Berno - miejskie pływanie, niedźwiedzie i babcia z Ameryki

Na koniec szwajcarskiego cyklu zaserwuję stolicę - Berno. Najpierw jednak dodać muszę, że dodałem (choć nie musiałem) parę zdjęć do notatki o Genewie jakby ktoś chciał je okropnie zobaczyć. Poza tym w poprzedniej notce o Luzernie zdjęć było mało, więc teraz dla odmiany będzie dużo. Hohoho. W każdym razie przejdźmy do rzeczy: Berno, jak przystało na stolicę jednego z bogatszych państw na świecie, jest nie za duże - właściwie mniejsze od Bielska-Białej jeśli idzie o ilość mieszkańców. O dziwo nie leży nad jeziorem, płynie tam natomiast rzeka Aare.

Z rzeką Aare związany jest ulubiony sport mieszkańców tego miasta. Niestety nie miałem okazji zobaczyć jak oni ten sport uprawiają gdyż było na ten sport za zimno ponieważ mojej obecności tam towarzyszył wrzesień, ale... W samym środku Berna znajduje się piękna starówka, z kamieniczkami, parlamentem, domem Alberta Einsteina i różnymi pięknymi rzeczami. Do tego starówka ta otoczona jest w sposób że tak to ujmę kolisty rzeką Aare (patrz zdjęcie... no dobra, średnio to widać na tym zdjęci, ale wierzcie mi, że Aare otacza starówkę niczym matka swe dziecię chroni ramionami przed złym światem).

Latem koło południa pracownicy biur, domów maklerskich i innych takich miejsc w których nigdy nie chciałbym się znaleźć na dłużej wychodzą zza swych złowieszczych biurek, idą w kąpielówkach nad Aare, wskakują do wody, opływają starówkę, wychodzą z wody i wracają do pracy. Niezłe :D. Trzeba by się kiedyś wybrać do Berna latem. Wyobrażacie sobie takie akcje w Krakowie? No dobra, Aare jest trochę mniejsze od Wisły więc niby jest bezpieczniej. Ale dla chcącego nic trudnego czy coś...  Do Berna dojechałem (stopem oczywista oczywistość) jakoś już w nocy. W ogóle to było dość szalone, bo jechałem jakoś od strony Genewy i jakoś w okolicach Friburga wysadzono mnie na stacji benzynowej. Wieczorem. Właściwie to było już ciemno. Ruch był marny a do tego zaczęło lać. Do tego stacja niby nie była rozległą ale miała restauracje, sklepy i coś tam jeszcze, w każdym razie żeby łapać wszystkie samochody trzeba było stać przy wyjeździe.


A padało całkiem solidnie. Stanąłem w płaszczu przeciwdeszczowym z tabliczką Bern. Była noc, lało, ja w tym płaszczu foliowym oświetlony latarnią - musiałem wyglądać jak straszydło. Stwierdziłem więc że to bez sensu i siadłem sobie pod daszkiem stacji benzynowej (na której ruch był, jak wspomniałem mizerny). Na szczęście ktoś w końcu mnie stamtąd zabrał. Jak to zwykle w Szwajcarii bywa - imigranci, już nie pomnę skąd. Zawieźli mnie do Berna i zostawili w środku miasta. Zdaje się, że miałem wydrukowaną jakąś mapkę Berna albo narysowałem sobie schemat jak mam iść na kartce.

W każdym razie wyruszyłem w stronę południowo-zachodnią do mojego gospodarza z Hospitality Club. Po prawie godzinnym marszu wylądowałem jak się okazało już za Bernem w miejscowości Koeniz i zapukałem do wrót mojego dobrodzieja. Dostałem tam ciepłą (no... letnią) strawę, herbatę i miejsce do spania. Nawet kawałek internetu! Gospodarz mój, student, był sympatyczny i fajnie się gadało, ale było już późno więc poszliśmy spać. Było to mieszkanie studenckie, ale standard super. Rano zaś zabrałem się z moimi rzeczami i wywędrowałem w miasto na zwiedzanko.

Była to niedziela więc z rana tradycyjnie udałem się na wyszukaną pierwej mszę po polsku. Potem, tradycyjnie, spacerowałem po miasteczku. Berno bardzo mi się podobało, chyba najbardziej ze Szwajcarskich miast. Zaczynała się właśnie jesień co jeszcze dodawało uroku. Oczarowało mnie spokojem i prowincjonalnością wręcz (stolica!). Przed parlamentem jest tam brukowany plac, lekko przykurzony, po którym od czasu do czasu przejdzie turysta. Żadnych żelaznych płotów, straży, ochroniarzy z bronią, szlabanów. Można podejść, przyjrzeć się. Zaraz obok Bank Szwajcarski. Wszystko tak jakoś misiowo i przyjaźnie dostępne. Dalej znów fantastyczne, starannie zdobione kościoły, znów genialnie zadbane kamieniczki. Ulice na starówce szły dość niestandardowo. U nas zwykle odchodzą koncentrycznie od rynku, tam kilka głównych alei ciągnęło się równolegle do siebie. Przy środkowej alei stoi sobie dom Alberta Einsteina, Kramgasse 49. Nie no jasne, że nie wchodziłem.

Na tej samej alei przy robieniu zdjęcia fontannie przyłapała mnie pewna staruszka. Spytała w jakim języku mówię, skąd jestem. Opowiedziała, że mieszka w Stanach, ale pochodzi z Berna i najbardziej chciałaby mi powiedzieć, że w Bernie jest (tu jakaś duża liczba) fontann, z każdej tryska krystalicznie czysta i dobra do picia woda. No właśnie, no bo zapomniałem Wam powiedzieć, że w sumie to nie tylko w Bernie ale ogólnie w Szwajcarii można pić wodę z fontanny, niezła rzecz. Dodatkowo fontanny w Bernie są wspaniale ukwiecone, no piękności piękności same w tym kraju.

W Bernie są też niedźwiedzie - symbol tego miasta. No akurat jak ja tam byłem to tych niedźwiedzi nie było, ale tak ogólnie to są. Z tymi niedźwiedziami sprawa jest śliska. Europejska! Niedźwiedzie te miały nad rzeką Aare wykopane jamy w których sobie radośnie brykały i można je było w góry oglądać. Ale to przecież jest n i e l u d z k i e, nieeuropejskie, niehumanitarne, niedemokratyczne i w ogóle nie, żeby trzymać niedźwiedzia w jamie (no u nas w imię demokracji nazywa się ludzi oszołomami i wyklucza ich własnym krzykiem i ujadaniem z debaty publicznej, więc może można i niedźwiedzia trzymać w jamie w imię demokracji, ale ja tam się nieee znam). W związku z tym niedźwiedziom wybudowano szerszy, miły i demokratyczny wybieg żeby sobie mogły demokratycznie biegać. Niech im to na zdrowie, prawda, wyjdzie. Żeby tylko potem nie patrzyły na nas wilkiem. W każdym razie apartamenty dla niedźwiedzi właśnie budowano wtedy kiedym Berno nawiedził i ot całą historia czemu ich nie widziałem.

No i to by było na tyle właściwie. Jako że to koniec nie tylko notki o Bernie ale i koniec cyklu szwajcarskiego to tylko podkreślę raz jeszcze parę rzeczy. Po pierwsze: w Szwajcarii stopem jeździ się łatwo. Po drugie: nawet bardzo. Po trzecie: jest tam strasznie dużo rzeczy do zobaczenia. Po czwarte: jest strasznie ładnie. Po piąte: i strasznie drogo. Po szóste: ale jedźcie tam, polecam. Jakby ktoś chciał obejrzeć jeszcze parę zdjęć to nie wykluczone, że znajdzie je tu.

Na koniec, skoro było o niedźwiedziach, to polecam piosenkę o moim ulubionym niedźwiedziu - podniosła pieśń o Niedźwiedziu Januszu!

Komentarze

  1. Dziwne uczucie czytać o tych wszystkich miejscach, w których było się samemu =)
    rzeczywiście, Szwajcaria jest urzekająca, a i podróżowanie stopem wydaje się tutaj łatwe i bezpieczne.
    Ciekawe relacje, czekam na więcej!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty