Przejdź do głównej zawartości

Posty

Polecane

Niepodległość oglądana z Boliwii

W rzeczywistości, nie oglądałem dużo: kilka zdjęć, pół tuzina nagłówków, ćwierć artykułu.

Zaczęło się w sobotę o dwudziestej trzydzieści tutaj, tutaj był jeszcze dziesiąty, ale w Polsce już jedenasty, więc na slajdowisku w Santa Cruz, zamiast plaży w Cancun, pokazałem fotografię z kolumną Zygmunta i spokojnym tłumem jednej z kwietniowych niedzieli. Nie zjawiło się wiele osób, ale bili brawo, gratulacje, mówili, niech żyje Polska i słali Wam pozdrowienia.

To było nocą, potem był dzień: duszny i wietrzny zarazem, wilgotny jak zwykle, gorący. I trochę nijaki, nasączony zmęczeniem tygodnia i poczuciem, że —bo ja wiem— może ja coś powinienem: może zobaczyć w telewizji. Zrobić coś dla. Porozmawiać z. Zgłosić się na. Bo ja wiem.

Wieczorem, to znaczy przed chwilą, usiadłem z instrumentem i zupełnie nieoczekiwanie i samo z siebie —bo ja nigdy tej piosenki nie grałem; nie pamiętałem, że istnieje (ale kiedyś miałem kasetę z błękitną okładką, oryginał)— wybrzmiało Jestem zespołu Perfect.


Gdy mów…

Najnowsze posty

Zderzenia cywilizacji: tam i z powrotem

Z pamiętnika młodego pisarza (5): wiersz o serwerowni

Z pamiętnika młodego pisarza (4): z Boliwii do Bratysławy

Z pamiętnika młodego pisarza (3): pisarnia

Z pamiętnika młodego pisarza (2): tarantule

Z pamiętnika młodego pisarza (1): najtrudniej jest zacząć