Rowerem po Belize, czyli w 10 dni dookoła świata


Po kilku godzinach pedałowania z nienagannych, ułożonych belizeńskich „Niemiec”, położonych w centrum kraju, przejeżdżam nieco na południe, do Dangrigi, w sam środek czarnej Afryki, rozedrganej łomotem bębnów, pijanej transowym śpiewem. Zachodni dystrykt Cayo to mała Anglia, a w niej bogaci Amerykanie nie wystawiający nosów zza swych eleganckich, otoczonych równiutkim trawnikiem willi, podczas gdy na północym wschodzie, mówiący po hiszpańsku Majowie kekczi, toną w błocie i komarach. Karaibscy Garifuni w Punta Gorda smażą bananowe placki, identyczne z naszymi ziemniaczanymi, a ortodoksyjni Mennonici powożą bryczkami z półkolistym dachem i parą małych koni. Supermarkety należą do Chińczyków, którzy mówią po angielsku jak po roku nauki w szkole podstawowej (czyli opanowali już „thank you” i liczby, z fatalnym akcentem). A na to wszystko z kanciastej monety spogląda królowa Elżbieta II.

[tekst po poprawkach redakcji i pod tytułem Multikulti królowej Elżbiety ukazał się w magazynie Poznaj Świat, numer z września 2014]


Dłubiąc kokos


Powierzchnia Belize to mniej więcej tyle, co Zachodniopomorskie. Ludności też jak na lekarstwo, bo mniej niż w samej tylko zachodniopomorskiej stolicy – 327 tysięcy (w Szczecinie około 400). Zerknąwszy szybko na mapę, statystyki i niezbyt obszerne informacje, które serwuje o tym kraju wikipedia, sądziłem, iż wpadne na 2 czy 3 dni i wrócę do Gwatemali penetrować dalej imponujący wszechświat Majów. Ale jakoś się przeciągnęło. Bo choć tak niewielu ludzi na tak małej przestrzeni, to różnorodnością można by obdzielić cały kontynent.


Granica Belize z gwatemalskim regionem Peten ciągnie się przez przeszło 200km. Równa jak od linijki, bo ani Peten, ani zachodnie Belize nie obfitują w ludność czy drogi. Droga z Flores, stolicy Petenu, do Belize, początkowo przyjemna, zamienia się bliżej granicy w szeroki, błotnisto-kamienisty trakt, którym ciągną miniaturowe busiki oraz motory, rzadziej auta, a w listopadzie 2013 roku dodatkowo mój rower i tumany gęstej jak plastelina mgły. Zaraz za poboczem – mur gęstej puszczy, poprzetykanej stojącymi po kolana w błocie chatami i ludźmi. Nieczęsto zdarzają się wydarte ekspansywnym lasom pola czy papajowe gaje, skrzętnie ogrodzone drutem kolczastym. Jest ciasno, biednie i pada, ale w przeciwieństwie do północnego Petenu - mają tu prąd. Brnię więc przez tę gęstwinę drzew i błota, chat i ludzi, mgły i wody, a że geograficznie nic nie ma się specjalnie zmienić za arbitralną, geometrycznie prostą granicą, to i na żadną zmianę w otaczającej cię rzeczywistości nie liczę.

Ale przychodzi zmiana. Duża zmiana.

Już po stronie belizeńskiej

Preludium wybrzmiewa na granicy: w Gwatemali miły starszy pan przybija bez zbędnych pytań pieczątkę, ktoś sprzedaje banany, ktoś namawia na okazyjną wymianę quetzali na dolary belizeńskie. Po drugiej stronie jest już znacznie poważniej, bo wypytują o plany, ilość potrzebnych dni w stosunku do ilości posiadanych pieniędzy.
-30 dolarów? - kontrolerka patrzy na mnie z niedowierzaniem. – Karen, gość ma tylko 30 dolarów! - woła koleżankę z mieszaniną zdziwienia i chęcią błyskawicznej deportacji w głosie. - I jedziesz do Belize City samochodem, wiesz ile kosztuje...
-Nie, rowerem – przerywam.
-Acha... - patrzy na mnie jak na dobrego wariata i wbija pieczątkę.

Bodaj przez całą drogę z granicy do Belmopanu mam tak zwany opad szczęki. Po pierwsze: przestrzeń – dżungli wycięto dość sporo, a w jej miejsce ciągną się uprawne pola, sady i pastwiska. Wielkie, ceglane domy grodzi już nie ascetyczny drut kolczasty, a elegancki biały płot. Znalazłem się w miejscu, gdzie przystanki autobusowe wyglądają lepiej niż domy w dopiero co opuszczonej Gwatemali. Ba, w miejscu, gdzie w ogóle są przystanki autobusowe! I te trawniki... Przejechawszy niewielki, ale odmierzany już w milach (a nie kilometrach) dystans, wjechałem do czegoś w rodzaju lokalnej kopii Wielkiej Brytanii, z tą tylko różnicą, że było jakieś 20 stopni cieplej.


Ruiny Majów z Altun Ha
Jednak gdy rozmawiam z ludźmi, zmienia się niewiele, bo dalej używam hiszpańskiego. Rząd Belize, w dalszym ciągu zależny od byłej metropolii, wspierany finansowo przez Unię Europejską mieniącą się ostoją wszelkiej równości, demokracji i praw mniejszości, nie robi sobie nic z faktu, że ponad 50% ludności mówi na co dzień po hiszpańsku, że Majowie, Kreole czy Mennonici często też preferują swoje języki. Nieistotne, we wszystkich szkołach niepodzielnie panuje angielski. Tak to odbieram po polsku, z całą naszą narodową optyką, której trudno zrozumień tożsamość narodową mieszkańców kraju stworzonego jako kolonia, kraju-mieszanki, kraju niemal z definicji zależnego od innych. Kraju ludzi takich jak Sheida, której ojciec jest z hiszpanii, choć ma perskich potomków. Której matka urodziła się co prawda w Meksyku, ale jej rodzicielka skolei jest Honduraską, a ojciec – Szkotem. Kim jest Sheida? Sheida jest właśnie z Belize. Tak jak Edwin, prosty murarz z San Felipe, który co chwilę pyta mnie w jakim języku wolę go słuchać.
-Mówię tak samo dobrze po hiszpańsku jak po angielsku – zapewnia z dumą - bo jestem Belizeńczykiem!
Porcik w Beliz City

Do Belize City („City”... raptem 70 tysięcy mieszkańców) jeździ się tylko wtedy, gdy to konieczne. Tak się w Belize sądzi i powołuję się tu na opinię mieszkańców, by nie zostać przez Szanownego Czytelnika posądzonym o rasizm. Problemem Belize City są mianowicie Murzyni. Nie wszyscy oczywiście, ale jak już ktoś obsiada krawężniki, schodki i werandy w tych swoich bejsbolówkach, złotych łańcuchach i koszykarskich koszulkach, dybiąc złowrogo na przechodniów, to nie są to ani Latynosi, ani Majowie, ani biali, tylko właśnie Murzyni. Wspomniana Sheida, która mieszka w City od sześciu lat, obrabowana została trzy razy, w tym dwa razy mając pistolet przy skroni. Jeden rabunek na dwa lata, niezła średnia. I choć byłem już w niejednym kraju, i choć Belize City jest naprawdę niewielkie, to właśni tutaj po raz pierwszy czułem się rzeczywiście niepewnie i stosunkowo szybko ruszyłem dalej, na północ. A właściwie cała reszta kraju to już sielanka i bezpieczeństwo.

Napis głosi dumnie, że to najstarsza katedra anglikańska w Ameryce Środkowej. Może dlatego, że jedyna

Rodzinę Chan (wcale nie Chińczycy, tylko Majowie kekchi) poznaję w Santa Martha, w połowie drogi między Belize City a Orange Walk na północy kraju. Alberto, Sandro i Eduardo pracują głównie przy ścinaniu trzciny cukrowej: ręcznie, za pomocą pokaźnej maczety. Wiele z tego nie ma, ale w sezonie wystarcza na niezłe jedzenie i nienajgorszy byt. Ernesto chciał się uczyć na organistę, ale rodziny na to nie stać. Kupił więc sobie plastikowy flet i czasem gra na nim w kościele.

Warcaby dla dużych dzieci

Dzień mojego przyjazdu pokrył się z wypłatą ostatniej transzy z zeszłorocznych żniw, była więc buteleczka rumu i niezły nastrój. Ale do jedzenia tylko i wyłącznie kukurydza z fasolą. Za to w różnych kombinacjach: smażone, pieczone, gotowane czy w formie puddingu. Do Chanów zawitałem z prośbą o możliwość rozbicia namiotu koło domu, a skończyło się na hamaku na werandzie, kolacji, śniadaniu i zaproszeniu na urodziny następnego dnia. Ludzie bardzo przyjaźni, rozmowni (jak przystało na angielskojęzyczne Belize – po hiszpańsku), i nie żebym narzekał, ale mimo tej otwartości i gościnności, nie zaproszono mnie by spać w domu, czym zawsze rozpieszczał mnie Bliski Wschód, zwłaszcza Iran (a trzeba Szanownemu Czytelnikowi wiedzieć, że w Santa Martha mieszkają chyba wszystkie komary świata i śpiąc w hamaku mamy z nimi całkiem dobry kontakt, znaczy się: dobry mianowicie dla nich). Zastanawiające. I podobnie w Peten, w Gwatemali: wielka otwartość, a jednocześnie – dystans. Goszcząc w domu Chanów przy okazji obiadu przekonałem się w czym rzecz. Tam żywcem nie ma po prostu gdzie spać: w dwóch ciasnych izbach, na krzyżujących się hamakach z bidą mieści się wszystkich ośmiu mieszkańców, i więcej zwyczajnie już nie wejdzie.

Dziś są moje urodziny, ale nie chcę okładać kijem Kubusia Puchatka...

Czyli bieda też obecna: jak najbardziej, są ludzie, którzy nie mają nic. Tak się dziwnie składa, że zwykle nie są to ludzie biali i to się nazywa równość i demokracja. Albo, jak kto woli, postkolonializm. Pieniędzy brak, ale nie brak serdeczności, nie brak przygodnych spotkań i rozmów. A potem jadę dalej, mijam Orange Walk i wjeżdżam w Blue Creek, w osady Mennonitów. I tu skolei jest zupełnie odwrotnie, bo pieniędzy widocznie mają dość na białe domki, strzyżone trawniczki i równy asfalt, natomiast ludzi po prostu brak zupełny. Minęło mnie, owszem, kilka dobrych samochodów, niecodziennie wypucowanych pick-upów i dodgów, ale człowieka nie widziałem żadnego. A była to niedziela, więc może dlatego ukryli się w domach i kościele. Mimo wszystko jednak, taka pustka – dość przerażająca. Trafiłem jedynie na pewnego Belga, który był tu przejazdem. I teraz sytuacja wybitnie belizeńska: jestem w osadzie Mennonitów (mówiących w Plautdietsch, czyli archaicznym dolnoniemieckim) o nazwie Blue Creek (po angielsku), pewien Belg informuje mnie o jedynej otwartej w okolicy skleporestauracji, gdzie pracuje Latynoska smażąc amerykańskie burgery, mówiąca do mnie po angielsku, gdy ja, Polak, kupuję konserwę sprowadzoną z Danii.



Za Blue Creek próbuję przebić się zachodnią ścianą północnego Belize, do centrum, do Belmopanu, jedyną drogą w regionie. Okazuje się, że ta jedyna droga jest... prywatna. W długim na 300km kraju teren długości 80km, wraz z drogą, należy do raptem trzech właścicieli. Te trzy gigantyczne posesje zaopatrzone są, niby państwo w państwie, we własne granice – ze szlabanami, uzbrojonymi strażnikami i rejestracją wjeżdżających, a pozwolenie na przejazd wymaga wcześniejszych uzgodnień. Dzięki temu, żeby jechałem rowerem, a także korzystając z uprzejmości strażników, udało mi się przejechać, jednak kierowca samochodu jadący z północnego dystryktu Orange Walk do zachodniego Cayo nie może przejechać najkrótszą drogą i musi nadrabiać odległości przez Belize City na wybrzeżu (czyli przez wschód kraju).

Teren prywatny

Z trzech terenów prywatnych najbardziej uwagę przyciąga drugi: Gallon Jug. Coś jakby spełnione marzenie o idealnej osadzie: po długich milach przez gęstą puszczę wjeżdża się nagle między idyllicznie zielone pastwiska z pagórkami rodem z Nowej Zelandii, wszystko to ogrodzone białymi płotkami. W środku stoi kilka domów, czyli właśnie prywatna wioska Gallon Jug. Na pastwiskach trawę żują wypasione krowy, a wzdłuż drogi hasają jelonki, niektóre dość już oswojone, nie uciekają przed byle rowerzystą: naliczyłem ich około pięćdziesięciu. To zdaje się w takich właśnie miejscach, w filmach z Jamesem Bondem, mieszka szalony naukowiec/były polityk/szef mafii (proszę wybrać ulubione), obmyśla plan przejęcia władzy nad światem i, oczywiście, więzi uroczą niewiastę.


Za tymi atrakcjami przychodzą następne w postaci Spanish Lookout: nazwa po angielsku, w nazwie spanish, czyli hiszpański, a w miasteczku mieszkają Mennonici. Trzeba dodać, że Mennonici postępowi, używający wszelkich dobrodziejstw techniki. Mennonici ortodoksyjni dalej jeżdżą powozami konnymi. Spanish Lookout natomiast jawi się jako wyspa dobrobytu i postępu technologicznego Belize. Ba, w całym regionie, wliczając w to gwatemalski Peten i kawał południowego Meksyku, nie widziałem salonów volkswagena, fabryki kanadyjskich domów, silosów na zboże i tak idealnego asfaltu, nie mówiąc już o domach (rzecz jasna, po niemiecku idealnych). Ludność, podobnie jak w Blue Creek, nie jest specjalnie widoczna, chyba że za kierownicami samochodów, i zwykle biała tak, jakby z Niemiec przywędrowali do Ameryki w zeszłym tygodnium. Wygląda zresztą na to, że oprócz języka i religii, Mennonici zachowali jak najbardziej europejską duszę. Miałem mianowicie pewne trudności z wyjazdem ze Spanish Lookout na główną drogę do Belmopanu, a że nikt nie chodził pieszo - zatrzymywałem pojazdy by pytać o drogę. Najpierw Latynos kierujący ciężarówką: na widok machającego rowerzysty błyskawicznie zorientował się, że trzeba pomóc, zatrzymał się, wyskoczył z szoferki i tłumaczy mi trasę. Oczywiście chwilę później gubię się ponownie i znów próbuję pytać. Tym razem pojawia się w pickupie po europejsku blady Mennonita. Macham, gestykuluje, układam na twarzy wyraz a'la sierotka Małgosia, ale nic, gość z mieszaniną strachu i irytacji w oczach objeżdża mnie dokładnie dookoła i jedzie dalej.

Silosy: takie rzeczy tylko w Spanish Lookout

W planie miałem powrót do Gwatemali, ale ciągłe niespodzianki przekonały mnie, by jeszcze zostać jakiś czas w Belize. Dziewiętnastego listopada przypadało akurat święto Garifunów, więc popędziłem do Dangrigi, miasteczka zamieszkanego głównie przez nich. I znów zaskoczenie, znów diametralna zmiana: ze Spanish Lookout, w którym Mennonici nie wychodzą zza kółek swoich drogich aut, wylądowałem nagle w kotłowisku chyboczących się w takt muzyki Murzynów. Ze sceny schodził właśnie jakiś zespół młodzieżowy, odziany w kostium z muszelek, kostek i piór, zwieńczony maską na głowie. Dla odmiany występ zaczęła najwyraźniej znana tutaj wokalistka z zespołem bębniarzy, z saksofonem, gitarą i basem dodatkowo. Koncert zaczął się od długich pogaduch z publicznością, w końcu bębniarze zainicjowali prosty rytm, nieśmiało zaczynał syczeć saksofon, a wokalistka rozkręcała transowy śpiew. Kolejne instrumenty dołączały się do burzy dźwięków, pozornie losowo, a jednak dobrze znając swoje miejsce. Czuć w tym wszystkim korzenie pradawne korzenie bluesa, jest call and response, zawołania solistki i odpowiedzi chóru. Rytm wzmacniał się, a w końcu stawali się wszyscy razem niczym wielkie, bijące muzycznym tętnem, serce, i tak jak serce ożywiali całe ciało, to jest: całą publiczność. I też tak jak serce, bić nie przestawali: zmęczony całym dniem pedałowania, po dwudziestu minutach poszedłem na plażę rozłożyć namiot, a ze sceny dudnił ten sam utwór, przechodząc niekończące się modyfikacje.
Dangriga w dniu swojego święta

Południe Belize do pustkowie: mimo że kraj niewielki, jest tu wystarczająco dużo miejsca, by jechać kilkanaście czy nawet -dziesiąt kilometrów i widzieć jedynie drzewa, objęte takim czy innym rezerwatem. Przestrzeni jest więc dość, pieniędzy gdzie niegdzie również nie brakuje, co przyciąga sąsiadów: jak komuś nie uda się wyemigrować do Stanów, jedzie do Belize. Zarobki może trochę mniejsze, ale wjechać łatwiej. Spotkałem imigrantów z Gwatemali i Hondurasu, a już oni sami opowiadają, że cała Ameryka Środkowa tu jeździ, że nawet z bogatej Kostaryki.


Pustkowie poprzetykane jest mimo wszystko nielicznymi osadami, w szczególności bywa, że z gęstej puszczy wystają strzechy chat Majów, jak w okolicach Deep River, czyli Głębokiej Rzeki, w której Indianki piorą, myją się i plotkują. W odróżnieniu od Majów z północy – nie mówią po hiszpańsku, tylko w swoim kekchi (najstarszy w opisywanej rodzinie Alberto Chan z trudem przypominał sobie cokolwiek w kekchi) i znanym ze szkoły angielskim, zresztą bardzo dobrym. Rozstawiłem namiot obok małego kościółka katolickiego, gdzie było trochę trawy nie zajętej puszczą, a nawet betonowy podest z daszkiem. Z całej wioski zleciały się zaraz dzieciaki, bardzo zainteresowane, szczególnie namiotem. Ich rodzice pracują na farmach, albo zgoła pracy nie mają. Noc spokojna, a rano to samo: zlecieli się znów wszyscy w komplecie na opowieści jak to w Polsce zimno i że nie ma jaguarów. I grzechotników też nie? I bananów? To co wy w tej Polsce macie? Jabłka, odpowiadam. W którymś momencie najstarszy chłopak, na oko ze 12 lat, ocenia, że żółty autobus szkolny niedługo nadjedzie i wszyscy jak na komendę lecą do domów na szybkie śniadanie.



Dzieci wesoło wybiegły z kościoła


Ostatni przystanek to Punta Gorda, znów maleńkie miasteczko (chociaż stolica dystryktu) z równie filigranowym porcikiem granicznym. Bierze się tam motorówkę do Puerto Barrios, gdy chce się przedostać do Gwatemali, bo dróg lądowych przez granicę brak – chociaż mówią, że obecnie pierwsza taka droga jest w budowie i że właściwie to nawet już na ukończeniu. Do PG (pidżi), jak mówi się w Belize, warto jechać nawet, gdy nie wybieramy się za granicę. Leniwy, spokojny klimat urzeka. Uliczka idąca wzdłuż morza oferuje zarówno elegantsze, skierowane do turystów restauracje, jak i całkowicie lokalny targ rybny i cały rząd kramików z jedzeniem. Jem w jednym z nich: za 5 dolarów belizeńskich, czyli dokładnie 2.5 dolara amerykańskiego. Dzień gorący, ruch mizerny, więc kucharka, Garifunka, zaprasza mnie do swego mikroskopijnego lokalu - zwykle je się przy stolikach przed budką - sadza na plastikowym krześle w otwartych drzwiach (żebym miał przewiew) i zaopatrza w sporej wielkości wentylator. Jest kurczak, wołowina i ryba, co sobie życzę? - pyta. Rybę, oczywiście - skoro już jestem nad morzem. Kobieta otwiera zamrażarkę, wyjmuje niebieskie wiadro z rybami, stawia przede mną: wybierz sobie coś. Chwytam wielkie rybie dzwonko niewiadomego gatunku, które za chwile skwierczy już na patelni. Ona z Garifunów? O, a ja byłem dopiero co w Dangridze 19 listopada. Taaak? To wspaniale, a jadłem bananowe placki? No nie... A to nic nie szkodzi, bo mi zostało jeszcze dużo, musisz spróbować, ja ci włożę do tej ryby! Otwiera znów przepastną lodówkę i już zaraz na patelnię wędruje masa z tartych, zielonych bananów, do złudzenia przypominająca masę na nasze placki ziemniaczane. Zresztą smakuje również zupełnie podobnie.
Punta Gorda wita was, wita nas


Namiot rozbijam na boisku przed miasteczkiem. Rano przybywają tu trzej adepci zdrowego stylu życia odbywający poranne biegi i skłony. Silne słońce budzi mnie wcześnie rano, a łódź do Gwatemali odpływa dopiero o 9, więc zdążę jeszcze popływać w morzu. W portowym biurze migracyjnym, ogrodzonym wysokim płotem, tak by nikt niepowołany nie wydostał się za granice Belize, znudzona życiem kontrolerka bierze ode mnie 37.50 belizeańskich dolarów opłaty wyjazdowej. W niewielkiej motorówce siadam ja z rowerem, elegancki Anglik z równie eleganckim zestawem walizek i swą azjatycką przyjaciółką, a do tego ze sześciu lokali, worki cukru i dwie przenośne lodówki, z których handluje się potem napojami czy lodami. Dwa potężne silniki szybko oddalają nas od pomostu i za pół godziny jesteśmy w Gwatemali. Powrót do normalnej Ameryki Środkowej: na pomoście czeka już na nas tłumek oferujący taksówkę lub banany w czekoladzie, brzmią śmiechy, sunie zapach smażonego kurczaka. A kontrola paszportowa? A, paszporty, a to, panie, tą ulicą, trzysta metrów prosto i po lewej stronie taki biały budyneczek. Można wpaść, odwiedzić miłą starszą panią, która przybija pieczątki. Ale właściwie to wcale nie trzeba.

--> więcej zdjęć z Belize

Komentarze

  1. Przyciągające pierwsze zdjęcie z kokosem. Jak te poranki w Trójmieście obecnie, a tu proszę małe przeniesienie w inny klimat - lubię to ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No proszę, jak człowiek zmienia opinię o kraju, którego nazwę kojarzy jedynie z lekcji geografii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witamy! Rowerami przemierzamy aktualnie Meksyk i w naszych głowach jest także wstąpienie do Belize, a twój tekst tylko do tego jeszcze bardziej zachęca :) W związku z tym mamy nadzieję, iż rozwiejesz nasze wątpliwości dotyczące malarii (podobno tam występuje - czy brałeś jakieś leki lub podejmowałeś jakie specjalne środki poza repelentami?) oraz bezpieczeństwa (gdzie jeszcze poza Belize City należałoby się obawiać, jak duże to problemy i czy są sposoby na szybkie przez te tereny przemknięcie :) ). My będziemy w okolicach (Jukatan) zapewne ok połowy lutego. Pozdrawiamy z Mazatlan!
    Ania i Marcin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć. Istotnie podobno Belize z całej Ameryki jest najbardziej narażone na malarie, ale jak sobie porównasz ze wskaźnikami dla Afryki, to zdasz sobie sprawę, że realne zagrożenie jest minimalne.

      Osobiście nie używałem repelentów. Miałem ze sobą, i cały czas ze sobą mam, nieużyte nigdy, tabletki na malarie, które kupiłem jeszcze w Polsce.

      Najwięcej komarów spotkałem w St. Martha, wiosce przy drodze z Belize City na północ, do Orange Walk. Jechałem tam starą carreterą, która jest bliżej nadmorskich mokradeł, w których lęgną się komarzyska. Można jechać nową carreterą, nieco dalej od wybrzeża, gdzie, jak podejrzewam, jest bezpiecznie.

      Podobno w St.Martha zdarzają się przypadkim malarii, nie jest to natomiast w żadnym razie problem masowy. Poza tym z malarią bywa z epidemiami: jeśli się pojawia, zaraz wszyscy o tym mówią. Jesli nie mówią, znaczy że spokojnie i wszystkow porządku.
      Jeśli jednak obawiacie się malarii, możecie, jak wspomniałem, wybrać dalej od wybrzeża położoną nitkę drogi.

      W St,.Martha spędziłem dwa dni i moje nogi zostały objedzone doszczętnie, jednak nie miało to żadnych skutków na moje zdrowie. A to bardzo miłe, spokojne okolice, które mimo komarów bardzo polecam : ). Bo to główne carretery w Belize bywają męczące, zawsze warto uciec na boczną droge.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty