Różnych ludzi się spotyka

To było w San Felipe, Belize. Leżałem na dziurawym, wilgotnym hamaku. Przez szpary w dachu wpadały żółte krople księżyca. Byłem strasznie brudny, bo żeby dojść do jego chaty, ciągnęliśmy przez jakieś nieludzkie błoto.

Miejscowy pijak. Nawet nie tak bardzo pijany, po prostu życiowy połamaniec. Ciągle mi powtarzał, że w San Felipe wszyscy są w porządku. Murarz. 40 lat? Co chwilę wtrącał zdanie po angielsku podkreślając, że jest Belizeńczykiem, że mówi w dwóch językach.

Siedzieliśmy najpierw na betonowym boisku do kosza. To była sobota. Siedziałem tam długo, cały wieczór. Nie chciało mi się szukać miejsca na nocleg, chciałem przespać się na boisku. San Felipe jest maleńkie. I rzeczywiście wszyscy są tam dobrzy. Chłopak, którego pytałem godzinę wcześniej o mszę w niedzielę (dlatego pamiętam, że to musiała być sobota) przyniósł mi potem tacos i colę. Tacos były świetne. Cola - zimna.

A potem on, jak ucieleśnienie Ewangelii.

Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: "A kto jest moim bliźnim?". Jezus nawiązując do tego, rzekł: "Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. [Łk 10, 29-34]

A Żydzi z Samarytanami się nie lubili. Znaczy się: Samarytanie to byli ci gorsi.

I tak siedziałem na tej ławce. Przechodzili bogaci, przechodzili młodzi, przechodzili udani i uśmiechnięci. A potem przyszedł ten, któremu życie dało nierozwagę, dziurawe ściany z desek i błoto w kaloszach. I on mnie zabrał do siebie. Po drodze wstąpiliśmy do jego matki: patrzyła na niego z mieszaniną złości i miłości, pogardy i politowania. A siostra w ogóle na niego nie patrzyła. Ja byłem tam kosmitą.

Potem błoto, więcej błota, klapek utkwił mi w ziemi, wyciągnąłem, droga, trawa, księżycowa noc, kłódka, drzwi, beczka z wodą: tu możesz się umyć. Dziękuję.

I potem leżałem w tym brudnym, zdewastowanym, dziurawym hamaku i myślałem sobie: co ja tu robię?

Przypomniałem to sobie dzisiaj, leżąc w eleganckim hamaku, w piękną, książycową noc w Panamie, koło domu dwóch Panamczyków chińskiego pochodzenia, rozważających budowę farmy sałaty. Koło ich domku w stylu alpejskim w bogatym El Valle.

Różnych ludzi się spotyka.


Komentarze

  1. Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku, bo bardzo dramatycznie brzmią te słowa, które piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieprzeciętnie dobry tekst. Cała Twoja podróż jest nieprzeciętna. Bo masz nieprzeciętny sposób postrzegania.
    Historią jestem jednocześnie zasmucona i zachwycona.

    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  3. "Bo masz nieprzeciętny sposób postrzegania." - sedno.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty