Ormiańska gościnność i jak zdobyć wizę do Górskiego Karabachu (How to get a visa to Nagorno-Karabagh?)

Po wyjeździe z Iranu znalazłem się znów w Armenii. Znów, bo byłem tam już rok wcześniej. Byłem też na tym przejściu w Agarak. Śmiesznie tak być po roku w tym samym miejscu, czuć to "o, wreszcie coś znanego" przeszło 4 tysiące kilometrów od domu. Co zrobiłem najpierw? Kupiłem kiełbasę! I ruszyłem do Erewania po wizę do Karabachu. Niżej opiszę też jak się tę wizę nabywa. Także po angielsku, bo czasem ludzie szukają takich informacji, to może się komuś przyda.

(How to get a visa to Nagorno-Karabagh - english version below)
 

Jadąc małą ciężarówką
Kontynuujmy podróż. W okolicach Goris jak zwykle była mgła i padało, a ja obijałem się o wnętrze małej ciężarówki. Za Goris zabrał mnie pszczelarz i jego znajomy, którzy mieszkali w pewnej wiosce, niedaleko Karabachu. Było dość typowo: samochód nie miał tylnej kanapy a wódka lała się po gardłach (w pierwszej kolejności pił kierowca ma się rozumieć). Oczywiście padło pytanie o pierwszy kraj chrześcijański (zawsze pada w takich sytuacjach) i jako już doświadczony zakaukaźnik mogłem zabłysnąć, że Armenia, że 301 rok i w bonusie, że Masztoc wymyślił alfabet. Po tym niewątpliwym sukcesie zdecydowałem się nieco podrażnić moich dobrodziejów:

-Ale drugim krajem chrześcijańskim była Gruzja...
-Nie! Gruzini... nie! Gruzja czwarta... nie, piąta! Gruzini, oni wszystko przekręcili!

Zawsze to samo. Ormianie i Gruzini. Rozkoszni są w tym droczeniu się ze sobą ;-). No dobrze. A więc oczywiście zostałem zaproszony na nocleg. Kolacja: wódka + jakieś zbędne szczegóły typu chleb i ser. Śniadanie: wódka + jakieś... Tak. Wódka na śniadanie. To było po prostu coś jak to zobaczyłem (nie, nie przyłączyłem się :-]). Gospodarz, nabąbiony jak radziecki myśliwiec, nie żałował sobie, żona i babka nie pozostawały daleko w tyle, chociaż trzymały się znacznie lepiej. Wioska była duża, sporo domków wrzuconych w niewielką dolinkę. Resztki nawierzchni wpadające do wsi od głównej drogi rozdzielała się szybko na wiele mniejszych uliczek. Dalej: o asfalcie zapomnijcie. Dziura na dziurze w szutrowej nawierzchni, błoto po kostki. Wszystko przepełnione deszczem, który, zdaje się, nie często opuszcza te okolice. Podłoga w kuchni: klepisko. I ciężko było się rano wyrwać ze szponów gościnności. Gospodarz koniecznie chciał mi załatwić transport do Erewania. Wyszliśmy na główny plac, gdzie kilkunastu mieszkańców osady kotłowało się pod małym daszkiem czekając na lepsze czasy albo autobus. Szczęśliwcy pakowali się do czarnego żiguli, który załadowany po brzegi, łącznie z piramidą bagaży na dachu, zaraz ruszał do Goris. Odszedłem do głównej drogi (no, głównej jak głównej...). Szczęśliwie akurat przejeżdżał tamtędy Rosjanin mieszkający w Masis pod Erewaniem. A ja akurat wyciągałem aparat. Poprosiłem, żeby poczekał chwil,ę bym zrobił poniższe zdjęcie (matko, to było na granicy bezczelności i kuszenia losu: znajdowałem się na końcu cywilizowanego świata, spadł mi właśnie z nieba transport do centrum wszechświata zwanego lokalnie Erewaniem, na tej pustej drodze, i kazałem mu czekać!).
Wieś, w której pije się wódkę do śniadania
Droga do Erewania nie dłużyła się, a mój rosyjski kierowca był bardzo wyrozumiały w stosunku do moich ograniczonych umiejętności władania językiem Puszkina. Nauczyłem się nawet paru nowych słów i zwrotów, np. в следующем году. No wiem, wiem, podstawy. Ale nigdy nie mówiłem, że z rosyjskiego jakość specjalnie błyszczę ;-). W Masis usadził mnie za stołem, nakarmił i przedstawił swoim pięknym córkom. Trzeba przyznać, że mieszanka krwi rosyjskiej z ormiańską dają takie wyniki, że trzeba zbierać swoją szczękę z podłogi. Potem zostałem odstawiony na drogę na Erewania (z Masisu to z 10km, pestka) i zaopatrzony w namiary na mojego dobrodzieja (co się często zdarza, ale tym razem, jak się okaże, rzeczywiście mi się to przyda, co się zdarza już znacznie rzadziej).
W drodze z Goris do Erewania
Do Erewania jechałem załatwić wizę do Karabachu. Spałem u pewnego Irańczyka. Irańczycy lubią Erewań. Jest blisko Iranu i można legalnie pić wódkę. Mój gospodarz bardzo narzekał na Ormianki. Nie znoszę Ormianek - mówił - one wszystkie chcą być dziewicami! Wracając z Erewania z powrotem w stronę Goris (autobus 33 na wylotówkę) i dalej do Karabachu odwiedziłem Norawank, gdzie było cudownie, oraz Tatew, gdzie nic prawie nie widziałem, bo padało. Bo to jest niedaleko Goris. a w Goris zawsze pada. Przynajmniej zawsze gdy tam jestem, a byłem tam z 5 razy. Ale Tatew jest takim najbardziej super czadowym i znanym monastyrem w Armenii (tak się przynajmniej mówi), jak się stanie z drugiej strony urwiska (bo to jest na urwisku) to można zrobić czadowe zdjęcia i można tam wjechać najdłuższą kolejką linową świata (prawie 6km) która no trochę tam kosztowała, ale nie jakoś strasznie drogo, i pewnie bym się przejechał jakby nie to, że widoczność wynosiła tego dnia jakieś 8 metrów, więc no wiecie. Ale przy dobrej pogodzie to musi być coś fantastycznego.
Tatew, w kościele akurat nie było mgły
Ale do rzeczy.

Jak zdobyć wizę do Górskiego Karabachu?

Po pierwsze: wiza do Karabachu jest konieczna (przynajmniej była w 2011 roku). Kosztuje tyle, co wiza do Armenii (3000AMD, czyli jakieś 8$), ale nie można jej kupić na granicy, trzeba jechać do przedstawicielstwa Karabachu w Erewaniu.

Instrukcja: należy udać się na ul. Zaryan 17a (przy okazji: rzut beretem do ambasady Iranu). "Ambasada" Karabachu otwarta jest od poniedziałku do piątku w godzinach 10-13 i 14-17. Dotarłem tam po południu i dostałem wizę następnego dnia rano. Zdaje się, że jak się złoży rano to dostanie się po południu. Wniosek dostaje się na miejscu, nie jestem specjalnie skomplikowany. O ile pamiętam potrzebne nam będzie jedno zdjęcie. To wszystko. Proste. Na miejscu prawdopodobnie spotkamy dużo Americo-Ormian, którzy wyemigrowali dawno temu, a teraz chcą odwiedzić ojczyznę.

Należy sobie zdawać sprawę z konsekwencji czynu jakim jest wyrobienie wizy do Górskiego Karabachu. Karabach nie jest państwem ogólnie uznawanym na tak zwanej arenie międzynarodowej. W szczególności jeśli nie powiemy pani (nie powiedziałem, zapomniałem), żeby nam nie wbijała wizy do paszportu tylko dała ją na oddzielnej kartce, to możemy zapomnieć o wizycie w Azerbejdżanie. Turcy na szczęście się nie czepiają.

(in english)

How to get a visa to Nagorno-Karabagh?

First of all: a visa to Nagorno-Karabagh is required (or at least: it was required in 2011). To buy it you have to go to Karabagh diplomatic mission in Yerevan - it is not possible to buy it at the border. The price is the same like for armenian visa: 3000AMD (approx. 8$).

Anyway: it is really easy to obtain this visa. Go to Zaryan St. 17a in Yerevan (btw there is iranian embassy nearby). The diplomatic mission is open monday-friday, 10:00am-1:00pm and 2:00pm-5:00pm. I applied in the afternoon and my visa was issued next day in the morning. Afaik if you apply in the morning your visa should be ready in the afternoon.

The application form, quite short and simple, is provided on-site. The only thing you need to bring is one photo and money of course.  That's it!

But note that Nagorno-Karabagh is not really considered as a country, especially with Karabagh visa in your passport forget about trips to Azerbaijan. If you plan to go there ask for issuance of your visa at a separate paper sheet.

Komentarze

  1. Podobno można wjechać do Karabachu bez wizy, tylko trzeba od razu udać się do Stepanakertu do ministerstwa spraw zagranicznych i sobie ją tam wyrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie wiem, też słyszałem takie pogłoski, ale po pierwsze nie spotkałem nikogo kto by tak rzeczywiście zrobił, a po drugie na granicy Armenii z Karabachem dość skrupulatnie przyglądano się mojej wizie...

      Usuń
  2. Piszesz jakie to piękne dziewoje z Tobą jechały, a zdjęcia żadnego? Co mi z landszaftów? ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdecydowanie można tą wizę kupić w Stepanakercie, w ministerstwie. Od ręki. Do Karabachu można wjechać bez wizy, za to jest ona konieczna przy wyjeździe. No i na terenie Karabachu policja często sprawdza dokumenty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm być może. Może tak było, a o tym nie wiedziałem. A może się zmieniło. Kiedy ja tam byłem (tj. rok temu) ludzie kupowali te wizy w Erewanie wszyscy. A kiedy byłaś?

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Armenia jest w konflikcie z Azerbejdżanem od z górką dwudziestu lat, Górski Karabach to właśnie terytorium sporne, wg prawa międzynarodowego należące do Azerbejdżanu, praktycznie kontrolowane przez Armenię, z jednostronnie zadeklarowaną niepodległością, której nikt nie uznaje. Azerbejdżan znajduje się w stanie wojny z Górskim Karabachem, takie rzeczy wypadałoby wiedzieć, jak juz człowiek chce odwiedzać tamte rejony : ).

      Wiza do Iranu może wzbudzać krzywe spojrzenia chyba tylko w Stanach Zjednoczonych i Izraelu. Górski Karabach politycznie i historycznie jest częścią Armenii, Armenia zaś politycznie jest podporządkowana Rosji, Rosja zaś nic do Iranu nie ma.

      pozdrawiam, W.

      Usuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty