Wpis z Caracas [z trasy]

Zdaje się, że pomimo względnej aktywności piśmienniczej w ostatnim czasie (Świat do góry nogami według Eduardo Galeano, Ameryka Środkowa: nauka powolnej jazdy czy Pożegnanie z Morzem Karaibskim) właściwie dawno już mi się nie zdarzyło opisać co się właściwie ze mną dzieje. A to podobno czasem kogoś interesuje (tzn. tak mi kiedyś powiedział T. i od tamtego czasu piszę - od czasu do czasu - wpisy opatrzone znaczkiem [z trasy]).

Mam dużo różnych notatek, urywków, impresji. To już czwarty zeszyt, który ze mną podróżuje. Trzy pozostałe i kilka książek, ciążą coraz bardziej w sakwach i proszą, by je wysłać do Polski. Pani Justyna z Caracas mówi, że teraz nie, bo na Boże Narodzenie kradną paczki najwięcej: tak na poczcie, jak i u kurierów. Może w styczniu?

Piszę do Was z Caracas (nie mylić ze Skaracas, ska-jazzową grupą z Caracas, która jak nikt inny gra Watermelon Man, taaaaaa tatatata ta, Watermelon man...)

Przesiedziałem dwa tygodnie w gorącym jak piec Maracaibo, gdzie po nocach szaleliśmy na pustych ulicach z miejscowymi rowerzystami z Ciclovias, Masy Krytycznej i grałem na Calle Carabobo ze starymi muzykami. Przyswoiłem sobie nieco miejscowego dialekto, tak że czasem mówią w Caracas, że oszukuję, że nie jestem żaden polaco (Polak), tylko maracucho (człowiek z Maracaibo).


Potem złożyłem wizytę Gleanie ze Ciudad Ojeda i ruszyłem do Barquisimeto, dziesiątego na liście częstości zabójstw miasta na świecie (Caracas jest drugie, pierwsze: San Pedro Sula w Hondurasie, z ponad 180 morderstwami na 100 tysięcy mieszkańców rocznie, Warszawa dla porównania ma średnio nieco ponad osiem).

Barquisimeto jest jak wielka wioska. Z Adrianą śmiejemy się do rozpuku, że jak to możliwe, że to pueblucho, chociaż mieszkańców ma dużo, znalazło się na krwawej liście najniebezpieczniejszych miast świata.

Sobota, plac Boliwara (główny plac każdego miasta Boliwariańskiej Republiki Wenezueli to plac Boliwara, zupełnie tak jak w Iranie Chomeini Maidan). Centrum milionowego Barquisimeto, godzina dziewiętnasta. Pusto. Tylko kilku żuli, ze trzy kurwy zaglądające przez uchylone szyby zatrzymjujących się z rzadka samochodów. I ja. Ulica też jest pusta, nikt nie używa najtańszej na świecie benzyny o tej porze dnia.

No i potem mi mówią, że to przez niebezpieczeństwo. Psychoza. Jakie niebezpieczeństwo? Że cię okradną? Ale kto, tam nikogo nie ma.

Barquisimeto i jego przerośnięte cuatro (instrument gitaropodobny o czterech strunach)

Jedenasty listopada, Dzień Niepodległości. Czekam na śniadanie (nie, żebym narzekał, ale już od godziny, a chciałem już jechać...). Przygotowuje je żona rowerzysty, który spontanicznie przygarnął mnie do siebie na noc. Żona jest wielka, jak Hela z piosenki Big Cyca, co przesłania cały świat. Teresa na zdjęciu przysłoniła rower. No, i oczywiście stała się bezwiednie dominantą kompozycyjną. Tak, wiem, jestem chamem. Tak przynajmniej by mi powiedział Tomek, ktory, jak wiadomo, jest jeszcze większym chamem ode mnie, i dlatego tak dobrze się rozumiemy (pozdrowienia na ulicę Stysia we Wrocławiu!).

O Hela, o Hela, gdy mnie trzymasz w ramionach - umieram
Zanim jednak nadszedł jedenasty listopada... Matko, tak sobie pomyślałem, że jak zacznę wszystko pisać po kolei, to mi czasu zabraknie, a chce jeszcze skoczyć do centrum kupić dwie książki. Książki w Wenezueli są bardzo tanie, korzystam, a potem będę narzekał, że sakwy ciężkie. Będę. J. mi mówi, żebym się lepiej zaopatrzył w Kindla, a ja tak lubię papier. Zapach nowej książki. Zapach starej książki. Notowanie na marginesach, podkreślanie nieznanych słów po hiszpańsku i notowanie ich tłumaczeń na górze strony. Kindle też robi takie rzeczy? Nie wiem, na pewno nie pachnie.

Selekcja, selekcja... dobrze, no to nie napiszę o przejeżdżaniu przez awokadowe gaje, o tym, że awokado dojrzewa dużo czasu, o pękniętej oponie, o paniach z bistra, powietrzu i smaku kawy w Duaca, bo to strasznie długi fragment jest. Ale wstawimy kawałek o wyjeździe z Barquisimeto.

Śliczne mieszkanie. Pastelowe kolory, czarno-białe zdjęcia, obrazy. Tupac jest architektem, ale to jego żona zajmowała się wystrojem domu. I wyszło jej to doskonale, na tyle, że człowiek zakończyłby już podróż tylko po to, by uwić sobie podobne gniazdko.

Złapał mnie na skrzyżowaniu. Uchylił szybe w niebieskim garbusie i powiedział, że on też rowerzysta, że pogadamy. Zatrzymaliśmy sie na przystanku autobusowym i spędziliśmy dobrą chwilę, gaworząc. Zaproponował, żebyśmy pojechali do jego domu, pokaże mi fajne trasy w Wenezueli, zdjęcia. Zgodziłem się i ruszyłem za niemieckim cudem techniki. Jedni powiedzą, że pokazałem swoją najwyższa gotowość do bycia porwanym. Bo ludzie tak rpzepadają, w Wenezueli, w Kolumbii. Ktoś ich zatrzymuje, "doradza", i prowadzi do zamkniętego pokoju, z którego nijak się wydostać. Ja powiem, że mój szósty zmysł wykrywający potencjalnie niebezpiecznych ludzi jest zawsze aktywny.

Jeździł sporo po okolicach Meridy, i to faktycznie zupełnie rajskie okolice. Oprócz regularnej szosy, której asfalt dojeżdża na cztery tysiące metrów - nie wiedziałem, że wenezuelskie Andy to taka poważna sprawa - Tupac zna całą masę dróg gruntowych, obwijających góry jak obierka pomarańczy dłoń obierającego, jak łańcuch choinkę; dróg przechodzących przez zagubione między szczytami miasteczka spokojnych i sympatycznnych ludzi. Bajka.

Także Tupac opowiedział mi o alternatywnej, nieobecnej na mojej mapie, nieautostradowej, spokojnej szosie, która z Barquisimeto wspina się do Duaca i spada do morza, do Tucacas. Pojechałem tamtędy.

Tupac i ja
Przełożyłem trzy strony zeszytu i doszedłem do Santa Barbara, do końca długiego Dnia Niepodległości, który był niemiły dla mnie, prawie do samego końca. Niemiłości am daruję, opowiem zakończenie.

Wieczorem, mijając królestwo krowy mięsnej, wjechałem do Santa Barbara. Zmęczony nie tyle pedałowaniem - chociaż i tym, i nizinnym słońcem bez litości - co obawą o oponę, o jej dziwne wybrzuszenie, o lekko zdeformowaną obręcz przednią (wyszedł jej taki jakby guz... a ja w nic nie przywaliłem, nie wiem jak to się stało... wczoraj wyprostowałem to kombinerkami, nic poważnego), dziwnie zachowujące sie przerzutki i tajemniczo po raz drugi schodzące powietrze w tylnym kole (a dopiero co się remontowałem w Maracaibo); zobaczywszy kilka ławek  przy bialutkim kościółku i mającym zaraz zapaść zmroku, usiadłem bez sił na cokolwiek.

Siedziałem spokojny, popijając wodę. Dzień Niepodległości powoli gasł, a ja mówiłem sobie, że zaraz pójdę do sklepu, coś zjem, a potem pochodze po domach, może ktoś mnie przyjmie.

Plan nie wypalił bo nie było światła: sklep zamknięto, a chodzenie po ciemku od domu do domu raczej nie zdradzało szans na sukces. Siedziałem więc nadal, oddalając od siebie poczucie całkowitej porażki dnia jedenastego listopada, unosząc się dziesięć centymetrów nad ziemię, oddalając sie od jej problemów, zanurzając się w wodzie, której cały czas ubywało w zmaltretowanej butelce. Na placyku zaczęło przybywać wielkowiejskiej młodzieży, która pracuje jako poganiacz krów i ubiera się wzorem czarnych raperów z amerykańskich teledysków.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Mogłem swobodnie wyobrazić sobie, że nie istnieję. W końcu jeden z cwaniactwem w głosie coś do mnie wymamrotał - ludzie z wybrzeża charakteryzują się wyjątkowym lenistwem w wymowie. Nigdy ich nie rozumiem. Pytam więc, czy może mi to powtórzyć wyraźnie, na co on rzucił niedbale jeszcze raz tę samą onomatopeję, po czym głośno osądził, że ja po hiszpańsku nie rozumiem. Na jakiś czas dano mi więc spokój.

Za jakiś czas podeszło jednak młode małżeństwo i zaczeliśmy gadać. Pan mąż, widocznie zaintrygowany, zadawał szereg szczegółowych pytań dotyczących podróżowania, a widząc, że coś się dzieje, raperzy wiejscy zbiegli się do mej ławeczki.

Byłem zmęczony i głodny. Wsunąłem resztkę chleba z serem, co dało mi dobrego energetycznego kopa. Wyciągnąłem ukulele i zacząłem grać. Zeszli się wszyscy, razem z miejscowym pijakiem Juniorem, i słuchali wszyscy, z niebywałą uwagę. Co chwile ktoś dochodził, dopytywał, że skąd, że jak. Wymyśliłem na poczekaniu piosenkę o tym, że w Santa Barbara nie ma prądu i zrobiło się wesoło. A zagrałem ją na melodię piosenki Wiktora, który napisał dla swojego synka radosny song: "W puszczy Capurgana żyje dziecko, bawi się, wolne, a... o...." [En la selva de Capurga vive niño, juega libre, a, o]. Pozdrowienia, Wiktor. Ludzie ponaglali, by śpiewać kolejną, kolejną i kolejną piosenkę. Patrzyłem na to z podziwem, z radością, zaskoczony, że ci którzy jeszcze przed chwilą patrzyli na mnie z mieszanką podejrzliwości i pogardy, teraz słuchają jak zaczarowani, że ci naśladowcy amerykańskiej popkultury nie nudzą się prostymi melodiami ukulele.

[pod blokiem właśnie przeszli bębniarze]

Pewna pani przyniosła mi solidną miskę ryżu z kurczakiem, a publiczność nieustannie upominała Juniora, by zszedł z mojej ławki i przestał przeszkadzać. Istotnie przeszkadzał nieco, ale też bardzo pomagał: razem stworzyliśmy kabaret dużo bardziej atrakcyjny, niźli byłoby samo tylko moje granie. Pojawiały się i inne wiejskie persony, jak poważny pan wprowadzający porządek, czy ciekawskie panny świecące mi w oczy latarką by zobaczyć co to za materiał (upomniałem, zgasiły). Ktoś wreszcie zaproponował, że mogę się rozbić z namiotem w przechodzącej remont szkole, i tak Dzień Niepodległości zakończył się szczęśliwie. 

A potem leżę na hamaku na plaży w Tucacas. Śpiewam T.Love, że autobus tapla się w śniegu, w myślach widzę Stare Bielany i O.P., a przede mną plaże, palmy i woda w siedmiu odcieniach. Świeci słońce, piasek na plaży aż skwierczy od gorąca. Wchodzisz do wody, która chłodzi, ale nie bardzo. Jest na tyle ciepła, że zapomniałeś już zupełnie o gęsich skórkach nad Bałtykiem. Płytko jest, więc nie pływasz, tylko moczysz się, jak dziecko. Fale rozbijają się o falochron z koralu, i przy brzegu woda jest już spokojna jak na jeziorze. A ty "patrzysz w te oczy zmęczone jak moje"?Co z tobą? Masz jakiś dług? Powinność?  Może zakochanie, czy, czasem bardzo mu bliskie, przyzwyczajenie?

Tucacas
Wspiąłem się do Naguanagua, przedmieść Valencii, gdzie spędziłem kilka dni, i ruszyłem dalej do Maracay przez Guigue, na południu jeziora Valencia. Zasadniczo to łatwa trasa, ale ma jeden solidny, stromy podjazd. Pamiętam jak w połowie zszedłem z roweru, siadłem na krawężniku, a lektor w słuchawkach czytał dalej Davisa, o Polsce w zaborze pruskim.

W Naguanagua opowiadali mi, że dolary kupowane w Kolumbii są z gruntu podejrzane: Kolumbijczycy znani są z ich podrabiania. Chyba rzeczywiście: w księgarni na rogu sprzedaje się narzędzie pod nazwą "wykrywacz fałszywych banknotów". Nie wiem jak wygląda: wszystkie już wykupiono, zostało puste pudełko. Mają za to cały czas kawę z czekoladą, taki kawowo-czekoladowo-mleczny napój. Zwykle z niechęcią patrzę na tego typu wynalazki, bo to zwykle głównie mleko, ale tutaj pani ksiągarz dodaje solidną porcję świeżego ekspresso i faktycznie całość utrzymuje nietrywialne związki z kawą. Piułem już dwa razy, bardzo dobre, chociaż w plastikowym kubku (nie lubię kaw w plastikowych kubkach)

Chińczycy współfinansują projekty (Fondo Chino) i refinują ropę. Po Maracayu pasażerów wożą rosyjskie Kamazy, a ministrowie energii od Putina i Maduro wspólnie radzą nad zatrzymaniem spadku cen ropy. Białorsuscy inżynierowie budują osiedla z wielkiej płyty. Kubańczycy zajmują się wszystkim. Na znaczkach pocztowych za 1.7 boliwara widnieje majestatyczna sylwetka góry Damavand w północnym Iranie. TO się nazywa alternatywna gospodarka, alternatywny świat, z którym świat "właściwy" nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych.

Dziennik El Siglo donosi o inauguracji fabryki nawozów sztucznych w kompleksie petrochemicznym Moron. To wydarzenie stało się równocześnie hołdem dla świętej Dziewicy z Chiquinquiry, zwanej Chinitą (Chinką, to maracuchos sobie wymyślili taką nazwę, cholera wie dlaczego). Chaves mówił, że bogiem jest głos ludu i wyzywa biskupów, z jednej strony, a z drugiej: koścół i państwo zdaje się iść ramię w ramię.


No i takich notatek są tysiące.

W Maracayu poszliśmy w góry, do parku Henry Pittier. Sam bryknąłem się autobusem do Choroni i Chuao, gdzie powstaje - jak mówią - najlepsze na świecie kakao. Tu znów całe strony impresji o chodzeniu wśród kakaowych gajów, o spokoju kakaowego miasteczka i opustoszałej w tygodniu plaży, ale jak już mówiłem, muszę iść kupić książki! Omijamy.

Wjazd do Naguanagua

Park Henry Pittier

Wodospad w Chuao

Suszenie ziaren kakao w Chuao

Plaża, panie

Puerto Colombia

Uliczki Choroni
Do Caracas pojechałem przez Los Teques. Długi podjazd na prawie 1600m n.p.m. zostawił mnie w San Antonio de Los Altos, gdzie strażacy, ku mojemy zdziwieniu, nie zgodzili się, bym został na noc. Było już po szóstej, właśnie zapadł zmrok. Miałem sporo siły, bo przed godziną zostałem spontanicznie zaproszony na pieczone kurczę. Do Caracas zostało ledwie 20, może 25 kilometrów, ale zjazdu, pura bajada. Zadzwoniłem do Adriany z pytaniem, czy mogę przyjechać dzień wcześniej. Mogę. Założyłem światła, kurtkę i puściłem się w dół po nie tak bardzo zatłoczonej dwupasmówce. Na wjeździe do miasta zagubiłem się w jednostce wojskowej, przez którą trzeba przejechać, by kontynuować penetrowanie stolicy. Zatrzymał się pewien młody mężczyzna w czerwonym Renault Clio i spytał co tu robię. Ja, że do centrum, El Silencio. A on, z grobową miną, że człowieku, że o tej godzinie, że to niebezpieczne, że wiesz, że Wenezuelczycy o tej porze nie chodzą po ulicach. Ja na to, z entuzjazmem, że nie jestem Wenezuelczykiem, a poza tym jadę na rowerze. Popatrzył na mnie jak na dobrego wariata i zapewnił eskortę przez połowę drogi. Dalej pojechałem sam i szybko znalazłem się w rodzinnej atmosferze domu państwa Parra, gdzie siedzę do dziś.

O Caracas pisać można długo, nawet bardzo, a pisałem Wam już chyba, że muszę skoćzyć po książki? Odniosę się więc tylko do doniesień o złej sytuacji w Wenezueli, które mają w sobie dużo prawdy, ale. Ale pisze sie je na podstawie doniesień ekonomistów z wysokich wieżowców biznesowej dzielnicy Chacao.


Panuje kryzys i szalejąca inflacja.

Przez bulwar Sabana Grande nie da się przejść. Wszyscy jak szaleni kupują ubrania i telefony, na zbliżające się święta, na zaś. Obwoźni sprzedawcy jak zawsze liczą zyski z chichy, perros calientes y lodów. Ulice tętnią życiem.


Caracas jest najniebezpieczniejszą stolicą świata

Godzina 22, metro. Pełno ludzi. Do składu wpada banda znajomych, zaczynają śpiewać komuś urodzinowe Sto lat, pasażerowie się dołączają, a zaraz odchodzą kolejne piosenki. Plaza Altamira pełna zakochanych, jak zawsze. Ludzie cechują się formą gościnności którą możnaby nazwać wręcz czułą.


Wenezuela znajduje się na skraju bankructwa

Miasto Caracas organizuje tygodniowy festiwal muzyczny i sztuk wszelakich, sprowadzając drogich i znanych artystów kontynentu. Koncerty w większości darmowe lub za symboliczną opłatą. 


W Wenezueli nie ma papieru toaletowego

Wejdź do czyjegoś mieszkania, do toalety. Zobaczysz białą wieżę rolek. Papier jest, tyle że w domach, a nie w sklepach.


Wszystko to jest prawdą, wszystko to ma swoje dwuznaczne podowy i konsekwencje. Wszystko to wymaga wystukać dużo, dużo więcej znaków, i właśnie dlatego ja tego teraz nie zrobię. Bo muszę iść po książki! Ale za jakiś czas, może nieco dłuższy, przeczytacie coś więcej. Kolekcjonuję notatki, linki do artykułów, cytaty z gazet i inne papierzyska. To, co się tu dzieje, wielce jest ciekawe.


Nad stolicą góruje Pico Naiguata

I widać z niego miasto, stolicę w liczbie mnogiej, Caracas. Ze światła poczęte, moje miasto.

Komentarze

  1. Jak to sie mowi? Wspaniale masz pioro (dlugopis).Pozdrawiam.Justyna

    OdpowiedzUsuń
  2. pióro jest świetne, ale brodę masz taką stylową - teraz taka moda :-D
    Kiedy opuszczasz Wenezuelę? Który kraj kolejny?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty