Jadąc do Babadag

Są święta, więc wreszcie mam czas na czytanie książek. Czytam Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka, w której autor spisuje swoje refleksje z podróży po zapomnianych krajach takich jak Albania, Mołdawia, Naddniestrze, ale także bardziej znanych, ale również uznawanych za niejako "drugoligowe": Węgry, Rumunia czy Słowacja. Podróży bardzo ludzkiej, bardzo "z ludźmi" i zdecydowanie na ludzi i ich ludzką codzienność skierowanej. Zupełnie dobra książka wydaje mi się (chociaż jeszcze nie dobrnąłem do końca, no ale pochwalmy już ten dzień przed zachodem słońca, licząc, że kolega Stasiuk nas nie zawiedzie). Cała masa fantastycznych opisów, zwykłych-niezwykłych myśli, refleksji oraz komentarzy. Tak, zwłaszcza zaś komentarzy wyławiających całe sedno sprawy bez obaw, że zaraz ktoś piśnie, że to jednak nie do końca tak... że to może trochę przesada... że może chodzi o co innego...  A więc bardzo mi się te jego komentarze podobają, jako że zdarza mi się podobne co on rzeczy widzieć i w podobny sposób na nie patrzeć (choć oczywiście opisać tak zgrabniej jak Andrzej już tego nie umiem). W powyższym zdaniu nie chodzi mi bynajmniej, że "podobne rzeczy widzieć", że gdzie to ja (czy on) nie byłem, bo np. fragment który przytoczę niżej opisuje ludzi, których bez specjalnego wysiłku można zobaczyć i w naszym kraju, nie trzeba pchać się aż do stolicy Mołdawii, czy Mołdowy - jak kto woli (w której zresztą nie byłem). Chodzi mi bardziej o wyostrzone spojrzenie na zdarzenia, ludzi, zjawiska, które to spojrzenie - jednocześnie proste ale i niezwykle przestrzenne - bardzo mi się u kolegi Andrzeja podoba.



Fragment z rozdziału Moldova:
Dziwne miasto. Wystraszeni osiemnastoletni gliniarze chodzący trójkami, kolesie w land cruiserach, patrzący na ulice jak na swoją własność, faceci pod pocztą handlujący impulsami z kart telefonicznych, ludzie objuczeni naczyniami, łysi małolaci w szerokich spodniach ze wzrokiem potulnie wbitym w ziemię, jakby uprawiali jakąś nieśmiałą franciszkańską odmianę gangsta, panny z gołymi brzuchami, na niebotycznych i chwiejnych obcasach, przechadzające się główną ulicą niczym po missświatowym wybiegu, romańsko-słowiańska mieszanka urody, oszpecona burdelowym makijażem, chłopska nieśmiałość w rewiowych kostiumach i wrażenie, że wszyscy coś udają, że naśladują własne wyobrażenia o świecie, który jest gdzie indziej. [podkreślenie - ja]




Ta książka jest odrobinę jak Gra w klasy Cortazara: właściwie można zacząć czytaj ją w dowolnym miejscu, by po zapoznaniu się z jakąś przygodą czy refleksją zanurzyć się dowolną ilość stron w tył, w przód - lub przekornie czytać dalej. Tasować komentarze, fakty, historyjki, opowiastki - bo nie znajdziemy tu raczej głównego nurtu, raczej przeplatające się meandry dróg i myśli, z których dowolna pasuje tak samo dobrze do każdej innej. Początkowo to drażni - drażni człowieka przybyłego ze świata o bardzo dobrze zdefiniowanym tempie i kierunku upływu czasu. Ale po jakimś czasie książka pozwala się rozpłynąć w zaczynających coraz bardziej rozmiękczać swe granica minutach, godzinach i krajach. Jeszcze jeden fragment z tytułowego rozdziału Jadąc do Babadag:

Gdziekolwiek się ruszę, wyglądam Cyganów. W Prekmurju wyjeździłem bak benzyny, żeby na nich trafić, ponieważ brała mnie cholera na ten wysprzątany kraj i na Słoweńców, na tych zdrajców słowiańskiej rozpierduchy, ale nie znalazłem żadnego, chociaż wyczytałem, że na pewno tam są. Bardzo możliwe, że się ukryli, że wyczuli mnie na sto kilometrów z tym moim zamiłowaniem do rozpadu, z tą żałosną skłonnością do wszystkiego, co nie wygląda tak, jak powinno. Wyczuli mnie już, gdy wyjeżdżałem z domu, już na Słowacji, gdy mijałem ten ich rozdupczony slams za Zborovem, to miejsce przy szosie na wzgórzu, tę prowizorkę i kpinę ze wszystkich pokus ładu i dostatku. Tam moje serce zawsze drży z podziwu, że można mieć ten świat w dupie i uprawiać starożytne zbieractwo pośród postmodernistycznego postindustrialu (...). W gruncie rzeczy robią to samo, co wszyscy, czyli próbują przetrwać, ale się tym nie chwalą, bo nie zapisali swojej historii i wolą swoje bajki i legendy, swoje bajania z pokolenia na pokolenie, swoje "pewnego razu" zamiast, powiedzmy: "trzynastego grudnia roku pamiętnego, dajmy na to, w Kopenhadze". Dlatego dokądkolwiek się wybiorę, zaraz rozglądam się za nimi, za tą żywą obrazą cywilizacji śródziemnomorskiej oraz chrześcijańskiej (...).
[podkreślenia - znów ja]

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne w 2008 roku i polecam ją ja, Wojtek.

Komentarze

  1. Książka jest świetna, również polecam. Świat, który opisuje Grzesiu w większości już jednak nie istnieje. Przez ostatnie kilkanaście lat wiele się w tych krainach od czasów podróży,które opisuje zmieniło (EU itp). Ja wieloma miejscami po lekturze Stasiuka się bardzo rozczarowałem, na przykład Deltą Dunaju. Robi się tam turystycznie po prostu, nie ma już takich klimatów jak w książce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie tak. Ale myślę, że to co Andrzej opisał jeszcze istnieje, tylko trzeba trochę solidniej poszperać, trochę więcej czasu "zmarnować" na szwędanie się bez celu. Może pojechać gdzieś dale? Na pewno poza UE... W szczególności: Węgry bardziej kojarzą mi się w wielkimi niebieskimi znakami na autostradach niż ze stasiukowymi klimatami.

    Ale w Albanii chyba nic się nie zmieniło. Byłem tam dwa lata temu: bunkry stoją jak stały, a na placach miejskich siedzący w kucki faceci dalej pieką kolby kukurydzy na opalanych zebranymi patyczkami "grillach" urządzonych z dwóch kawałków blachy.

    A ludzie, którzy "coś udają, że naśladują własne wyobrażenia o świecie, który jest gdzie indziej" nagminnie przytrafiali mi się w Iranie. Bo to co Stasiuk opisuje raczej nie ma ściśle określonego miejsca w przestrzeni. To raczej pewne ludzkie cechy które objawiają się bardziej jaskrawo w różnych sytuacjach, w różnym czasie. To, co autor widział 10 lat temu w Kiszyniowie może teraz można oglądać w Biszkeku? (a na pewno w Abchazji)

    Zresztą: motyw bezpowrotnego przemijania każdej chwili, obrazu, sytuacji często przewija się w książce. Jednak bez przesadnego biadolenia jak to okropnie źle. Raczej z pewną zachętą, żeby jechać, zobaczyć to co jest, zbierać stare fotografie i monety : )

    OdpowiedzUsuń
  3. mądre słowa panie kulego:)
    a w mołdowie i tym bardziej naddniestrzu wciaż wiele stasiukowego rozpadu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgłoś swój blog do konkursu na Blog Roku. Bo jeśli nie Ty go wygrasz, to kto?
    KrP

    OdpowiedzUsuń
  5. Heh, dziękuję za uznanie tudzież żart (bo objedzony kluskami z makiem mogłem nie rozpoznać co to było;). Jeśli żart to dobry, jeśli uznanie to nie sądzę, żeby moje leniwe notatki zasługiwały na jakiekolwiek miano, a już na pewno nie miano Bloga Roku ;) )

    A swoją drogą to cóż to za inicjały te KrP, bo już się Anonimowy komentarzodawco nie pierwszy raz tak podpisujesz, hm?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty