdzennej: Chaco. Działania wojenne przeciwko ludności rdzennej zostają oficjalnie zakończone dopiero w 1938 roku (!!!).

Szkolny mural upamiętniający masakrę w Napalpi z 1924 roku, kiedy to policja zamordowała kilkaset osób z etni Qom i Mocovi (szkoła dwujęzyczna -  z językiem qom - im. Cacique Pelayo w Fontana, Chaco)

Ten dystans, który odczuwałem wielokrotnie, wyrobił podobny dystans także we mnie i z czasem gdy trafiałem do miejsc zamieszkanych przez ludność rdzenną po głowie chodził raczej niepokój niż entuzjazm. I to pewnie także w taki sposób buduje się cichy społeczny mur między państwem narodowym i tymi, którzy do niego nie pasują: ludnością rdzenną. Władze państwa narodowego nadają imię "Julio Roca" —mordercy naszych przodków, powie wielu— głównym alejom miast i drukują portret wojskowego na banknocie 100 pesos; budują Place Hiszpańskie, Aleje Kolumba, organizują festiwale na cześć europejskich imigrantów z XIX i XX wieku. Stawiają na każdym roku ofiary sztucznie wywołanej przez wojskową dyktaturę wojny o Falklandy Malwiny, a nie pamiętają —na przykład— o Boga ducha winnych ofiarach masakry w Napalpi.

12 października natomiast państwo narodowe świętowało jako dzień "odkrycia" Ameryki ("Odkrycia? —powie Lecko— A to przed Kolumbem tutaj nikogo nie było?"). Z czasem święto zmienia nazwę na Dzień Rasy, by w końcu przepoczwarzyć się w wieloznaczny Dzień Szacunku wobec Różnorodności Kulturowej.

Lecko: —Ale jakiej różnorodności? To jakiś absurd: przecież właśnie tego dnia rozpoczęto systematyczne niszczenie wszystkiego, co różnorodne, by podporządkować kontynent jednej religii, jednemu językowi i jednemu systemowi politycznemu.

Lecko, jak wielu przedstawicieli społeczności rdzennych, proponuje raczej, by świętować nie 12, a 11 października: jako ostatni dzień wolności ludności obu Ameryk.

Nadia, potomkini niemieckich imigrantów, pracuje w jednej z prywatnych szkół w Cordobie. Tam dzień wolny zarządzono 11-stego: uczniom tłumaczy się, dlaczego, a na masz wędruje wipala, wywodząca się z Boliwii flaga symbolizująca różnorodność etniczną regionu.
—Jak nam wpadną z kontrolą z ministerstwa to będzie z nami kiepsko! —śmieje się.

"Wciąż nie wiemy, kim jesteśmy" — mural z Cordoby, okolice Barrio Guemes.
Przeczuwam, że to właśnie ta historia ostatnich 150 lat —eksterminacja ludności rdzennej i idąca w miliony migracja z Europy, przede wszystkim z Włoch— sprawia, że Argentyńczyk nie wie do końca, kim jest. Nie czuje przywiązania do ziemi, więc ją opuszcza: migruje, podróżuje. I rzeczywiście: gdy jesteś w Ameryce Południowej, Argentyńczyka spotkasz na każdym rogu. Stąd też pomysł na kolejny —po "Soy paraguayo"— film dokumentalny. W "¿Por qué el argentino viaja?", czyli "Dlaczego Argentyńczycy podróżują" podróż jest pretekstem, by porozmawiać o tożsamości "ludzi ze statków", jak mówią o sobie sami Argentyńczycy. A żeby rozmawiać o tej tożsamości, nie można pominąć tych, którzy żyją tutaj od dawna.

Lecko: —Mówiąc, że pochodzisz ze statków automatycznie odcinasz się od miejsca, w którym się urodziłeś, od tej ziemi. A tylko ci, którzy uznają się za synów tej ziemi, będą o nią dbać, dbać o jej dobro.

Tono: —W książkach do historii jeszcze dzisiaj możesz przeczytać: "ludność rdzenna zamieszkiwała...". Tak, w czasie przeszłym. Halo, halo, my tu dalej mieszkamy!

Wojciech, Lecko i pies

I coś chyba zaczyna docierać do świadomości, bo argentyński bank centralny kilka lat temu przestał drukować wspomniane banknoty z podobizną Julio Roca, którego zastąpiła Eva Peron. Flagi wipala zdobią ściany w domach co bardziej postępowej młodzieży, a na argentyńskiej scenie —podobnie jak w Polsce— odradza się folk, a wraz z nim muzyka ludności rdzennych w wydaniu tak tradycyjnym (zob. Coro Toba Chelaalapi) jak i w postaci fuzji proponowanych np. przez duet Tonolec.


Diego z Tonolec był na festiwalu w Asuncion i tam przyszło nam się poznać. Tonolec uczyli się muzyki od społeczności Guarani z prowincji Misiones i od Qom z Chaco. Diego zostawił mi do nich kontakt i to w ten sposób mogłem spotkać się z Lecko i Tono Celinem z Puerto Tirol. Nie bez znaczenia była dla mnie również lektura "Nuestros paisanos los indios" autorstwa Sarasoli. Środowisko działaczy ludności rdzennej ma to do siebie, że tworzy przepastną sieć kontaktów w kraju i zagranicą: raz przełamawszy lody, dalej będzie już dużo łatwiej spotykać się z mniejszościami etnicznymi w innych częściach Argentyny. No, to do dzieła.

I wszystkiego najlepszego z okazji Ostatniego Dnia Wolności!


Na koniec rap w języku qom: Tono Celin.








Komentarze

Popularne posty