Wystawa fotograficzna, niezwykle artystyczna, i do tego online: Ogrodzony kraj – płoty Gwatemali

Przygotowałem dla Ciebie, Szanowny Czytelniku, uciechę artystyczną. Zapraszam do obejrzenia wystawy fotograficznej pt. Ogrodzony kraj – płoty Gwatemali. Wystawa zostanie poprzedzona obfitym wstępem, który jest zarazem wprowadzeniem do problemu, krytyką płotu oraz apologią miedzy, a dokładnie: klasycznej miedzy polskiej. Słowem: rzecz tylko dla ambitnego odbiorcy! Nazwałem Cię odbiorcą, bo nie wiem co z tą wystawą zrobisz. Możesz ja przeczytać, wtedy nazwę Cię Czytelnikiem. Możesz ją obejrzeć, zostaniesz Oglądającym. Możesz wreszcie jedynie oblecieć ją wzrokiem, wtedy ochrzczę Cie pilotem oblatywaczem, zgodnie z moją rodzinną tradycją.

Panoramiczny widok na Ciudad de Guatemala z drogi wpadającej od północy
Wystawa jest online. Brać online lubi, gdy rzeczy online są free-of-charge, i tak też ta wystawa jest darmowa. Czy to nie cudowne? Wiem, wiem, wierzę Twojemu zdziwieniu. Jak czujesz mimo wszystko konieczność wydania pieniądzy, to idź do sklepu, kup draże „Korsarz”, te kokosowe, i jedząc – pomyśl o mnie. Bardzo je lubię, a tu, gdzie piszę te słowa, znaczytsja w Hondurasje, nie ma ich.

Otwarcie wystawy, czyli ten tak zwany wernisaż, odbywa się właśnie w tej chwili, gdy czytasz te słowa. Wino we własnym zakresie. Aby nie pić samemu proponuję organizować się w lokalne grupy odbiorców, konsumować i odbierać sztukę pospołu.


Wprowadzenie


Problemem podejmowanym przez artystę (nie bójmy się tego słowa!) jest fakt, że Gwatemala, jako kraj, jest ogrodzona. Nie jest to zresztą problem istniejący wyłącznie w Gwatemali, ale to właśnie w tym kraju, słoneczno-deszczowego dnia 23 listopada Roku Pańskiego 2013 przelała się przysłowiowa czara przysłowiowej goryczy. No i aż z żalu zacząłem robić zdjęcia.

Łukaszenko też kiedyś chciał ogrodzić Białoruś - śmiano się z niego. W Ameryce Środkowej już dawno zrealizowano ten plan, a właściwie zrobiono coś gorszego, bo płoty nie odgradzają krajów, tylko poszczególnych ludzi.

No ale nie o tym miało być. Wyobraźcie sobie Państwo, że kraj ten, Gwatemalę mianowicie, przecina gęsta sieć płotów z kolczastego drutu (tego samego, który zwykle kojarzy mi się osobiście z obozami koncentracyjnymi), zaplecionych weń gałęzi i słupków. Cały państwo, od wschodu do zachodu, z północy na południe posiekane jest ogrodzeniami. Proszę sobie to naprawdę wyobrazić, że wszystko, nie tylko domy i pastwiska, ale i łąki, nieużytki, użytki, lasy, góry, kamienie, jeziora, no wszystko (do cholery jasnej) znajduje się za kłującym drutem. Wrażenie jest piorunujące, ale i inna kwestia zastanawia: ileż pracy, pieniędzy i czasu kosztowało postawienie tych wszystkich ogrodzeń? Ile ton metalu wykorzystano, ile metrów ma drut, który posiekał kraj na kawałeczki, w których niczym w klatkach zamykają się ludzie? I co to oznacza?

W Polsce mamy zazwyczaj do czynienia z obiektem ziemnym zwanym miedzą. Obiekt ów, zwykle w postaci niskiego wału, lub w zasadzie bez szczególnej postaci, również oddziela posesje jednego lub większej ilości gospodarzy. Miedzą zwykle idzie ścieżka. Ot i cała miedza. Ale ileż w niej znaczeń, ileż twórczej mocy! O miedzy pisano wierze i poematy (w końcu „na niej z rzadka ciche grusze siedzą"). Miedza zaiste jest metaforą, że miejsce, w którym spotykają się ludzie, jak na miedzy spotykają się odrębne posesje, może być drogą do czegoś nowego, tak jak siatka miedzowych dróżek rozpościera się po horyzont (w tym do lasu na grzyby, dodać należy: do nieogrodzonego lasu na nieogrodzone grzyby). Miedza oznacza, że nie musimy używać kolczastego drutu i drewna, wystarczy umówić się, że do miedzy to twoje, a od miedzy to już moje, a o gruszki na miedzy możemy pospierać się wieczorem, po robocie, gdy starczy czasu, gdy wpadnie Rzędzian. "Owóż jak ją Jaworscy trzęsą, to i nasze gruszki opadają, a dużo idzie na miedzę. Oni tedy powiadają, że te, co na miedzy leżą, to ich, a my…".

A płot? Płot jest wielką kością niezgody (co najmniej biodrową). Sieć płotów to gigantyczne, oplatające cały kraj wotum nieufności człowieka do człowieka, znakiem tego, że nie potrafimy się dogadać. Jest też imponującym marnotrawstwem czasu i środków, które niczego nie konstruują i do niczego nowego nie prowadzą. Zamykają tylko ludzi w ich prywatnych posesjach, z których to posesji oglądają sobie świat. A jak to powiedził David Hilbert (bo trzeba zawsze zacytować kogoś mądrego i uznanego, najlepiej zresztą matematyka, poza tym na współpracę nauki ze sztuka można wyciągnąć niezłe dotacje): „Każdy człowiek ma swój horyzont. Gdy ten się zmniejsza, w końcu ściąga się do punktu i wtedy człowiek powiada: to jest mój punkt widzenia!”. Znaczy się taki płot ogranicza. Zamyka. Więzi. Cały życie i świat – przez płot. No a najgorsze, że rowerzyści nie mają gdzie postawić namiotu.

W Kirgistanie, gdy siąść na koń na jednej granicy, można przelecieć kraj aż do drugiego końca i nic w bezkresnych przestrzeniach nas nie zatrzyma. Na kirgiskich stepach oddycha się wolnościa i wiatrem. Natomiast taki dajmy na to rower w Gwatemali już takiej wolności nie daje. Niby wolny jak ptak możesz kierować, gdzie zechcesz, ale w praktyce wybór to tylko w przód lub w tył, jak w windzie. W bok nie zboczysz, bo tam płot. Pod gruszą nie odpoczniesz, bo grusza za płotem i już swoim pniem nas nie podeprze. Na łącę się nie położysz, bo: patrz wyżej. No więc jest jak w wielkim systemie wind, gdzie na niektórych, bardziej obleganych piętrach spotyka się chmary ludzi, potem jedziesz dalej, ale ciągle w tym kanale, tunelu, szybie ograniczonym kolczatką. W zasadzie to póki się człowiek nie przyzwyczai, jest to dośc koszmarne. Zresztą nikt nie lubi siedzieć zbyt długo w windzie: zbyt długie ograniczenie do małej przestrzeni prowadzi do frustracji. Frustracja sięgnęła w moim wypadku zenitu nad jeziorem Izabal: dużym, przepięknym, otoczonym górami i zielonymi łąkami. Nic, tylko rozłożyć swój namiot, potem wleźć do wody, przepłynąć się kawałek, wrócić, wytrzeć porządnie ręcznikiem i gapić w gwiazdy. I co? I guzik. Dojście do jeziora, dobre sobie. Płoty i bramy, a ludzi, żeby dajmy na to zapytać gospodarza o wejście – nie ma. No płotu nie będę mu przecinał, chociaż kombinerki mam w razie wu. Tamtej nocy spałem w polu trzciny – też ogrodzone, ale było jak wleźć. A potem zacząłem robić zdjęcia typu spojrzenie na Gwatematę przez płot.

Może należałoby jeszcze dodać, że ta ogrodzona zwykle należy do ludzi o jaśniejszej cerze, że Majowie zwykle jej nie mają, co ciągnie się od czasów kolumbijsko-cortezowskich, i że to była jedna z głównych przyczyn trwającej 40 lat wojny domowej w Gwatemali.


Boisko piłkarskiej w jednej z wiosek Baja Verapaz
Pole kukurydzy pod wulkanem Acatenango
Patrząc z pola trzciny na drogę za El Estor
Widok przez płot na inny płot
Rzeka
Poletko z ziołami
Kwiaty polne
Pola w dół od drogi na Rabinal
Łańcuch wulkaniczny w okolicy Antigua Guatemala
Wulkan Agua
Jezioro Atitlan

Komentarze

  1. Gorzkie strasznie te zdjęcia...

    OdpowiedzUsuń
  2. chwilowo jestem "pilotem oblatywaczem" (?!), ale wrócę tu, i z uwagę przeczytam, i obejrzę całą wystawę... (po sesji)
    (haha)
    ale sam wstęp do wystawy - wykwintny!
    jem jabłka zamiast "Korsarza", ale do właściwego oglądania wystawy postaram się lepiej przygotować

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty