Wybory w Wenezueli II: ale w czym problem?

Problem w tym, że są to pierwsze wybory od szesnastu lat, które opozycja rzeczywiście może wygrać: sondaże dają MUD - unii partii antyrządowych - przeszło 60% poparcia. Władza zapowiada otwarcie, że nie zamierza uznać swojej porażki: wówczas dojdzie do masowych protestów, gdzie może pojawić się krew. Jeśli władza uzna porażkę, może wyprowadzić na ulicę uzbrojone hordy zmotoryzowanych colectivos, gdzie może pojawić się krew. Jeśli ogłoszone wyniki okażą się przychylne dla obecnej władzy, również dojdzie do masowych protestów, gdzie może pojawić się krew, tak jak niecałe dwa- i trzy lata temu.


Karmazynowy poranek


Nicolas Maduro: "Nie poddam się w żadnej sytuacji, ja wiem że wygramy, ale jeśli rozwiązanie byłoby negatywne [jeśli wygra opozycja] wyjdę na ulicę walczyć razem z ludem", "Będziemy bronić rewolucji, nie oddamy jej, rewolucja przejdzie w swoją kolejną fazę", "Tak jak już powiedziałem: my wygramy te wybory jakby nie było i tak też wzywam lud: by przygotował się na wygraną za wszelką cenę", "Mamy tysiąc cel więziennych gotowych, pięknie przygotowanych, Iris Valera [minister więziennictwa] je ma już gotowe i kto zacznie robić problemy [podczas wyborów] po prostu prawo go dosięgnie".

Ten lud, z który to prezudent będzie walczył na ulicach w przypadku przegranej wyborczej, od kilkunastu lat ma na wyposażeniu długą broń. Zamaskowani ludzie w czerwonych koszulach, dwójkammi dosiadający motocykli i grupowo zastraszający protestujących podczas opozycyjnych manifestacji stali się stałym elementem wenezuelskiej ulicy w gorących momentach konfrontacji politycznych. Zazwyczaj strzelają w powietrze, chociaz zdarzają się ofiary śmiertelne. Policja bardzo często stoi zaraz obok i "nie zauważa" grupy kilkudziesięciu uzbrojonych cywili. Największa z tych grup - Tupamaros - uczestniczy nawet w legalnym procesie elekcyjnym: kandyduje do sejmu, a jej lider Alberto "Chino" Carias chwali się, że po dziesięciu morderstwach przestał liczyć swoje ofiary. Niby to formalnie nie są związani z rządem, ale zagadkowo pojawiają się zawsze, gdy akcja protestacyjna wymyka się rzadzącym spod kontroli. W zeszłym roku prezydent wzywał ich do pomocy, do czynnego tłumienia manifestacji tak by „zagasić każdy ewentualny płomień w zarodku”. 
Trudno powiedzieć ilu ich jest dokładnie, pewne jest natomiast że istnieją, są zmotoryzowani i uzbrojeni. I że jeśli Maduro znowu wezwie ich na ulice - tym razem w pełnej mobiliacji, bo przecież nie chodziłoby o protest jeden z wielu, tylko o zgubę rewolucji - na wenezuelskich ulicach może się zrobić nieciekawie.

Mural na osiedu 23 de enero - głównej siedzibie kolektywu La Piedrita, źródło: noticias24.com

Członkowie kolektywu, źródło: reportero24.com

Jak wyżej, źródło: laguarimba.org
Rząd ma za sobą także wojsko, i to w najróżniejszych odmianach: armię, gwardię narodową czy ochotniczą milicję boliwariańską. Wybory szóstego grudnia to wybory parlamentarne: Wenezuela, jak większość państw Ameryki Łacińskiej jest republiką prezydencką. Prezydenta i rząd wybiera się w osobnych wyborach, a głowa państwa sprawuje również rolę zwierzchnika sił zbrojnych. Maduro nawet w przypadku przegranych wyborów pozostanie legalnym dowódcą trzysta pięćdziesięciu tysięcy żołnierzy. Ewentualne posyłanie ich do rozpędzenia protestu przeciw hipotetycznemu nieuznaniu wyborów wyłoby niezgodne z konstytucją, byłoby zamachem stanu na parlament, ale jako łamanie konstytucji to sport narodowy w Wenezueli, nie należy tego wykluczać. Może się jednak pojawić inny element: wojskowi mogą nie chcieć brnąć w całą tę grę w rewolucję. Jest już zbyt ewidentne, że po prostu fizycznie brakuje środków, by dalej to ciągnąć. Wydaje mi się, że to jedna z opcji: prezydent wzywa armię to tłumienia protestów, ale ta nie wypełnia rozkazu.

A co jeśli wybory legalnie wygrają chaviści? Ostatecznie jest to zupełnie możliwe. W sondażach przedwyborczych dostają w końcu blisko 30% poparcia - to jest naprawdę dużo. Jasne, poparcie opozycji ocenia się na ponad 60%, ale mamy jeszcze kilka "ale". Oszustwa wyborczego jako arbitralnej zmiany wyniku nigdy w socjalistycznej Wenezueli tak na dobrą sprawę nie potwierdzono. Opozycja  wściekała się, kiedy w 2013 roku w wyborach prezydenckich Maduro wygrał z Caprilesem (Henrique Capriles Radonsky, matka - córka żydowskich emigrantów z Polski) o ułamki procenta. Jasne, trudno nie podejrzewać, że coś tam śmierdziało, ale najprawdopodobniej chaviści wygrali czysto, przynajmniej na papierze. W Wenezueli nie udowodniono oszustwa jako takiego, widoczne są jednak silne nadużycia: niektóre delikatne, inne bezczelne, ale wszystkie zbierające głosy dla partii rządzącej. Sa okręgi wyborcze, w których równe 100% wyborców oddaje głos na Zjednoczoną Partię Socjalistyczną Wenezueli (PSUV). Podejrzane? Tak jest na przykłąd na odległych pustkowiach stanu Bolivar, gdzie jedynym pracodawcą jest burmistrz i instytucje rządowe. Chcesz zostać w pracy? No to głosuj na kogo trzeba. Dostałeś mieszkanie od państwa? Te mieszkania nigdy nie przechodzą na własność obywatela. Chcesz pozostać w mieszkaniu? No to głosuj na kogo trzeba. Głosowanie w Wenezueli odbywa się za pośrednictwem maszyn elektronicznych. Nie wszyscy - zwłaszcza osoby starsze czy z prowincji - są na tyle biegłe w obsłudze nowych technologii, by podołaś wyborczemu wyzwaniu. Wtedy zjawia się jakiś przyjazny i pomocny chłopiec z komisji wyborczej, który pomoże wybrać. A jeśli znów mamy do czynienia z jakimś odległym regionem, gdzie opozycja nie wysłała swoich obserwatorów - więc jest to także jej wina (!) - głos może mimo woli głosującego paść na chavistów. Wyborców w niezamieszkałych regionach jest niewielu, ale są bardzo istotne: wybory parlamentarne przeprowadza się według okręgów wyborczych i ich rozgraniczenie na mapie kraju ma duży wpływ na ostateczny wynik elekcji. I tak 25 tysięcy osób z rzadko zaludnionego stanu Amazonas może wybrać parlamentarzystę na równi z 250 tysiącami wyborców ze stanu Miranda. W ten sposób w poprzednich wyborach parlamentarnych z 2010 roku pomimo, że rządzącym udało się uzyskać jedynie 48% (przy 47% dla opozycyjnej MUD), przypadło im aż 59% miejsc w parlamencie.

Poza tym siła pieniądza jest niepodzielnie po stronie rządzących: władza używa niemal całego budżetu państwa do kampanii wyborczej: wszystkie misje społeczne są zaprojektowane w taki sposób, by ugrać na nich efekt polityczny. Korzysta się także z faktu, że po 16 latach rządów istnieje całe pokolenie, które nie zna niczego innego niż socjalizm Chaveza. I tak władza reklamuje na przykład, że w Caracas mamy tyle to a tyle szkół, które administracja państwowa w pocie czoła utrzymuje dla ludu pracującego miast i wsi. Zupełnie tak, jakby nigdzie indziej na świecie nie było szkół. W porządku, w Ameryce Łacińskiej edukacja bardzo wielu przypadkach jest płatna, ale Wenezuela od dziesięcioleci nie jest tym przypadkiem. Ściany banków państwowych, szpitali i instytucji publicznych, szkół ibloków mieszkalnych wymalowano w socjalistyczne hasła, oczy Chaveza spoglądają nawet ze szczytu teoretycznie pluralistycznego parlamentu. Na przyjazd na -set tysięczne spędy polityczne mobilizowane są całe regiony. Opowiada Daniel Mogollon, kierowca autobusu uczestniczący kilkukrotnie w tego typu wydarzeniach:


Władza płaciła dobrze, więc transport publiczny praktycznie stawał: wszyscy kierowcy autobusów kontraktowali się do wożenia chavistów. Zbieraliśmy się rano w centrum miasteczka. Potem każdy jechał po okolicznych wioskach zbierając uczestników oddelegowanych z lokalnych rad wspólnot, by następnie znów zebrać się w Rio Caribe. Formowało się karawanę, która potem ruszała na zachód do Cumana czy Caracas: to były niekończące się sznury autobusów ludzi jadących słuchać Chaveza. Dawali im pięćset boliwarów dziennie za uczestnictwo, plus koszulka. Potem pokazywali w mediach, że oto tłumy kochają przywódcę, a to wszystko było opłacone! Przy pierwszym punkcie kontrolnym rozdawano śniadania dla uczestników: empanady, arepy nadziewane, do tego kartonik soku, zupełnie porządny posiłek. Gdy dojeżdżaliśmy na miejsce manifestacji przychodził czas na obiad, serwowano alkohol. I tak: dobrze podkarmieni i na lekkiej bani, ludzie szli słuchać swego ulubieńca. Potem widziałeś ich w telewizji: tańczących, szalejących z radości. No a jak tu się nie cieszyć, jak zabrali cię z prowincjonalnego zadupia na darmową wycieczkę do Caracas, rozdali żarcie, wódkę i jeszcze dali kieszonkowe? Na to szły gigantyczne ilości pieniędzy! Przy wyjeździe – kolacja. Ustawiał się po nią cały ten sznur autobusów, wszystko świetnie z organizowane: ilu pasażerów? piętnastu, no to dawaj, piętnaście pudełek z obiadami i jedziemy dalej. Na ostatnim, czwartym punkcie kontrolnym – i to było moim zdaniem najgorsze - dawali mi, jako kierowcy, alkohol: butelki rumu i likieru, żebym sobie popijał z pasażerami w drodze powrotnej. Przy tych powrotach zawsze była masa wypadów. Ludzie wracali uwaleni, najedzeni i szczęśliwi: jak potem mogli nie głosować na Chaveza?

Do tego dochodzi zamykanie w więzieniach przywódców opozycyjnych za nieudowodnione przestępstwa (w najbardziej znanym przypadku - Leopoldo Lopeza - prokurator, który go oskarżał, uciekł za granicę i stamtąd oświadczył, że proces był farsą polityczną, że Lopez został skazany bez powodu) czy takie detale jak umieszczenie na karcie do głosowania obok logotypu unii partii opozycyjnych MUD logotypu łudząco podobnego, ale należącego do partii popierającej chavistów. Taki detal, ale w ostatecznym rozrachunku te kilka tysięcy osób, które da się złapać w pułapkę, może zaważyć o przeważeniu szali na korzyść socjalistów. Reasujmując: póki co tylko niespełna 30% wyborców deklaruje, że zagłosuje na PSUV, ale są tacy, którzy zagłosują bo muszą. Albo zagłosują, ale jeszcze o tym nie wiedzą.


Wydaje się, że władza szukała drogi, by w ogóle zawiesić wybory. Taki prawdopodobnie był cel konfliktu granicznego z Kolumbią: Maduro zamknął po kolei wszystkie przejścia naziemne z sąsiednim krajem i począł wygłaszać agresywne wypowiedzi w stosunku do swojego odpowiednika, Santosa, z Bogoty. Kilkukrotnie doszło nawet do najwyraźniej celowego naruszenia przestrzeni powietrznej: wenezuelskie myśliwce wlatywały nawet kilka kilometrów wgłąb terytorium kolumbijskiego, i pomimo wezwań do zawrócenia, nie reagowały. Kolumbijczycy mieli święte prawo je zestrzelić, ale - szczęśliwie - nie zrobili tego i ostatecznie chaviści nie mieli oficjalnego powodu, by w całym kraju wprowadzić stan wyjątkowy (wprowadził go jednak w powiatach granicznych).

Może się w końcu zdarzyć, że Maduro zaakceptuje porażkę wyborczą. Ostatecznie pomimo przegranej w parlamencie zostaje u władzy jako prezydent i szef rady ministrów na kolejne trzy lata. Zresztą, w ostatnich dniach spuścił nieco z agresywnego tonu: "Ja uznam i my uznamy wszystkie informacje podawane przez komisję wyborczą jako święte słowo i po szóstym grudnia wezwę wszystkich parlamentarzystów z Bloku Patriotycznego Simon Bolivar, z MUD i niezależnych wybranych przez lud, do Pałacu Miraflores na narodowy dialog w sprawie wielkich planów rozwoju kraju na lata 2016, 2017 i 2018". Oby tak się stało, bo to chyba jedyna możliwość uniknięcia rozlewu krwi. To też chyba pierwsze względnie rozsądne i odpowiedzialne słowa, jakie padły z ust Nicolasa Maduro od kiedy w 2013 roku został wybrany na urząd prezydenta. Miejmy nadzieję, że dotrzyma słowa. Wówczas walka z ulicy zostanie zamieniona na prawne przepychanki między parlamentem a władzą wykonawczą, a ostateczne rozwiązanie kwestii chavizmu w Wenezueli zostanie przeniesione na przyszły rok, kiedy zgodnie z konstytucją, trzy lata po wyborze Maduro na urząd głowy państwa, możliwe będzie przeprowadzenie referendum odwoławczego. Jeśli nie w ten poniedziałek, to wówczas to naprawdę będzie się działo.

A może też nie. Może wydarzy się coś na kształt roku '89 w Polsce, że władza widząc, że nie ma już żadnej legitymacji w narodzie, oddejdzie bez jednego wystrzału.

Oby. No, ale oni jednak mają jeszcze te 30%.

Komentarze

  1. Obszerna relacja! Panie Wojtku, z niecierpliwością czekam na informacje dotyczące dalszych wydarzeń :) Bardzo zastanawiam się, jak przy tym wszystkim ma się bezpieczeństwo turystycznych gringos, i tych nowych i obecnych (jak fizyk w podróży ! )

    Polski MSZ póki co nie rozsiewa paniki choć po rozmowach z ludźmi, którzy wracają - ciężko stwierdzić czy faktycznie można się bać samego wyjazdu, czy po prostu do sprawy należy podejść z dystansem i jak włóczykij, bez telefonu satelitarnego, laptopów i ajfonów - przylecieć i podróżować ... co by Pan polecał? :)

    Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja bym przede wszystkim polecił zapoznać się ze znaczeniem słowa "gringo" zanim się zacznie go używać.

    Nie wiem co sie stanie. Caracas na dwa dni przed wyborami wygląda bardzo spokojnie.

    Przed wczoraj zatrzymali komendanta policji powiatu Sucre. Policja w Wenezueli jest zdecentralizowana: policja powiatowa jest podporządkowana staroście, a nie komendzie głównej. Sucre to jeden z kluczowych powiatów Caracas: w jego ramach leży Petare, największy slums świata (podobno największy, nie wiem czy to prawda czy tylko rodzima propaganda: w Wenezueli wszystko lubią mieć największe). W każdym razie: podczas protestów w 2002 roku caracaska policja poszła z protestantami przeciw siłom rządowym. Wydaje się, że zatrzymanie bez jasnych powodów szefa PoliSucre to element przygotowania przed ewentualnymi protestami w przyszłym tygodniu.

    Znaczy: się dzieje, ale póki co wszystko po cichu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Wojtku, zapoznałem się już kilka tyg. temu wręcz dokładnie i z potoczną i z etymologiczną historią wg. Fijałkowskiego.

      Każde źródło niejako podaje obecnie słowo gringo jako potoczne określenie turysty/przyjezdnego, w jednych rejonach Ameryki pogardliwe w innych neutralne, jeszcze innych (jak mawiał mi mój przyjaciel z Chile) - określenie bywa niekiedy nawet przyjazne :)

      Oglądając wiele filmów podróżniczych, w tym Władysława Łabudy zauważyłem, że ludzie zwracają się do niego (przyjaźnie) per "gringo" (o Cejrowskim nawet nie wspominam, gdyż dla mnie to dziennikarz nie podróżnik).

      Proszę mnie po prostu poprawić jeśli użyłem go źle, a nie odsyłać jak w szkole do znaczenia słów, bo zwyczajnie wyczuwam lekką nutę wywyższania się nad czytelnika, który pragnie po prostu od Pana zdobyć trochę informacji jak człowiek od człowieka :)

      Nie mniej jednak dziękuję i pozdrawiam !

      Usuń
    2. Och, proszę sie nie przejmowac, jestem po prostu naturalnie nieuprzejmy. Gdyby tak nie było, pewnie dawno miałbym już żonę, dzieci i pełnił funkcję prezesa osiedlowego klubu badmintona. Słowo gringo oznacza obywatela Stanów Zjednoczonych i bardzo często ma negatywne zabarwienie. Fakt, że wielu ludzi w Ameryce Łacińskiej zwraca się z tym słowem do wszystkich przybyszów oznacza tylko tyle, że myślą, że każdy biały jest z USA. Bardzo łatwo to sprawdzić: wystarczy powiedzieć, że jesteś z Polski, by usłyszeć "o, czyli nie jesteś gringo".

      Z tego co wiem tylko w Brazylii używa się gringo z premedytacją w stosunku do wszystkich, którzy nie pochodzą z Brazylii lub Portugalii: znajomy usłyszał o sobie "przyjechał mój kolega gringo z Kostaryki".

      Koniec wywodu.

      Acha, i jak powiedział mi kiedyś pewien sympatyczny tirowiec: żaden pan, żeby być panem to trzeba mieć dwór i chłopów.

      Usuń
  3. Politykę zostawiam mężczyznom. Ja jestem zbyt stanowcza i trudno mi dyskutować o wydarzeniach dziejących się tysiące mil ode mnie.
    Ująłeś mnie zdjęciem poranka i domyślam się, że wstajesz przed słońcem aby nacieszyć się kolejnym dniem w pełni.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam tamten poranek: spałem na czymś w rodzaju pastwiska dla osłów. Wieczorem chodziły stadami wokół namiotu, ale nie zbliżały się zbytnio i ostatecznie dały mi spać w spokoju. To jest w sercu stanu Guarico i jednocześnie w samym środku wenezuelskich równin pory suchej: w ciągu dnia upał robi się nieznośny i wczesny ranek to jedyna przyjemna pora dnia. Nawet wieczór wypełniają tam upały, ale przez noc ziemia wychładza się na tyle, że tak jak na pustyniu, o poranku można poczuć przyjemne języczki chłodu. Tamtego dnia zajechałem do Calabozo i potem jeszcze kawałek na południe w kierunku San Fernando de Apure. "La llanura, tierra irredenta donde una raza buena ama, sufre y espera!"

      Usuń
    2. "Politykę zostawiam mężczyznom." A co zostawiasz kobietom?

      Usuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty