Ludzie: podróże na emeryturze

Od trzydziestu lat nie wsiadał na rower. Nigdy wcześniej nie spał w namiocie. W wieku pięćdziesięciu kilku lat kupił rower, sam zbudował do niego przyczepkę i przejechał się z Ziemi Ognistej na jednym-, po Guajirę na drugim krańcu Ameryki Południowej.

Alain

Pracuje od siedemnastego roku życia, i od siedemnastego roku życia - na kolei. Najpierw to były jakieś proste funkcje na lokalnej stacyjce, potem technikum kolejarskie i praca na pół etatu. Po latach doszedł do stanowisk w administracji infrastruktury we francuskiej państwowej spółce kolejowej.


Syn imigrantów z Włoch i Hiszpanii. Już wcześniej go nosiło: podróżował z plecakiem, ale jeździł autobusami i spał w hostelach. Amerykę Południową odwiedzał wielokrotnie. Z żoną i córką jeździł na wakacje do Tajlandii czy Wietnamu. Aż do rozwodu.

W 2013 roku Alain, żyjący od lat w ciepłych miastach południowej Francji, znalazł się na odludziach Ziemi Ognistej, na południowych krańcach kontynentu amerykańskiego. Odnalazł się tam świetnie. W dzieciństwie w rodzinnej miejscowości po lekcjach zawsze ganiał z wędką nad rzekę. Teraz spędzał całe dnie w lasach południa Chile i Argentyny wyławiając pstrągi z górskich jezior. Stał się nawet znany wśród rowerzystów przemierzających okolicę: "zatrzymajcie się w lesie za piętnaście kilometrów, tam siedzi ten Francuz-wędkarz, to wam pewnie też coś wyłowi!". I faktycznie, siedział. Rozpalał ogniska, robił podpłomyki, piekł pstrągi i patrzył w dal. "Jak wróciłem, wszyscy znajomi w pracy zauważyli, że jestem jakiś spokojniejszy, pogodniejszy" - opowiada.

Ale w pracy stres szybko wrócił i po kilku miesiącach Alain już wiedział, że trzeba znów wyjechać, i to jak najszybciej. "Praca w dużych firmach ma tę zaletę, że jeśli masz już odpowiedni staż i pozycję, to zawsze znajdą się jakieś elastyczne rozwiązania urlopowe". Na pierwszą, półtoraroczną podróż przez Amerykę Południową, wziął urlop bezpłatny. Na kolejną, sześciomiesięczną wyprawę po Kolumbii wykombinował inne rozwiązanie. "Teraz pracuję na 50%: 6 miesięcy pracy, 6 miesięcy wakacji. Przez całe 12 miesięcy w roku płacą mi połowę normalnej pensji. A do tego trzynastka!". Połowa dobrej, francuskiej pensji to dużo więcej niż wystarczająco na wygodne podróżowanie po Ameryce. Do tego wyjeżdżając pod koniec grudnia unika kilku tysięcy euro podatku. "Podatek płacisz w powiecie, w którym jesteś zameldowany pierwszego stycznia. Jak wyjedziesz z kraju i się wymeldujesz, podatku nie płacisz. Ja na podróżach wręcz oszczędzam!".

Jak każdemu dobremu Francuzowi, politycznie bliżej mu do lewicy. "Do Francji też już weszła ta moda na prywatyzowanie wszystkiego. I tak na przykład każdy powiat sam zarządza lokalnymi wodociągami, często udzielając koncesji prywatnym spółkom. Koniec tego jest taki, że spółka z kontraktem na kilka lat zaniedbuje totalnie wodociąg, żeby zmaksymalizować zyski. Potem sieć i tak musi przejąć na jakiś czas spółka państwowa, narobić remontów - i w związku z tym: strat własnych - tylko po to żeby znowu oddać wodociągi prywatnej firmie, dla jej czystego zysku? To nie ma żadnego sensu".

Z wykształcenia - jak sam mówi - "prawie inżynier". Poza tym zawsze wciągało go majsterkowanie. W Argentynie zatrzymał się na przeszło miesiąc, pracując na budowie. Dogadywał się świetnie: mówi biegle po hiszpańsku, ojczystym języku matki. "Moja rodzina nie należała do zamożnych, ale co roku jeździliśmy do Hiszpanii na wakacje, odwiedzić babcię i wujków. Z południa Francji to rzut beretem. No i Hiszpania to był wtedy trzeci świat, ceny kilka razy niższe niż we Francji". W domach ludzi, u których zatrzymuje się po drodze, zawsze naprawi a to radio, a to wiertarkę, a to studnie wykopie.

W Casa de Ciclistas w Medellin, gdzie się poznaliśmy, zbudował taras. Przesiedzieliśmy tam razem tydzień. Alain wychodził co rano szukać pomarańczy na drzewach w ogrodzie i wyciskał sok dla nas obu, ja robiłem kawę. Nabijał się nieustannie z włoskiego akcentu Argentyńczyków z tym ich szeleszczącym "ll". Potem siadał przed domem z kindlem, palił i czytał. W podróży ma średnia prawie książka dziennie.

Jest jeszcze przed emeryturą. Za trzy lata będzie mógł przejść na wcześniejsze świadczenia. "Odchodząc z pracy za trzy lata będę miał już zawsze 30% niższą emeryturę. Ale te trzy lata to być może moje trzy ostatnie lata dobrego zdrowia? Co mi po tych trzydziestu procentach, jeśli nie będę w stanie ich wykorzystać?". Dlatego przez trzy najbliższe lata Alain planuje kontynuować pracę na 50% i przejść na emeryturę najszybciej jak się da. I najszybciej jak się da spędzać cały możliwy czas na zajęciach równie relaksujących, co łowienie pstrągów na Ziemi Ognistej, palenie ognisk i pieczenie podpłomyków.

"Koledzy w pracy się dziwią. <<Jak ty będziesz żył z taką niską emeryturą?>> - pytają. Wszyscy dajemy się wciągnąć w tę psychozę by mieć więcej i więcej i więcej. Tak długo się nie da, to przez to nierówności społeczne na świecie są tak gigantyczne. Nie mam własnego domu. We Francji nie stać mnie na dom, ale i nie czuję, bym koniecznie musiał posiadać swój własny. A znam osobiście ludzi, którzy mają cztery, pięć rezydencji, do tego kilka apartamentów na wynajem i jeszcze szukają sposobów jakby uniknąć podatków. Paradkosalnie państwo ma właśnie dla nich, a nie dla drobnych ciułaczy, odpowiednie mechanizmy <<pomocowe>>. I tak dążą by mieć więcj i więcej i więcej... I co oni robią potem z tymi pieniędzmy?".

Któregoś razu zapytał mnie: "Chcesz tak podróżować całe życie?". Odpowiedziałem, że nie, że pewnie za jakiś rok skończę jeździć, zajmę się czymś innym, coś konstruować, pracować nad jakimś innym projektem... "Pracować? Ja tam uważam, że życie bez pracowania to całkiem dobry pomysł! Wszyscy tylko chcą pracować i gromadzić, to nie ma żadnego sensu". Patrzcie go, Bobkowski się znalazł.


No to na koniec cytat:

"Nie wiem, kto wymyślił to powiedzenie, że <<praca uszlachetnia>>. Wiem tylko, że zawsze uszlachetniałem się najbardziej wtedy, gdy nic nie miałem do roboty. Zamiast żałować ludzi, którzy muszą tracić najlepsze lata na rozbijanie się za kawałkiem chleba, robi się z tego bohaterstwo. (…) z produkcji taśmowej, w ogóle z pracy, robi się religię. Praca, ta jaką stała się ona dzisiaj, nie może mieć nic wspólnego z ideałem. Ale i to wmawia się nam z uporem, karząc szukać w tym szczęścia

Praca, praca… Ten mit pracy w naszej epoce jest morderczy. Praca, praca, pracujemy, pracuję… Ogłupia się ludzi pracą, stwarza się religię pracy, robi się z pracy cel – jedyny i prawdziwy. Chyba w żadnej epoce nie było tylu rzeczy <<jedynych>> i <<prawdziwych>>. Mało tego: wszystkie najokropniejsze rodzaje pracy gloryfikuje się. Całe podejście naszej epoki do problemu pracy jest zboczone. (…) Mit pracy, zboczenie na punkcie pracy, doprowadziły do tego, że większość ludzi nie wie, co robić w wolnych chwilach. Pracować potrafi każdy, odpoczywać i nic nie robić – mało kto. Tymczasem kultura, to także umiejętność <<nicnierobienia>>. (...) 

To, co dziś uważa się za pracę, na pewno nie uszlachetnia. Praca w biurach i w zautomatyzowanych fabrykach, ustawiona na cokole, okadzana, otoczona aureolą, upiększana, wyniesiona do specjalnej godności wśród wszystkich innych prac (na przykład plucia i łapania), nie uszlachetnia. Stępia człowieka, zgrubia, zatumania do tego stopnia, że ginie w tym rozum i cała korzyść odpoczynku. Umiejętność nicnierobienia ginie. Człowiek, który nie potrafi nic nie robić, zamienia się w owada. Tylko zboczeniec może podziwiać pszczołę lub mrówkę. Mnie ich zawsze żal. Do chwili, w której praca stanowić będzie cel sam w sobie, sztukę dla sztuki, dotąd <<upszczołowienie>> i <<umrówczenie>> człowieka nie ma szans zatrzymania się. Coraz mniej ludzi dzisiaj tworzy, nawet prywatnie, po godzinach pracy, coraz więcej odtwarza to, co zostało już stworzone. Popadliśmy w szaleńczy i obłąkany taniec Pracy."

Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem


Nałogi rowerzysty
Alain, rower i przyczepka


Komentarze

  1. to pokazuje jak dajemy się wkręcać w trybik pracy, pieniędzy i ciągłą pogonią za czymkolwiek

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty