A teraz, proszę państwa, wjedziemy na górę (2)

A opowiadałem wam, jak spałem u strażaków w Arauce? No chyba nie. Strażacy przyjęli mnie serdecznie, zaproponowali nawet, żebym został kolejną noc, więc zostałem. W ciągu dnia wyszedłem na spacer, i gdy wróciłem zobaczyłem ten typowy obraz XXI wieku: czterech strażaków dużyrze, każdy wgapiony w swój telefon z dotykowym wyświetlaczem. To było dość zabawne, bo siedzieli w rzędzie, dwóch pochylało się nad urządzeniem, dwóch pozostałych z zadartymi głowami operowło telefonem wyciągniętymi w górę rękami. Przed nimi grał telewizor. Potem przyszła taka gruba pani strażak i zaczęliśmy gadać: ja, ona, i pan inżynier, który nadzorował remont na ulicy przed remizą. Przyjechał do Arauki z Bogoty, bo w Arauca wszystko blisko, na piechotę się chodzi, wszystkich zna, no i ciepło jest. No i w Arauca zdarzają się takie momenty, że przychodzi komendant straży z worem pieczonej krowy i świniakiem z rusztu i potem tłuszcz ścieka tylko po brodzie. Ale to wcale nie było w górach. Teraz, proszę państwa, rzeczywiście w góry pojedziemy.

W poprzednim odcinku: A teraz, proszę państwa, wjedziemy na górę (1)

Deszcz zaczyna padać

Czy ktoś z was wpadł kiedyśna pomysł, żeby zimną wybrać się rowerem w Andy? No ja też nie, ale jakoś tak się złożyło, że jest sierpień, znaczy się zima tutejsza, a ja pedałuję po wschodnim łańcuchu kolumbijskich gór. Jeżdżenie po Andach zimą, znaczy się: porą deszczową, nie jest tak radośnie beztroskie jak latem. Zwłaszcza na podjeździe z bezkresnych równin, które nagle napotykają górską barierę: nie powstrzymywane dotąd niczym masy powietrza unoszczą się, ochładzają, i leje codziennie po kilka godzin, i to całkiem solidnie. Jeśli przestaje to tylko po to, by zaraz zacząć od nowa. No i na trzech tysiącach metrów deszczem, mimo bliskości równika, ciepło nie jest. Jest natomiast zupełnie ładnie - to znaczy jeśli przypadkiem uczyni sie okienko w skuwającej okolicę, gęstej mgle - i wtedy widać soczystą zieleń, która ciasno opina skaliste zbocza. Ze stromych, kamiennych ścian młodych gór  wytryskują strumienie wodospdów, z jakichś wewnętrznych tuneli, jakichś niezauważalnych szczelin. Przeciekająca góra, coś jak podziurawiona, plastikowa butelka, albo durszlak. Zupełnie zaskakujące zjawisko.

Temperatura potrafi zmieniać się błyskawicznie: w wyższych partiach gór słońce pali jak na wybrzeżu, ale gdy tylko przysłoni je chmura - ścina chłodem. A gdy do tego spadnie deszcz, to tak jakbyśmy nagle, w dosłownie kilka sekund, przeszli z polskiego lipca do późnego listopada.

W departamencie Boyaca wszyscy znają się na kolarstwie i oglądają je w telewizji z większą żarliwością niż futbol. Z boyaca pochodzą najwięksi kolumbijscy cykliści, jak Nairo Quintana, zwycięsca zeszłorocznego Giro de Italia i dwukrotnie drugi na podium w Tour de France. Rzeczywiście jest gdzie ćwiczyć: gór nie brakuje, a konstruktorzy dróg nie robią wiele, by uczynić podjazd łagodnym. A starzy mówią, że na kolumbijskie wyścigi kolarskie światowa czołówka nie przyjeżdża tylko przez te skrajne i błyskawiczne zmiany w pogodzie: Panie, który Europejczyk by to wytrzymał! No, podjazd z Aguazul do El Crucero i Sogamoso to chyba najtrudniejszy fragment w dotychczasowej podróży: sto kilometrów rozbiłem sobie na trzy dni. Podjazdy to jedno, deszcze drugie, a trzecie dodatkowo to nieasfaltowane fragmenty drogi, na których - gdy dodatkowo towarzyszył im podjazd - zsiadałem z rowery, bo popchać go pod górę. Powoli, spokojnie, bez pośpiechu, pewnie do celu.

Zima bojakeńska
Spałem w Koryncie. Znaczy w Corinto, i znowu na boisku szkolnym. Tym razem nie było nikogo, spokój. Dalej droga pnie się ostro w górę, by potem zelżeć trochę podjazd, trawersując jeden z tysiąca górskich grzbietów. Padać zaczęło o dziesiątej i utrzymało się prawie do wieczora.

Po drodze mija się odbicie na Labrazagrande. Na krzyżówce stoją dwa czołgi. Żołnierze wypinają pierś na wieżyczce i trzaskają sobie zdjęcia z komórek.

Potem równolegle idące grzbiety rozchodzą się, dając miejsce szerokiej dolinie, dając miejsce miasteczku Toquilla, które leży na uboczu pokaźnego, kolistego płaskowyżu. Rzeka, która się tamtędy wije, przypomina nizinne strugi: idzie wolno, zostawiając po sobie szerokie zakola, a to przecież 2900m n.p.m. Potem kawałek podjazdu, zjazd i kolejny płaskowyż, nieco mniejszy, w którym znalazło się miejsce na ceglane domy Soriano, na ludzi w grubych, brunatnych, wełnianych ruanach, czy ponczach jeśli ktoś woli, o  suchych, wyrzeźbionych wiatrem twarzach. Na krowy, na kolejną leniwą rzekę, i na szkołę, pod której dachem staję obozem.


Dalej jest kolejny podjazd, osiąga się coś w okolicy 3460m n.p.m., i dalej pada już dużo mnie, a z góry widać jezioro Tota, największe jezioro Kolumbii, i drugie najwyżej położone jezioro żeglowne Ameryki Południowej, zaraz po Titicaca. Takie tam, ciekawostki. Nie zjechałem w dół, żeby go dotknąć, bo padało, była mgła, a poza tym to jestem leniwy i z góry i tak lepiej widać.

Tu leży Toquilla
Kwiatki
Jezioro Tota
Potem zjeżdża się do Sogamoso, zupełnie przestaje padać, wychodzi słońce i właściwie to robi się upalnie. Asfalt staje sie idealny i pojawiają się kolarze, w pojedynke i w chmarach. Wymijają mnie jak chcę, pod górę i z górki, zwiewni jak muchy. Czuję się przy nich jak husarz z ciężkiej konnicy przy lekkiej jeździe tatarskiej. Jadę powoli, ale pewnie.

W Boyaca kobiety są brzydkie. Tęsknię za Wenezuelą. Wenezuelskie kobiety... one wszystkie wyglądają jak boginie płodności.

Potem dojechałem do Paipy, czekałem na głównym placu na N. i wyszło z tego następujące uwagi:

(i) Ciekawe jaka jest psychologia czyścibuta. [Przypis: w Ameryce Łacińskiej w centrum miasta typowym obrazkiem jest czyścibut: facet z drewnianą skrzynka past i szczotek, ubrany poprzecierany garnitur, i szorujący buty chętnym, których sadza na odpowiednio wysokim taborecie. Nie ma absolutnie żadnych wątpliwości, że nie chodzi o czystość obuwia, tylko manię wielkości klienta.] Przecież ta pozycja zawsze niższa w stosunku do klienta musi się na dłuższą metę jakoś na czyścibucie odbić. Albo wybór tego a nie innego zajęcia - bo zajęć ulicy są dziesiątki - musi determinować określona kondycja psychiczna?

(ii) W Wenezueli, w Kolumbii, w Ameryce Łacińskiej, ludzie jedzą doskonałą, świeżą wołowinę prosto z pastwiska. A my, w Europie, naszpikowane chemią, napompowane wodą i wymalowane sztucznymi barwnikami truchło. I kto tu żyje w "trzecim świecie"?

(iii) Nie wiem, czy tak sobie ubzdurałem, czy przypadkowo spotykam takich a nie innych  ludzi, czy też jest to rzeczywiście szersze zjawisko, ale widzę w Kolumbii przede wszystkim jej kapitalizm, jej komercyjność, jej korporacyjność. Niedawno, w jakimś artykule czy już nie pamiętam gdzie, zobaczyłem obrazek z Chile - no nie z Kolumbii, ale wpisuje się w temat - zdjęcie z czegoś w rodzaju konferencji czy szkolenia dla "startupowców". Ci wszyscy sympatyczni andyjscy chłopkowie, którzy zmienili się w wygolonych, ubranych w markową odzież czyścioszków, z wymalowaną na twarzy determinacją, by SAMEMU zarobić coś dla SIEBIE, SIEBIE, SIEBIE muahahaha, MOJE! No wiem, wiem, demonizuję "zdrową konkurencję i amicje młodych, wykształconych, z dużych miast" jakby to powiedziała unia europejska, ale demonizowanie nigdy nie bierze się z niczego. Za sto lat, jak już wszyscy zapomną o tym blogu - zupełnie tak jakby teraz ktoś o nim pamiętał? - obudzimy się w społeczeństwie stuprocentowo zoptymalizowanym na zysk i produktywność, bez rodzin, małżeństw i organizacji pożytku publicznego.

A może nie, nie wiem. Jeśli to, co rośnie, to społeczeństwo egoistów, to to chyba nie ma naturalnego prawa propagować się, nie? Ci ludzie w jakiejś mierze wyrośli z rodzin, w których rodzice nie-egoiści - korzystając ze względnego dobrobytu który w pewnej części świata stał się względnie powszechny - zapracowywali się na śmierć by dać swoim dzieciom to co najlepsze, to czego sami w dzieciństwie nie mieli, i to najczęściej w postaci przedmiotów, bo czasu na uwagę zabrakło. No więc te dzieci wyszły z tej sytuacji jako doskonały materiał na egoistę: bez obowiązków w rodzinie, z doskonałym zaopatrzeniem materialnym. Egoista, jeśli zgodzimy się uznać zaistnienie nowego sektora społecznego tego typu, nie popełni już "grzechów" swojego ojca, bo albo sam dziecka miał nie będzie, albo go tak nie rozpieści. W końcu jest egoistą. I tak następne pokolenia stracą pożywkę dla wewnętrznej siły egoistycznej bezwzględności i wróci się do doceniania rodziny, dzieci i tak dalej. Zresztą nie wiem, pewnie wymyślam, po prostu siedziałem w Paipie na placu i tak mi przyszło do głowy.

(iv) W kościele w Paipie stoi anioł. Lubię te przedstawienia aniołów:wielkich, silnych facetów, którzy ze zdecydowaniem na twarzy ubijają mieczem czy włócznią ogoniastych Belzebubów, miażdżąc ich przy okazji pod stopami. To znacznie bardziej krzepiące, niż skrzydlate bobasy oblepiające barokowe ołtarze.

Kościół w Paipie

Komentarze

  1. Ja pamiętam.

    Tak, demonizujesz; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja pamiętam przeczytałem w ciągu paru dni cały blog a teraz z niecierpliwością czekam na każdy nowy post
    Powodzenia w dalszej trasie Wojtku

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty