Jak Kolumbijczyk z klasy średniej spędza weekend


Już sam tytuł jest nieodpowiedni. Kolumbijczyk sam siebie sklasyfikowałby znacznie dokładniej: czy to klasa średnia niska, klasa średnia średnia czy może klasa średnia wyższa. Albo od razu podałby urzędowy numer kasty (estrato), do której należy. Liczy się od jeden do sześciu. Powiedzmy, że to klasa średnia średnia lub średnia wyższa, czwarta-piąta kasta.

Własność prywatna, nie wchodzić.
Służąca podaje na stół smażone jajka i rosół (naprawdę jedzą rosół na śniadanie, przynajmniej w Boyaca czy w Bogocie). Sama siada na schodach z własną porcją w misce chyboczącej się na kolanach. Rodzina rozsiada się przy obszernym stole. Jedzą.

Schodzą do garażu, gdzie czeka srebrna Mazda 3 z ubiegłego roku. Ochroniarz osiedla otwiera żeliwną bramę. Kolumbijczyk żegna spojrzeniem ogrodzenie pod prądem broniące jego bezpieczeństwa i rusza w niebezpieczne ostępy własnego kraju. Oburzają go złodziejstwo i napady. Dokonują ich zdegenerowani z pierwszej kasty – myśli sobie - ze swej własnej, złej woli.

Syn zapomniał telefonu. Wracają. Stają pod bramą, trąbią. Trzeba czekać, bo ochroniarz otwiera właśnie komuś furtkę. Nie może robić dwóch rzeczy naraz.

Zjeżdżają betonową serpentyną z przedmieścia do miasta, z miasta – na drogę międzymiastową prywatnego koncesjonariusza. Płacą na bramkach. Między Manizales i Pereirą przez bramki przejeżdża się dwa razy, za każdym razem płacąc 10.800 pesos, czyli jakieś 13 złotych. Między Manizales a Pereirą jest pięćdziesiąt kilometrów. Kolumbijczyk z klasy średniej widzi po drodze motocykl. Na nim Kolumbijczyk z niskiej kasty z żoną i dwójką dzieci. Nieodpowiedzialne – myśli sobie Kolumbijczyk z klasy średniej.

Na bramkach drogowych prywatnych koncesjonariuszy motory nie płacą.

Przyspiesza. Świat za przyciemnianymi szybami rozmazuje się. Zieleń lasów i pól zdobią szare sznurki drutu kolczastego, który nigdzie się nie zaczyna i nigdzie nie kończy.

Dokąd jadą? Jest dużo możliwości.

1) Jadą do klubu. Klub to w Ameryce Łacińskiej instytucja bardzo popularna. Zaznacza się je nawet na niektórych mapach. W klubie są baseny, restauracje, czasem domy niektórych członków klubu. 

Na wjeździe, przy białej, murowanej bramie, Kolumbijczyka zatrzymuje strażnik prywatnej ochrony. Pyta o imię i nazwisko. Prosi, żeby wysiąść. Sprawdza prywatny bagażnik Kolumbijczyka, czy aby ten nie chce przemycić czegoś niedozwolonego do prywatnego klubu. Wszystko w porządku, Kolumbijczyk wsiada do swego prywatnego samochodu i jedzie dalej.

Parkuje przy samej restauracji, jeśli jeszcze jest miejsce. Wpuszcza dzieciaki do basenu, zamawia obiad i spędza czas.

Muzyka jest zazwyczaj zła. Krzesła z plastiku. Ceny wygórowane.


2) Jadą nad jezioro. Nad prywatne jezioro, ma się rozumieć. Żeby łowić prywatne ryby wypożyczonymi wędkami. 

Na wjeździe – znana już ceremonia sprawdzenia samochodu. I opłata za wjazd.

Potem Kolumbijczyk siada na brzegu jeziora, w rzędzie z kilkudziesięcioma innymi Kolumbijczykami, którzy moczą kije w wodzie. Wyciąga rybę. Pracownik prywatnego jeziora waży ją, pobiera opłatę i zanosi zwierzę do kuchni. Przygotuje się z niego kolumbijski, prywatny obiad.

Po południu dzieci znów robią się głodne. To z nudów: tatusiowie siedzą nad wodą z wędkami, a na ciasnej prywatnej przestrzeni prywatnego jeziora ogrodzonego prywatnym drutem z prywatnyi kolcai nie ma wiele miejsca na zabawę. Kolumbijczyk zagląda do jeziornego kiosku, ale ceny wydają się piorunujące nawet dla niego. Przechodzi na drugą stronę drogi, gdzie rozłożyły swoje drewniane stragany babiny z niskich kast. Sprzedają smażone empanady i cukierki. Trochę taniej, niż nad samym jeziorem. Stoją przy drodze całe soboty i niedziele czekając na klientów.


3) Jadą do lasu. Są rzadkimi miłośnikami natury, co wbrew pozorom czasem się zdarza. Znajomy, właściciel okolicznego lasu, ostatnio sprzedał posiadłość więc jedyna darmowa opcja odpada.

Jadą do Parku Narodowego. Zajeżdżają pod drewnianą, lakierowaną bramę, stylizowaną na tę z Yellowstone z kreskówki o misiu Yogi. Opłacają parking. Na wejściu elegancko umundurowany – czapeczka, marynarka, jakieś sznurki, galony, cuda wianki - pracownik prywatnej firmy obsługującej park narodowy kasuje wstęp. Jeśli nasz Kolumbijczyk wybrał się powiedzmy w góry do Parku Narodowego Cocuy, zapłaci 28 tysięcy pesos, czyli jakieś 35 zł za osobę. Jeśli wybrał się z kolegą z zagranicy, kolega zapłaci 70 złotych. Cena zależy od parku: ostatecznie są też tańsze opcje, w Los Nevados jedyne 12 zł za wstęp, 35zł za zagranicznego kolegę. 

Płacą i już, już mogą rozwinąć skrzydła na łonie natury, za zazdrosnymi pętami kolczastych drutów broniących lasu przed nieporządanymi (niepłacącymi) gośćmi! 

Szlaków oczywiście nie ma. Jest restauracji. No i można za dodatkową opłatą wynająć przewodnika.

4) Jadą na obiad. Na przykład w Mocoa, niewielkim, 70-tysięcznym mieście i stolicy Putumayo – jednego z najuboższych departamentów w kraju – niedzielną rozrywką jest obiad za miastem. Wylotówka na Pitalito zastawiona jest przydrożnymi restauracyjkami. Rodzina rozsiada się w plastikowych krzesłach z supermarketu, wśród kilkudziesięciu czy kilkuset innych rodzin, i wsuwa obiad za 15-20 tysięcy pesos (19-25 złotych). To jakieś cztery-pięć razy drożej, niż standardowe ceny w centrum Mocoa.

5) Jadą do domu za miastem. Bramę otwiera służący, mieszkający w niewielkiej chatce w kącie posesji pana, przepraszam, Kolumbijczyka z klasy średniej wyższej. Parkują samochód, wskakują do basenu i biadolą nad swą niedolą. 

Żyje im się źle. Tak mi powiedzieli. To było akurat w Valle del Cauca. Willa weekendowa państwa z Tulua. Obszerny dom w wiosce Andaluzja to ich drugi, a może trzeci, bo wspominano coś o apartamencie w Cali. Za domem – sady owocowe ciągnące się w strone gór Cordillera Occidental. Siedzimy w basenie. Służący maluje ogrodzenie. Na boisku koło domu zaparkowana ta srebrna Mazda 3.

- Och, ja też chciałabym podróżować! - żali mi się pani domu
- Proszę bardzo, niech pani jedzie, do Ekwadoru raptem czterysta kilometrów!
- A nie - skrzywiła się - ja to bym chciała podróżować gdzieć na inny kontynent.
- I dlaczego? - zainteresowałem się.
- Och, bo tutaj w Ameryce Południowej są takie niskie warunki życia!

Obejrzałem się teatralnie dookoła, ale zabrakło mi bezczelności, żeby zapytać czego do cholery jeszcze więcej chce niż trzy domy, basen, nowy samochód i ziemia w jednym z najlepszych regionów rolniczych kraju.

Zobacz też-> Nie taki Latynos biedny, jak się sam maluje (peron4.pl, ale też moje autorstwo)



Po owocnie spędzonym popołudniu Kolumbijczyk wraca do domu. Po drodze zatrzymuje się na siusiu. Przy drodze jest rzeka i w dusznym upale dzieci patrzą na nią jak zaczarowane. Kąpać by się chciały. Ale nie można, bo rzeka też za kolczastym drutem. Jak wszystko.

Wsiadają i jadą dalej. Opłacają drogę prywatnego koncesjonariusza na prywatnych bramkach. Na światłach Kolumbijczyk z klasy średniej, który spędził dzień na jedzeniu i kierowaniu samochodem kupuje napój energetyzujący od Kolumbijczyka z niskiej klasy, który spędził dzień  łażąc z przenośną lodówką po skrzyżowaniu. Wjeżdżając do miasta mija przedmieścia szałasów i gołej cegły krytej blachą. Ochroniarz na osiedlu otwiera bramę. Pyta: dzień dobry, jak minął dzień, proszę pana? Doskonale!



I jaki z tego morał? Że jak ktoś szuka nieskrępowanego kontaktu z przyrodą, to Bieszczady to naprawdę dobry wybór.

* * *

Kolumbia to kraj gigantycznych nierówności społecznych. Współczynnik Giniego mierzący różnice w dochodach dla Kolumbii jest najwyższy na kontynencie amerykańskim i jeden z najwyższych na świecie (wyprzedzają ją jedynie kraje afrykańskie). Ziemia w przeważającej mierze należy do wielkich właścicieli: 50% powierzchni kraju kontroluje 1% obywateli. Tereny te raz to leżą odłogiem, innym razem wykorzystywane są na produkcję ekstensywną na eksport, najczęściej trzciny cukrowej lub palmy olejowej. Pracownicy dostają zazwyczaj wynagrodzenie minimalne - niecałe 700 tysięcy pesos, czyli jakieś 850zł, przy 48-godzinnym tygodniu pracy. Produkcja krajowa nie jest zbytnio rozwinięta: produkty przemysłowe często są droższe niż w Polsce (środki czystości, słodycze, produkty mleczne etc.).

Nie posiadający ziemi osiedlają się gdzie popadnie: na stromiznach górskich za miastem, na nabrzeżach rzek. Mali właściciele ziemscy - bez poparcia siłowego i politycznego - cierpią w konflikcie zbrojnym, ciągnącym się przeszło pół wieku. Szacuje się, że siłowemu wywłaszczeniu uległo 6.6 miliona hektarów ziemi (13 procent powierzchni kraju), przez co do przesiedlenia zmuszono 3.6 miliona ludzi tylko w ostatnich trzynastu latach (źródło). Państwo i organizacje zwane  "samoobronami" stawało w obronie tylko wielkich właścicieli, często masakrując ubogich za - w skrócie - bycie ubogim. Problemem Kolumbii nie jest przemoc. Przemoc jest skutkiem problemu. Problemem jest skrajna nierówność społeczna zakorzeniona w historii.

Problemem jest szaleństwo na punkcie własności prywatnej. Tak jak to opisywał monseñor Romero w odniesieniu do Salwadoru:

"To jest największe zło Salwadoru: bogactwo, własność prywatna jako absolut, coś nietykalnego. I - ach! - niech ktoś dotknie tego drutu pod napięciem, spłonie! Nie jest sprawiedliwe, by jedni mieli wszystko i by to zagarniali tak absolutnie, by nikt nie mógł tego nawet dotknąć, podczas gdy zmarginalizowana większość umiera z głodu."

Został usunięty przez władze. Fizycznie.

Pamiętam, jak jeszcze będąc w liceum chodziliśmy z W. i M. po Beskidzie Niskim. I tak M., a jeszcze bardziej W., opowiadali mi jak to cudownie byłoby sprywatyzować wszystko. W. nazywał siebie liberałem. Ultraliberałem. Nie wyobrażał sobie chyba, że w tej jego wizji nie chodzili byśmy po żadnym Beskidzie. I nawet nie to, że trzeba by było zapłacić 50zł za wstęp. Po prostu nie byłoby szlaków, tylko jakaś plastikowa figura dinozaura, parking i restauracja.

Czytałem niedawno blog kolumbijskiego studenta z Manizales. Opisywał wyjazd w góry do parku narodowego Los Nevados. Zdecydował się zrobić dość długą trasę w zaledwie trzy dni. Chciałby posiedzieć dłużej, iść bez pośpiechu, ale - jak pisze - za każdy dzień spędzony w parku płaci się dodatkowo 10 tysięcy pesos. To mniej więcej połowa dniówki, a studia i oszczędzać trzeba.

Chłopak z Manizales widzi tę górę na codzień, bo to rzut beretem, ale nie może tak po prostu się tam wybrać bez solidnego finansowego przygotowania. Przechodziłem w górach setki kilometrów i tuziny weekendów, i po prostu łza mi się w oku zakręciła. Wkurzyłem się. Obraziłem się na Kolumbię. Macie tyle lasów, tyle gór, do cholery, dajcie ludziom po nich chodzić, dajcie ludziom spokój, nie każcie im płacić za wszystko.

Jak wrócę do Polski, to pójdę do lasu. Za darmo.

Wiwat Beskid, wiwat szlaki!
Wiwat Agencja Lasów Państwowych!

Komentarze

  1. O matko. Jak dobrze, żem w Polszcze...

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje za dzielenie sie wrażliwością. Oczy na świat mi otwiera ten tekst.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuje za dzielenie sie wrażliwością. Oczy na świat mi otwiera ten tekst.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zazwyczaj sie zgadzam z Tobą, Wojtek. Ale czy te lasy, góry są w rękach prywatnych czy Państwo w sensie Kolumbia narzuca obowiązek płacenia? Oczywiście nie mówię, że prywatyzacja rozwiązałaby problem, pewnie wręcz przeciwnie, ale jeśli to państwo zarządza tymi szeroko rozumianymi górami to chyba jednak państwo należy winić za 10k peso za dzień w górach, a nie prywaciarzy, prawda?
    Tak poza tym ciekawy artykuł, w krajach Am. Centralnej miałem wrażenie że weekendy klasa średnia-wyższa spędza podobnie. Z pozdrowieniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi o to, ze w Kolumbii panstwo zachowuje sie jak wlasciciel prywatny: jego dzialalnosc ma na celu zysk, a nie dobro obywatela.

      Co do lasow: w wiekszosci sa prywatne. Panstwowe sa m.in. parki narodowe, chociaz i nimi - w niektorych przypadkach - zarzadzaja spolki prywatne.

      Usuń
  5. Rozumiem, dzięki za odpowiedź. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytam i myślę, że jak w wielu innych kwestiach w życiu, tak i pomiędzy własnością prywatną a wspólną trzeba szukać złotego środka. Z całą pewnością nie chciałbym, aby w moim kraju panowały takie stosunki jak w Kolumbii. Historia z kolei pokazała, że zbytnie przesunięciu w stronę własności publicznej również się nie sprawdza.

    Z pozdrowieniami wprost z Górnego Śląska,
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
  7. no, panie kolego, brzmi jakby Pan za dużo czasu spedził w rewolucyjnej republice bolivariańskiej, haha...
    A tak odstawiając żarty na bok, to brzmi to wszystko dosyć smutno...Ameryka !
    Na Dominikanie z tego co kojarzę nie było tak źle...Wszyscy się jakoś wzajemnie mixowali ze sobą...No, ale wiadomo, że klasa średnia i wyższa to tylko jeepety z przyciemnianymi szybami, a nie motocykle ;-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty