Meksyk - pierwszych dni parę

Jest gorąco (no niespodzianka!). Ale gorzej, bo mam jechać na południe, więc będzie jeszcze goręcej. Pojechałem autobusem do Brukseli, stamtąd do poleciałem do Cancun. A teraz jestem w Valladolid, przebywszy pierwsze 180km w dwa dni, pierwej spędziwszy nieco czasu w Cancun, próbując przyzwyczaić się do tutejszej strefy czasowej (albo dalej mi nie wyszło, albo jestem zmęczony) i do tutejszych bakterii (a to akurat mi się udało... jakby to powiedzieć... kupa trzyma się kupy, o).

Uwaga, uwaga, krokodyle gryzą nawet drewniane tabliczki!

Ale hola hola, zanim to wszystko - Bruksela. Po pierwsze stwierdzam, że frytki z majonezem to wcale nie taki głupi pomysł (oni po prostu mają inny majonez). A po drugie - co można zobaczyć w Brukseli... Jak to określiła Asta - "first class propaganda". Tak, tak, lepsze niż Ksenia Degielko, bo wszyscy w to wierzą! Jedyny na świecie parlament bez opozycji! A koalicja ma w programie ogólne dobro, pokój na świecie, równość, braterstwo i co tylko. Jak ktoś ma taki program polityczny to jak to się nazywa, populizm czy mydlenie oczu :)?

No same cuda!
Ohohoho, Parlament Europejski
W Cancun nie jest dobrze zupełnie - jest to miasto, które powstało jakieś 30 lat temu i składa się głównie z hoteli, centrów handlowych i budynków mieszkalnych dla wszystkich tych obsługujących turystyczną zbieraninę z całego świata pracowników. Na spanie załapałem się z CouchSurfingu do Hiszpanki, które wyemigrowałatu za pracą w dobie kryzysu (typowe, w Meridzie czeka mnie kolejna). Udało mi się zakupić butlę gazem w Walmarcie i wybrać się na wycieczkę do Puerto Morelos, gdzie po drodze straszą krokodylami, a plaża jest zadziwiająco pusta. Po drodze odbyłem szybki kurs jeżdżenia po autostradach rowerem.

Puerto Morelos adin
Puerto Modelos dwa
Siedlisko krokodyla (podobno)
W dalszym ciągu jest gorąco, jem różne pikantne rzeczy, które zazwyczaj są z kurczakiem, bo wiem jak jest drób po hiszpańsku. Sara opowiada mi jak to mieszkając w Cancun, ale bliżej selwy (lasu) odwiedzały ją tarantulle i wielkie karaczany. Na te wszystkie opowieści nie reaguję, bo co będę reagować, jak następną noc spędzę w namiocie na boisku sąsiadującym z selwą. To było bardzo fajne boisko, nie przyszedł ani jeden karaczan, musiało za to przyjść jakieś większe zwierzę, które zwinęło mi torbę ze śmieciami, a niech ma. Się zdziwi. Po drodze mija się selwę, las, drzewa, krzaki, selwę, rancza na sprzedaż (w s z y s t k i e), las, selwę, mężczyźni jeżdżą dopracy na pace furgonetek, kobiety mają czarne włosy spięte do tyłu, w sklepach są tylko chipsy, mydło, puszki z kukurydzą i piwo, a najtańszym napojem jest - wychodzi na to - Pepsi (nie woda). Ale będę szukał, bo zbankrutuję.

Pierwszy nocleg nie-w-domu
Gdzieś po drodze z Cancun do Valladolid
Poza tym to kończę, bo mnie ludzie przeganiają. Może się zreformuję technologicznie trochę i kupię sobie tablet, boć to tanie ostatnimi czasy, a wifi to pewnie i po selwie hula...

Komentarze

  1. Zazdrościmy widoku morza... Kąpać się w takiej wodzie to jak bajka... Pozdrawiamy z blokowiska w Laskowicach.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajna wyprawa. Ale te tarantule by mnie nieźle nastraszyły. Nie wiem, czy chciałabym w takim razie pod namiotem spać.
    Z ciepełka się ciesz, bo w Polsce z tym gorzej. Czuć, że już jesień.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty