Rowerem po lubelskiem - dzień III, IV, V i koniec

Dzień III

Ciąg dalszy podróży po Lubelszczyźnie rowerem -  przypomnę jeno, że drugiego dnia dotarłem w okolice Zaklikowa. Dzień trzeci był chyba pod wszelkimi względami najwspanialszy ze wszystkich dni - ale zacznijmy po kolei. Rano jak zwykle zrobiłem zwyczajowe zapasy: butelka woda, butelka soku kubusiopodobnego, czekolada i jakieś jedzenie. Tym razem tego jedzenia trochę więcej bo cały dzień miałem spędzić w lesie. W Lasach Janowskich dokładnie. Tego dnia zacząłem również jeździć po trasach opisanych w przewodniku Lubelszczyzna i Roztocze na rowerze wydawnictwa Pascal. Książeczka zawiera dość dokładne opisy tras plus wzmianki o atrakcjach turystycznych i uważam, że jest warta polecenia. Zgodnie więc z przewodnikiem udałem się w las. Przez pierwsze kilka kilometrów droga była gruntowa i to dość kiepskiej jakości - miałem zaplanowane na ten dzień ponad 100km po tym lesie i jak zobaczyłem trasę to już się bałem, że będę musiał wyjechać z dzikich ostępów na krajówkę do Zamościa żeby zdążyć tam na wieczór. Na szczęście niedługo rozpoczął się asfalt i ciągnął się przez większą część trasy tego dnia. Doskonałe warunki dla rowerzystów! Całkiem niezły, równy asfalt, zazwyczaj bez dziur i bez samochodów, rozlany po długich dróżkach dzikich Lasów Janowskich! Cudo! Świetna nawierzchnia i wspaniała przyroda. Jedzie się przez las, co jakiś czas pojawiają się polany z kilkudomowymi przysiółkami zawieszonymi w czasie i przestrzeni jak małe, odrębne światy, która za chwilę znikają a my znów zagłębiamy się w lesie.




Lasom nie robiłem zdjęcia. No wiecie jak las wygląda, nie? Drzewa tam są. Dużo drzew. No i zdjęcie nie odda tego jak tam jest ładnie - i tej wersji będę się trzymać. Za jakiś czas dojechałem do Łążka Garncarskiego gdzie znajduje się sympatyczna osada garncarska. I kozy (jak wyżej). Potem znów zagłębienie w las i znów wyspa - Szklarnie: kilka domów i polany soczystej trawy. Tam dojeżdża się do bardziej uczęszczanej przez samochody drogę którą za kilka kilometrów dojeżdżam do Momotów Górnych. Oprócz tego, że znajduje się tam drewniany kościółek posiadający miłą historię wybudowania niemal można by rzec: oddolnym w czynie społecznym, to jeszcze stoją tam dość... osobliwe figury. Ich zdjęcia zamieszczam niżej. Pierwsze to kapliczka której wnętrza się przestraszyłem gdy ją mijałem. Zwróćcie też uwagę na figurę księdza i jej detale. I na to, że jak się jest figurą świętego to się dostaje daszek z blachodachówki w promocji.




 



Także ogólnie to uważajcie na księży na Roztoczu. Nigdy nie wiecie czym będą Was chcieli ewangelizować. Po Momotach ruszyłem dalej na wschód, w stronę Biłgoraju. Po drodze zjadłem swoje zapasy śniadaniowe. Zrobiłem to nie byle gdzie, na unijnej ławeczce w Ujściu:


Trochę to chyba żałosne, że Unia nam kupuje zagrzybiałe kawałki drewna no ale nie wiem, ja tam się nie znam. Za niedługo już Biłgoraj, a potem dalej do Zwierzyńca. Dalej lasy i stare drewniane domostwa. W Zwierzyńcu więcej ludzi, rowerów, klimat uzdrowiskowo-jarmarczny, ale potem dalej lasy i stare drewniane domostwa jadąc przez Kosobudy aż wreszcie Zamość! A, byłbym zapomniał: po drodze jeszcze obrazek osobliwy. W jednej z miejscowości pomniejszych z okazji zbliżającej się beatyfikacji papieża Polaka wzdłuż głównej drogi ustawiono drewniane, świeżo pozbijane z młodego drewna krzyże z flagami kolorów polsko-watykańsko-niebieskich. Niżej możecie zobaczyć jak wygląda montaż takich krzyży. Jedzie sobie traktorek, za nim biegną pacholęta w wieku lat kilku do kilkunastu i krzyże te w ziemie wbijają (hej).




Sam Zamość okazał się - tak jak zresztą o nim słyszałem - bardzo piękny. Wiecie no perła renesansu i te sprawy. Napiszę o nim więcej przy okazji dnia czwartego. Teraz tylko dodam, iż wieczorem usiadłem sobie na rynku z moim wspaniałym rowerkiem i patrzyłem. Siedziałem bez ruchu napawając się swoim sukcesem - przejechaniem kolejnego etapu, i urokami Zamościa. Tego dnia czekało mnie już tylko kilka kilometrów do podzamojskiej wioseczki w której czekał mnie z kolei nocleg hospitalityclubowy. Koniec końców okazało się że troszkę pobłądziłem, ale udało mi się dotrzeć. I chyba nie skłamię jeśli powiem, że był to najwspanialszy nocleg z Hospitality Club jaki zdarzyło mi się odbyć! Cóż za gościnność gospodyni mej, cóż za sympatyczność, radosność i inne tego typu "ości". Dziękuję więc z tego miejsca Agnieszce jeszcze raz!  Piękny był to dzień ze względów tak ludzkich jak i przyrodniczych, o.

Dzień IV

Ponieważ dzień trzeci był przecudny to dnia czwartego już tak przeciętnie chciało mi się pedałować. Chyba najchętniej to bym został pod Zamościem. Ale jakoś się przekonałem w końcu, wstałem z łóżka, dostałem od mojej wspaniałej gospodyni poranną wyprawkę i ruszyłem w trasę. Najpierw z powrotem na jakieś zwiedzanko do Zamościa. Miasto to renesansowe, Perłą Renesansu, Padwa Północy, ... no ładny jest, odsyłam na wiki. Są mury, twierdza, ratusz, rynek, słodziaste wąskie uliczki i małe placyki, parki. Wszystko to zadbane, odnowione, urzekające i piękne. A te wąskie uliczki zwłaszcza. Jednocześnie jest to dość niewielkie i spokojne mimo wszystko miasto. Bardzo polecam odwiedzić.




Dalej ruszyłem niechętnie bocznymi dróżkami na północ, kierując się szlakami rowerowymi zaznaczonymi w ww. przewodniku. Pogoda zrobiła się nieco podlejsza i co chwilę popadywało. Tego dnia moim celem był Chełm. Na trasie z kolei znajdował się Krasnystaw. Jak już kiedyś wspominałem jestem oddanym i wiernym fanem produktów mleczarskich z Krasnegostawu, zwłaszcza kefiru i jogurtu Joguś - są nieziemsko gęste, aksamitne i wspaniałe. Marzyłem więc sobie, że gdy wjadę do Krasnegostawu zakupię kefir, rozsiądę się na ławce i będę zadowolony z życia. Niestety gdy dojechałem do rzeczonej miejscowości lało jak jasna cholera. Dodatkowo wszystko było zamknięte bo był 1 maja. Z chęcią zakupiłbym jakąś herbatę chociaż w restauracji, ale wszędzie szyby były ciemne. Zimno, szaro i beznadziejnie. Wtedy uratowała mnie ona! Noga gospodyni! Yyy tzn no pieczone udko z kurczaka podarowane mi przez moją podzamojską gospodynię, o tak. Wzmocniony chyłkiem zjedzoną nogą drobiowego zwierzęcia ruszyłem dalej. Zaraz też okazało się, że nie prawdą było, że wszystkie lokale w Krasnymstawie są zamknięte. Były otwarte. Ale oszczędzały światło. Ponieważ było zimno, szaro i beznadziejnie zrezygnowałem z proponowanej przez przewodnik dalszej trasy po wioskach i wioseczkach i ruszyłem główną drogą nr 814 na Rejowiec i Chełm. Gdy jechałem przez wieś Krupe po lewej stronie zobaczyłem dość pokaźne ruiny zamku. I mam wrażenie że właśnie w tej chwili przestało padać (jak się potem okazało: tylko na chwilę). Dostałem więc taką chwilę szczęścia: zszedłem z roweru, odpocząłem od niepogody i długiej jazdy i porobiłem zdjęcia. Swoją drogą ruinki całkiem miłe, nad rzeczką. Oczywiście są w nich duchy i w nocy straszy - jest tam taka tablica z historią tego miejsca, pozytywnie.






Pooglądałem, zaraz znowu zaczęło padać, i ruszyłem dalej. Za Rejowcem trasa, choć ruchliwa, była całkiem przyjemna - miała pas awaryjny i wiodła przez intensywnie zielony las. Tak wjechałem do Chełma gdzie zatrzymałem się u koleżanki.

Dzień V

Rano przyjrzałem się z bliska miasteczku Chełm. Było ładne i dość pagórkowato-górzyste jak na te tereny. Są tam podziemia kredowe w których straszy duch Bieluch, cerkiew, kościoły i górka z której to wszystko widać (by było jakby nie była zadrzewiona). Ale generalnie Chełm wyglądał jak całkiem sympatyczne miejsce do życia. Były tam równe ścieżki rowerowe, nie to co w Krakowie. Ścieżki te często były wykonane z kostki. Jak wiadomo wykonywanie ścieżek z kostki jest pomysłem kretyńskim bo wtedy jest nierówno jak cholera bo te kostki mają pościnane kanty, przez co droga rowerowa jest zapleciona siecią kanalików na których nasz rower wkurzająco dygocze. Otóż kostki w Chełmie mają niepościnane kanty i ścieżki są równe (niby oczywiste, a jednak tylko w Chełmie na to wpadli)!





Z Chełma pojechałem na Sawin i Urszulin, tam mknąłem wzdłuż granicy Poleskiego Parku Narodowego - bardzo miła okolica którą na pewno warto byłoby zwiedzić dogłębniej. Poleski Park ma własną sieć oznakowanych ścieżek rowerowych, które pewnie bardzo warto by było kiedyś przejechać. Ja jechałem tylko "tranzytowo", kiedyś muszę to nadrobić. Jadąc podziwiałem wspaniałą przyrodą, oddychałem krystalicznie czystym powietrzem, od czasu do czasu pojawiało się jakieś zwierzątko lub drewniany dom. Tzn. drewnianych domów to tam jest w ogóle chyba większość. Spotkałem też stado bocianów co mnie zdziwiło, bo zwykle widywałem je w pojedynkę, ewentualnie parami.







W końcu, przebijając się przez jakieś blokowisko, tryumfalnie wjechałem do Lublina! Postawiłem rower na chwilę na Placu Zamkowym i byłem z siebie okropnie dumny - może to nie jest jakiś wielki wyczyn, ale cieszyłem się, że udało mi się przejechać tę trasę. Pierwszą dłuższą, kilkudniową trasę. Fajnie, polecam : ). W Lublinie gościł mnie sympatyczny człowiek z Hospitality Club również i też strasznie dobrze wspominam tę gościnę. 

Dzień VI

Dzień VI? Przecież miało być 5.... Szóstego dnia już nie jeździłem rowerem. Pozwiedzałem sobie trochę Lublin. Podobał mi się. Tu znów kamienice, zakamarki, podwórka, wszystko takie urokliwe i takie... polskie. Nie to co taki np. niemiecki Wrocław. Niby ładny, a jednak jakiś taki nie nasz. W Lublinie nawet zwiedziłem muzeum na zamku. Zbiory są dość obszerne, więc nie oglądałem ich ze zbytnią skrupulatnością, jednak myślę, że warto się tam przejść. Szczególnie godna uwagi jest część o sztuce regionalnej. Wydała mi się na prawdę uderzająco inna od tego co się widzi w innych częściach naszego kraju. Teraz jeszcze parę impresji z Lublina:











Epilog

Wyprawa ogółem  udana. Spędziłem 5 dni na rowerze, przejechałem prawie 600km, podziwiałem wspaniałą przyrodę i urocze miasta, wchłaniałem spokojną atmosferę Polski wschodniej, krainy dla mnie w zasadzie bardzo mało znanej. Jechałem w zasadzie bardzo przelotowo, do przodu, nie zagłębiając się w lokalne atrakcje. Nie zagłębiłem się ani w Roztoczański, ani w Poleski Park Narodowy, a na pewno warto. Tak jak warto zobaczyć tam jeszcze wiele wiele innych rzeczy, których mimo że nie zdążyłem zobaczyć, to przynajmniej wiem, że są i na pewno kiedyś tam wrócę. 
Na koniec raz jeszcze: link do trasy
oraz: jeszcze więcej zdjęć.

& tejk hołm mesydż: jeżdżenie rowerem to niezła zabawa :F !

Komentarze

  1. Ale fajnie!
    Znalazłam Cię poprzez bloga Rynn, która napisała, że byłeś na Lubelszczyźnie, czyli u mnie.:)
    Wchodzę i widzę swój Chełm i tak mi się miło zrobiło, bo nawet nie wiedziałam, że jest taki ładny i że się komuś jednak może podobać.:)
    Ale fajnie!
    Serdeczności wszelakich wielka moc!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Drobna poprawka: tam są Lasy Janowskie (od Janowa), Janowickie są Rudawy blisko Jeleniej Góry (nazwa od miejscowości Janowice Wielkie).

    OdpowiedzUsuń
  3. I miałeś czas nawet na taką poprawkę będąc w Karabachu? Jak zwykle - szatan nie Wojtek (czyli już wiesz kto był autorką poprzedniego wpisu ?!)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm. Albo nie zrozumiał Pan tablicy opisującej powstanie kościoła, którą Pan przeczytał albo przymus wodotrysków słownych zwyciężył inteligencję:) Chodzi mi o fragment "Także ogólnie to uważajcie na księży na Roztoczu. Nigdy nie wiecie czym będą Was chcieli ewangelizować." Przecież przeczytał Pan skąd ta siekiera i przecież nie do ewangelizacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm. Albo nie zrozumiałem, albo nie trafiłeś pan w słowniku na hasło "humor". Nie wiem, może mam kiepski, ale to był żart z tą siekierą.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty