Granica kirgisko-chińska

Kierowca ciężarówki, z którym jechałem, był Kirgizem, ale chińskim. Więc po rosyjsku sobie nie porozmawialiśmy, ale uśmiechał się imponująco. Wyminął sznurek ciężarówek na poboczu i stanął przed zamkniętą, siermiężną granatową bramą.

Poważne ciacha
Drogę od granicy do Osz budują Chińczycy. Jest równa, nowa, chociaż kawałkami jeszcze jej nie ma. Wije się przez te kirgiskie góry i przełęcze. Granica na przełęczy Irkesztam to jedno z dwóch miejsc, przez które można przedostać się do Chin (druga przełęcz to Torgurat). Chodziła taka pogłoska, że granica na Irkesztam, stosunkowo nowa, jest zamknięta w łikendy. Ale tak droga, jak i handel, jak i państwo rozwija się, więc może to się zmieniło od stareńkiego już wydania Lonely Planet, źródła pogłosek? Postanowiłem to sprawdzić. Pytałem wszystkich kierowców, z jakimi jechałem (w tym całej bandy tranzytowców z Tadżykistanu), pytałem na policji, pytałem przypadkowych ludzi i CouchSurferów. Consensus był mniej więcej taki, że jest otwarta, ale ktoś stwierdził, że najlepiej zrobię, jeśli udam się do oddziału odpowiedniego ministerstwa w Jalalabadzie (gdzie akurat byłem). Udałem się. Na podwórku tego przybytku dwójka niższych pracowników i ktoś w rodzaju szefa turlało kilkunastoletniego żiguli z jednego na drugi koniec dziedzińca, próbując zapalić ruską maszynę. Zapytałem. Zadzwoniono. Oczekiwano. Zawiadamiano mnie, że dalej się oczekuje. W końcu przyszła odpowiedź: tak, tak, ci wszyscy ludzie mieli rację, granica oczywiście jest otwarta w łikend!


Była sobota, koło południa, a ja za cholerę nie mogłem się dowiedzieć od mojego chińskiego Kirgiza ile tu będziemy stali. Wyszedłem więc na zewnątrz i wstąpiłem do jednej z blaszanych bud-sklepików.

-Kiedy otwierają granicę?
-Noo... o 8. W poniedziałek.

Ciekawy to kraj, w którym nawet ministerstwo nie wie kiedy działa jedno z dwóch przejść granicznych z obecnie chyba najpotężniejszą gospodarką świata. Dla dopełnienia informacji: ta granica nie tylko jest zamknięta w łikend, ona w ogóle jest otwarta przez jakieś 6 godzin w ciągu dnia (8-12 i 14-16 o ile pamiętam).


Cóż. Irkesztam to jest naprawdę koniec świata, co wiąże się z tym, że nikt stamtąd nie wyjeżdża. Więc w sytuacji, gdy granica jest zamknięta, nie ma opcji, żeby wydostać się np. do odległego o stokilkadziesiąt kilometrów Sari Tasz.

Nie, Sari Tasz to równie zapadła wiocha co Nura, ale w Sari Tasz jest przynajmniej ładnie. W Nurze powietrze i w ogóle wszystko ma smak i kolor kurzu, a przynajmniej tak było podczas mego przymusowego, dwudniowego koczowania. Tylko rzeka ma inny kolor. Jest czerwona.

Nura, idealne miejsce na łikendowy wypoczynek

Poczułem się tak jakby no... jakby to powiedzieć, żeby nie było brzydko, a jednak dostatecznie ekspresyjnie... No nie poczułem się najlepiej, że muszę tam koczować, ale jakoś z tym żyłem. Chodziłem na spacery, robiłem zdjęcia dzieciom, które radośnie mnie obskakiwały widząc aparat, chichrały się i bardzo chciały robić zdjęcie. I nagle, gdy już układałem się do zdjęcia, robiły się śmiertelnie, ale to śmiertelnie poważne. I mogłem robić głupie miny, zagadywać, machać - wszystko na nic, mam tylko zdjęcia śmiertelnie poważnych dzieci z Nury.

Poważne dżagi
Czasem spacerowałem, a czasem obserwowałem z mojego obozowiska nad rzeką, albo z pobliskich pagórków. Patrzyłem sobie, jak dla zabicia czasu sąsiedzi, mieszkający kilka domów od siebie, odwiedzali się samochodami. Mieli przy tym zdaje się dużo radości.

Po wodę chodziłem do kranika koło domów. Czasem szczekał na mnie pies.

W zasadzie nie miałem jedzenia na 2 dni, więc zacząłem szukać sklepu. Jeden zamknięty (potem udało mi się wejść), drugi otwarty, nawet bardzo. Klienci byli równie narąbani jak i sprzedawca, który podobnie jak właściciel drugiego przybytku, zaopatrywał mieszkańców Nury w cukierki, wódkę, herbatniki, wódkę, chałwę, papier toaletowy i wódkę.

Wieś jest duża, ale ludzi jakby nie ma.

Chłopak, który pomógł znaleźć mi sklepy w labiryncie identycznych domków, odbudowanych po trzęsieniu ziemi w 2008 roku, zaprosił mnie do siebie. Poczęstował czymś w rodzaju duszonych warzyw z duszonymi warzywami. Dobre, witaminy. Herbata i chleb, jak zawsze na rozłożonym na podłodze obrusiku. Gość pracuje w Chinach, Kaszgarze. Wrócił na urlop do rodzinnej wioski.

Nura z góry

Coś jakby umocnienia

Coś jakby gigantyczna, kamienna kapusta pekińska
Było więc bardzo interesująco. Poznałem lokalne życie wsi i przeszedłem wszystkie levele jedynej gierki na moim telefonie. Napisałem też kawałek dziennika, który nigdy podczas tej podróży nie wzbogacił się na raz o takie ilości tekstu. Ale i tak nie udało mi się dobrnąć nawet do połowy wyprawy.

Czasem odwiedzali mnie koledzy. A w poniedziałek rano zwinąłem kram i poszedłem piechotą do Chin.

Koledzy

Komentarze

  1. Łał. Tak świetne góry widywałem tylko w grach komputerowych na granicy mapy. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. One chyba myślały, że jak zrobią smutną minę, to trafią na okładkę National Geografic.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hah, dokładnie : p. Podobny w duchu komentarz usłyszałem pokazując te zdjęcia pewnej (pragnącej pewnie pozostać anonimową) osobie, mianowicie, że powinienem opatrzyć to zdjęcie podpisem w stylu, że te głodujące w Afryce dzieci to też ściema ; ).

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja mam takie trochę pytanie z innej beczki. Nawet odczuwam pewien rodzaj zażenowania, że wypytuję Cię o takie rzeczy;) A mianowicie: Jakiego używasz aparatu? Bo te zdjęcia są jakościowo bardzo fajne i dla mnie w zupełności zadowalające, jeśli chodzi o dokumentowanie podróży. Dlatego zastanawia mnie jaki to sprzęt;) Być może odgapię;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. canon powershot s5is

      ale zepsuł mi się w Chinach (wykończyłem migawkę po 5 latach) i obecnie zmieniłem na lustrzankę. ale fajny był ten powershot tak ogólnie, jakość w porządku, z tym wyjątkiem, że niebo/chmury zwykle robił dość dziadowsko, no i cóz, to nie lustrzanka.

      Usuń
  5. super opis
    chciałem się zapytać jak wyglądała sytuacja z przejściem granicy z chinami od strony prawnej, trzeba mieć jakieś specjalne pozwolenie czy wystarczy tylko wiza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiadomo mi o zadnym specjalnym pozwoleniu na to przejscie (co innego jesli chodzi o przelecz Torugart, tam cos podobno trzeba, z obu stron).

      Usuń
  6. O, właśnie. 29.06 lecimy do Biszkeku i dalej na rowerach do Tadżykistanu i Chin i z powrotem do Biszkeku. No i chcielibyśmy przejechać przez Torugart. Nikt nie wie jak to jest od strony chińskiej (od kirgiskiej trzeba mieć pozwolenie). Może wiesz, gdzie szukać odpowiedzi?

    Świetne teksty, wciągnął mnie ten blog. Zamiast przygotowywać się do wyjazdu i załatwiać wszystkie wymagające załatwienia sprawy siedzę i czytam... Gratuluję!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Na 99% nie trzeba żadnego pozwolenia i bedzie to wyglądało tak: zatrzymają was w Ulugczat, jakieś 150km przed geograficzną granicą. W Ulugczat jest granica "prawdziwa", tzn. sprawdzanie paszportów, bagaży, pieczątek etc. I tam prawdopodobnie wsadzą was na siłę do autobusu, albo, jeśli traficie na miłego żołnierza, do ciężarówki (w sensie na stopa). Bo oficjalnie odcinka od geograficznej granicy do Ulugczat nie powinno się odbywać samemu. Ja jechałem od drugiej strony: na geograficznej granicy wsadzili mnie na siłę w autobus z Osz do Kaszgaru, mogłem wysiąść dopiero w Ulugczat (do autobusu wsadzili żołnierza który trzymał mój paszport i oddał mi go dopiero tam). Ta, Chiny, kraj w którym odczuwasz, że ktoś o Ciebie "DBA" ; ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, ale Ty pytasz o Torugart. No, na Torugart pozwolenia trzeba : ].
      No i po co Wam ten Torugart, żeby wydać trochę pieniędzy, stracić trochę czasu i spotkać zachodnich turystów w jeepach? A dajcie spokój : p

      Usuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty