Stosunki polsko-gruzińskie widziane z bliska

Swego czasu popełniłem dłuższy tekst  na temat historii stosunków Polski i Gruzji, zawierając przy tym nieco informacji o Polaków na Zakaukaziu, a także o ich potomkach których można spotkać m.in. w okolicach Lagodechi czy Achalciche. Wszystko to przeplecione sytuacjami z mojej podróży w 2010 roku.

Jest z tym związana moja pierwsza przygoda z mediami papierowymi (nieudana). Na druk artykułu zgodziła się najpierw Gazeta Krakowska, proponując pewne zmiany, na które (jako człowiek uparty) nie zgodziłem się. No ja sobie zdaje sprawę, że tekst jest trochę za długi, ale chcieli usunąć właśnie mój ulubiony fragment o panu Poniatowskim! Potem drukiem zainteresował się ogólnopolski tygodnik Gazeta Polska, jednak po wymianie kilku meili z bardzo ważny pan redaktór z najważniejszego z miast po prostu przestał się odzywać nie mówiąc, czy się rozmyślił, czy cokolwiek, tylko tak nagle kontakt z pana redaktóra strony się urwał był (nie żebym twierdził, że mój artykuł jest cokolwiek wart, ale takie udawanie przez pana redaktóra, że nagle zniknął, jest nieco dziecinne...). Była to historia o tym, jak nie zostałem sławnym dziennikarzem.

Koniec końców tekst ukazał się na Portalu Spraw Zagranicznych (www.psz.pl):
Stosunki polsko-gruzińskie widziane z bliska

Swoją drogą to polecam ten portal, jest dość wyjątkowy pośród polskich mediów, w których próżno szukać szerszej informacji ze świata, na co już kiedyś utyskiwałem.

Jak już wspomniałem tekst jest długi jak sam szatan, ale jeśli macie chwilę i jesteście zainteresowanie tematem to nieskromnie powiem, że warto przejrzeć, na końcu przynajmniej podaję referencję do porządniejszych opracowań, to się może komu na co nada.

Stosunki polsko-gruzińskie widziane z bliska

„Witamy Państwa Gruzinów!” - łamaną polszczyzną przywitał nas pogranicznik na przejściu w Sarp. Miał najpewniej na myśli Państwo Gruzinów, czyli Sakartwelo, jak zwą swoją ojczyznę mieszkańcy tego kraju. Zaraz za granicą, w kantorze, zostaliśmy zapytani czy wybraliśmy już nowego prezydenta, a już następnego dnia rano dostaliśmy dzięki naszej narodowości darmowy prysznic. Spaliśmy w namiocie przy plaży w Kobuleti, rano zapytałem właściciela jednego z hoteli czy można skorzystać z prysznica i ile taka przyjemność będzie kosztowała.
-Skąd jesteście? - zapytał mężczyzna po rosyjsku.
-Z Polski... - odpowiedziałem jeszcze niepewnie.
W kolejnych tego typu przypadkach odpowiadałem już zdecydowanie, bo taka odpowiedź w Gruzji otwiera wiele drzwi. Co do pogranicznika - być może i miał on odgórne zalecenie serdecznie witać przybyszów z Polski, ale już żadnym rozkazem nie można tłumaczyć faktu, że jako Polaków serdecznie witał nas każdy. Tak i tutaj prysznic był dla nas za darmo. Uzasadnienie, które usłyszeliśmy, i które przewijało się później dość często, brzmiało: bo przecież Polska i Gruzja to przyjaciele od wieków! Za każdym razem zastanawiałem się ile w tym prawdy. Jak tak naprawdę  wyglądały historyczne relacje obu krajów? Czy rzeczywiście kiedokolwiek Polska i Gruzja miały ze sobą coś wspólnego? I jak to się ma do wszystkiego tego, co możemy usłyszeć, przeżyć i doświadczyć na Zakaukaziu?



Przyjaciele od wieków
Na Zakaukazie przyjechaliśmy z Agnieszką autostopem. Ponieważ od wojny w 2008 roku granica między Rosją a Gruzją jest zamknięta (od niedawna otwarta, ale tylko dla obywateli Wspólnoty Niepodległych Państw) jechaliśmy przez Turcję. Łącznie około cztery tysiące kilometrów. Był sierpień, pora największych upałów, termometr często wykraczał ponad czterdziestą kreskę. W ciągu dwóch tygodni objechaliśmy niemal cały kraj. Można powiedzieć, że Gruzja stanowi niejako odrębny świat. Na północy mamy wysokie, przekraczające pięć tysięcy metrów góry Kaukazu z wiecznymi lodowcami, na południu suche pustynie, na wschodzie niemal tropikalne, zielone lasy, na zachodzie zaś morze i ciężki, wilgotny klimat Adżarii. Całe państwo podzielone jest na dziesiątki mniejszych krain: Imeretia, Kachetia, Tuszetia czy Megrelia, każda ma swój własny, specyficzny krajobraz, klimat, lud i dialekt. Mimo tego ogromnego zróżnicowania – dzięki napotkanym ludziom - niemal cały czas czuliśmy się dziwnie swojsko. I to nie tylko przez to, że w czasie czternastu dni naszego pobytu naliczyliśmy sześćdziesięciu podróżników z Polski (co jak na kraj w którym praktycznie nie ma turystów jest liczbą wręcz niewyobrażalną).

Każdy napotkany Gruzin, kiedy dowiedział się skąd pochodzimy, oprócz szalonej gościnności i serdeczności jaka – jak podejrzewam – przysługiwała każdemu przybyszowi, starał się wykazać przed nami całą swoją wiedzą o Polsce, a także udowodnić jak najbliższe pokrewieństwo naszych narodów. W pierwszej kolejności wymieniana była oczywiście misja prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który podczas wojny w 2008 roku wyruszył do Tbilisi na czele przywódców Litwy, Łotwy, Estonii oraz Ukrainy by powiedzieć głośno, że Rosja nie ma prawa naruszać integralności terytorialnej Gruzji. W Polsce często nie zdajemy sobie sprawy z wagi tego kroku, nie zdajemy sobie sprawy, że tam n a p r a w d ę była wojna. Że to nie były tylko jakieś pojedyncze nadgraniczne ekscesy, ale wojna, z nalotami, inwazją wojsk pancernych, wystrzałami moździerzy i ginącymi ludźmi. I że na takie rzeczy cywilizowany świat nie powinien się godzić.
Wioska u stóp góry Kazbek - celu podróży wielu polskich turystów, fot. W.Ganczarek
Wioska u stóp góry Kazbek - celu podróży
wielu polskich turystów
Swoją misją Kaczyński wzbudził w Gruzinach uznanie, o czym nas gorąco zapewniali. My natomiast zapewnialiśmy o swoim podziwie dla wyczynu prezydenta Saakaszwilego, który wbrew wszelkim przeciwnościom zjawił się na pogrzebie swojego przyjaciela, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Sympatia dla gestu i działalności naszego byłego prezydenta nie wyrażała się tylko słowa spotykanych ludzi. W stolicy kraju, Tbilisi, jest już ulica Lecha Kaczyńskiego, w Batumi, głównym mieście nadmorskiej Adżarii, znajdziemy aleję Marii i Lecha Kaczyńskich.



Po wspomnieniu działalności obu prezydentów pojawiały się najprzeróżniejsze fakty ze wspólnej historii obu krajów. Przede wszystkim padały zapewnienia, że Polska i Gruzja zawsze były sojusznikami, braćmi, przyjaciółmi. Czy rzeczywiście? W swojej książce „Polaków kaukaskie drogi” autorzy Bohdan i Krzysztof Baranowski zdają się, delikatnie mówiąc, nie potwierdzać takiego scenariusza wydarzeń. Próby nawiązania kontaktów dyplomatycznych istotnie sięgają XV wieku. W państwie Jagiellonów pierwsi o pomoc w wojnie przeciw Turkom zabiegali kaukascy dyplomaci. W XVII wieku to Polacy – a w zasadzie Ormianie mieszkający w naszym kraju – udawali się z poselstwami do władców Gruzji szukając sprzymierzeńca przeciw... Turkom właśnie. Nic jednak z tych prób nie wynikło. Realny sojusz polsko-gruziński miał miejsce dopiero w 1920 roku kiedy Józef Piłsudski usiłował zrealizować swoją koncepcję Międzymorza – federacji państw zagrożonych dominacją III Rzeszy i ZSRR. Sojusz nie trwał jednak długo, bo już w 1921 roku Gruzja została anektowana przez swojego północnego sąsiada. Bliższe natomiast były stosunki handlowe między naszymi krajami. Baranowscy notują, że rozpoczęły się one na większą skalę już w XVI wieku, natomiast w XVII i XVIII uległy znacznemu ożywieniu. Z Gruzji przywożono wszelkie towary orientalne, kobierce, biżuterię, broń wschodnią czy nawet konie wierzchowe. W handlu najczęściej pośredniczyli Ormianie, których emigracja na polskich terenach, zwłaszcza wschodnich (Lwów czy Kamieniec Podolski), była dosyć liczna. 

Jak widać, bezpośrednie związki historyczne Polski i Gruzji nie były raczej zbyt ścisłe. Uderzające jest natomiast podobieństwo losów obu krajów, szczególnie w ostatnich pięciu wiekach. Polska, usytuowana w środku Europy, nieustannie miała problemy z Niemcami, Austrią i Rosją. Gruzja natomiast wciąż plądrowana była atakami wielkich mocarstw: Rosji, Turcji i Persji (Iranu). W obu przypadkach sąsiedzi lubili mieszać w wewnętrznej polityce nękanych państw. Zarówno Polska jak i Gruzja od końca XVIII wieku żyły w częściowej lub pełnej zależności od Rosji. Oba kraje doświadczały carskiej polityki dziel i rządź, Gruzja zresztą odczuwa to dotkliwie do dziś. Współczesne władze rosyjskie kontynuują rozpoczęte w czasach stalinowskich podburzanie Osetyjczyków i Abchazów do secesji oraz wspieranie ich działań, czego skutki dobrze znamy. Zresztą wiele konfliktów na Kaukazie – w tym m.in. wojna o Górski Karabach – ma podłoże w przesuwaniu granic sowieckich republik. Wreszcie zbliża Polskę i Gruzję XX wiek: rusyfikacja i wyróżniający oba kraje silny opór przeciw niej, nadto deportacje, stalinowskie więzienia i mordy więźniów politycznych. 
Gruzja jest w dalszym ciągu uwikłana w konflikt ze swoim północnym sąsiadem - na zdjęci jedna z nowych rosyjskich baz wojskowych w Abchazji, fot. W.Ganczarek
Gruzja jest w dalszym ciągu uwikłana w konflikt ze swoim północnym sąsiadem - na zdjęciu jedna z nowych rosyjskich baz wojskowych w Abchazji
Gruzini często wspominali również Grigola Peradze, mówili: wasz święty, a Gruzin! Peradze jest faktycznie świętym Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, działał na ziemiach polskich w pierwszej połowie XX wieku. Został zamordowany w obozie Auschwitz-Birkenau. Wydaje mi się, że w naszym kraju jest postacią zupełnie nieznaną, natomiast w Gruzji odnosiła się do tej postaci niespodziewanie duża ilość osób. Równie często pojawiał się motyw gruzińskich generałów walczących w Polsce podczas II wojny światowej. Żywe emocje wzbudzał oczywiście temat rywalizacji drużyn polskiej i gruzińskiej w jednej grupie eliminacji do koszykarskich Mistrzostw Europy. Wreszcie niektórzy Gruzini wspominali o Polakach żyjących w ich kraju, a właściwie: noszących polskie nazwiska.

Polacy na Kaukazie
Polacy zaczęli się pojawiać na Kaukazie pod koniec XVIII wieku, najwięcej zaś dotarło ich tam w pierwszej połowie XIX wieku. Byli to po prostu polscy zesłańcy umieszczeni karnie w oddziałach armii carskiej na Kaukazie po powstaniu kościuszkowskim, po napoleońskiej wyprawie na Moskwę, rozbiorach, powstaniu listopadowym a także co jakiś czas więźniowie polityczni. Baranowscy podają, że podczas wojny krymskiej w szeregach armii rosyjskiej służyło nawet 20-30 tysięcy polskich żołnierzy. Autorzy książki „Polaków kaukaskie drogi” podkreślają, że Polacy działali głównie w Kaukazie Północnym, na terenach Dagestanu w walkach z sunnickimi miuridami dowodzonymi przez Szamila, z którymi carat miał duży problem. Także cytowane przez Baranowskich relacje polskich żołnierzy bogato opisują walki z odważnymi muzułmańskimi góralami. Tym bardziej charakterystyczne, że napotkani przez nas Gruzini zawsze podkreślali raczej udział Polaków w wojnie krymskiej.

Nasi rodacy służbę na Kaukazie wspominali nie najgorzej. Należy pamiętać, że alternatywną opcją dla zsyłki na tereny gruzińskie była – znacznie gorsza – zsyłka na Syberię. Dlatego często - jeśli było to możliwe - różnymi zabiegami starano się załatwić sobie właśnie odbywanie kary na Kaukazie. Wielu polskich żołnierzy dosłużyło szlifów oficerskich. Niektórzy nawet nie trafili na „ciepłą Syberię” jako zesłańcy czy więźniowie, ale po prostu szukając okazji do błyskotliwej kariery w carskiej armii. Przeważali jednak zesłańcy polityczni, zazwyczaj ludzie inteligentni, szlachetnie urodzeni. I nawet będąc z dala od ojczyzny, służąc w obcej armii, starali się rozwijać swoje zainteresowania. Powstawały utwory literackie, tłumaczenia czy nawet prace naukowe z dziedzin takich jak botanika czy geodezja. W Tbilisi prężnie działało polskie koło literackie. Także miasto Kutaisi stało się polskim ośrodkiem kulturalnym. Wsparciem dla Polaków była polska misja katolicka, której początki sięgają XVII wieku. Może zastanawiać, że kraje muzułmańskie – Persja i Turcja – które obejmowały wówczas protektorat nad ziemiami Zakaukazia pozwoliły na rozwój takich przedsięwzięć. Pamiętajmy jednak, że narodowe kościoły Gruzji i Armenii pełniły dużą rolę w integracji społeczeństwa i oporze przeciw wpływom zaborcy. Persja i Turcja miały nadzieję, że misja katolicka może nieco rozbić ten monolit. Młody gruziński antropolog Sandro z którym miałem okazję rozmawiać podkreślał, że właśnie w XIX wieku wspólnoty katolickie w Gruzji przeżywały szczególny rozkwit rekrutując w swoje szeregi wielu przedstawicieli inteligencji i utrzymywały kontakt ze polskimi katolickimi wspólnotami. Do dzisiaj w Gruzji znajdziemy wiele miejsc, gdzie msze odprawiają polscy księża. W szczególności proboszczem wybudowanego w drugiej połowie XIX wieku kościoła katolickiego w Tbilisi jest Polak.

Stopniowo pojawiali się na Kaukazie dobrowolnie również lekarze, kupcy, ludzie interesu czy inżynierowie pracujący przy wydobyciu bakijskiej ropy (to już oczywiście Azerbejdżan). Wzięciem cieszyli się także polscy architekci, często zatrudniani na stanowiskach architektów miejskich czy gubernialnych na przełomie XIX i XX wieku - stąd wiele wspaniałych budynków z tego okresu jest dziełem Polaków. W ten sposób nasi rodacy mieli istotny udział w rozwoju i modernizacji regionu, co spotykało się z uznaniem lokalnego społeczeństwa. Nie zawsze jednak nasi rodacy występowali w roli elity intelektualnej. Ciekawostką jest, że rozbójnik działający w okolicach miasta Lagodechi w XIX wieku zwany Lewonem Jedno Ucho, na którego przez długi czas obławy organizowały carskie wojska, po pojmaniu okazał się być... Polakiem.
Cała polska emigracja na tych terenach borykała się jednak z podstawowym problemem niewielkiej liczby polskich kobiet. Jak wspomniano – na tereny Gruzji, Armenii czy Azerbejdżanu trafiali głównie żołnierze, więźniowie polityczni, inżynierowie. Zdarzało się, że ci którzy na stałe osiedlali się na Kaukazie, wyruszali na wyprawę do Polski w celach czysto matrymonialnych – znaleźć żonę Polkę i jak najszybciej wrócić do zostawionej za Morzem Czarnym pracy czy interesów. Nie każdego jednak było stać na taką wygodę (a i nie zawsze takie misje kończyły się sukcesem) dlatego najczęściej Polacy brali za towarzyszki życia kobiety miejscowe - Gruzinki czy Rosjanki. Ich dzieci i dalsi potomkowie, pozbawieni zazwyczaj kontaktu z rodziną ojca czy szerszą wspólnotą polską, szybko asymilowali się z rdzenną ludnością Kaukazu – po polskości zostawało jedynie nazwisko.

Szkółka dla potomków polskich <br> zesłańców w Lagodekhi, fot. W.Ganczarek
Szkółka dla potomków polskich zesłańców
Podczas naszych podróży po Gruzji odwiedziliśmy miasto Lagodechi. Niedawno, bo w 2008 roku, powstała tam polska szkoła im. Józefa Piłsudskiego, prowadzona przez małżeństwo z Bydgoszczy. Placówka kształci przeszło 50 uczniów w wieku od kilku do kilkudziesięciu lat. Odbywają się w niej zajęcia z języka polskiego, polskiej kultury czy historii. Celem nauczycieli jest przypomnienie polskiego pochodzenia potomkom polskich zesłańców. Wielu uczniów ma rzeczywiście czysto polsko brzmiące nazwiska, ale najczęściej żaden z nich (do czasu rozpoczęcia nauki w szkółce) nie znał ani słowa z „rodzimego” języka. Na zajęcia uczęszczają również ludzie w żadnym stopniu nie związani z Polską – przychodzą, bo są ciekawi czegoś nowego. W miasteczku nic się nie dzieje, panuje bezrobocie. Pani Urbanowska – nauczycielka z polskiej szkoły twierdzi, że około 80% ludzi jest bez pracy. Działa jednak regionalne radio – przypadkowo udało nam się spotkać jednego z jego redaktorów. Kiedy siedzieliśmy na ocienionej ławce w centrum miasteczka przysiadł się do nas młody człowiek. Płynną angielszczyzną opowiedział, że pracuje w radiu oraz chodzi na zajęcia do polskiej szkoły. Zapytał nas, czy znamy Starą Baśń. Okazało się, że film Hoffmana tak mu się spodobał, że na potrzeby swoich rodaków zrealizował wspólnie z koleżanką z pracy gruziński dubbing. Gruzja jest w swoim rodzaju końcem świata: tu ma swój kraniec Europa i Azja, wschód i zachód. Samo Lagodechi natomiast leży na krańcu Gruzji. Jerzy Hoffman pewnie nawet nie podejrzewa, że na takim końcu świata mogą znajdować się pracowici wielbiciele jego sztuki. Należy także w tym miejscu dodać, że w sąsiedztwie miasteczka znajduje się Rezerwat Lagodeski, założony jeszcze w XIX wieku przez polskiego botanika Ludwika Młokosiewicza.

  
Rodzina królewska
Jadąc w kierunku Armenii minęliśmy miasto Achalciche. Podróż szła wolno, droga była pustawa. Przez mały fragment wiózł nas wesoły kierowca betoniarki, starszy człowiek. Na nazwisko miał Poniatowski. Nie znał ani słowa po polsku (no, może poza „troszeczkę”). Opowiadał, że był kiedyś w Polsce z bratem w ramach akcji repatriacyjnej. Handlowali na Stadionie Dziesięciolecia. Bratu udało się dostać pracę jako robotnik budowlany i mieszka teraz w Krakowie. Poniatowski nie wybiera się już do Polski, bo, jak mówi, w Gruzji polepszyło się – ma w końcu zatrudnienie. Dało się wyczuć, że bracia nie traktowali wyjazdu do Polski jako powrotu do zapomnianej ojczyzny – raczej jako szansę na lepsze życie, równie dobrze mogliby jechać do Niemiec czy gdziekolwiek indziej, tyle że u nas była akcja repatriacyjna, było łatwiej. Za chwilę dojechaliśmy do miejsca gdzie nasz kierowca wylewał beton i zawracał, my szliśmy dalej. Po takim bezpośrednim spotkaniu z polską tułaczką, z trudną polską historią, z wielką mocą uderzył mnie ten fakt dziejowej niesprawiedliwości czy wręcz ironii, że prawdopodobnie potomek polskiej rodziny królewskiej (Poniatowscy, szlachta, która na zesłańców nadawała się najbardziej) jeździ teraz po południowej Gruzji betoniarką i nie zna języka ojców. 

Jak rodzina
Tyle o historii. Pewnie łatwo znaleźć kraj historycznie bliższy naszemu. Ale chyba nie to jest najważniejsze. Bo w pierwszej kolejności Polaków i Gruzinów zbliża podobieństwo charakterów. Już XIX-wiecznym polskim emigrantom rycerscy Gruzini bardziej przypadli do gustu niż trudniący się handlem Ormianie. W swoich wspomnieniach z Kaukazu Mateusz Gralewski opisuje gruzińską szlachtę jako „szczerą, rubaszną, rozrzutną, samowolną, pobożną, gościnną, odważną, rozpróżniaczoną”. Czy nie przypomina to naszej? Podobieństwa te nie tracą na aktualności. Zarówno w Gruzinach jak i u Polaków wiara miesza się z patriotyzmem, gruzińska „kaukaska fantazja” wprost odpowiada naszej „ułańskiej”. Jedni i drudzy są równie beztroscy, kłótliwi, uparci, dumni, gościnni, rodzinni i nie stroniący od alkoholu. Mieliśmy niesamowite szczęście zaznać gościnności i otwartości Gruzinów. Chyba każdy nasz autostopowy kierowca kupował nam jakiś drobiazg do jedzenia czy picia. Kilkakrotnie byliśmy zapraszani na nocleg, z czego skorzystaliśmy m.in. w Tbilisi, gdzie odbyliśmy z naszym gospodarzem tradycyjną gruzińską ucztę, tzw. stół. Nad stołem panuje tamada – mistrz ceremonii (w tym wypadku nasz gospodarz) – który kieruje całym wydarzeniem i wznosi toasty. Każdy toast, wznoszony oczywiście tylko gruzińskim winem, poprzedzony jest historią czy rozważaniami budującymi nastrój uczty. Gruzini często nawet kiedy nie jechali w stronę, która nas interesowała, mimo wszystko wieźli nas tam, gdzie chcieliśmy. Przecież jesteśmy gośćmi w ich kraju, gośćmi należy się zaopiekować. Dzięki temu autostop w Gruzji należy do bardzo łatwych – do tego stopnia, że udało nam się podróżować w ten sposób nawet na pustyni w południowo-wschodniej części kraju, na drodze do wykutego w skałach kompleksu klasztornego Dawid Garedżi.

W Gruzji czuliśmy się więc trochę jak w domu. Nie obco, jak często, szczególnie przy dłuższym podróżowaniu, można poczuć się za granicą, ale jak u siebie. Zawsze witani z otwartymi ramionami, zawsze spotykając ludzi życzliwych i ciekawych. Co krok napotykając na, zdawałoby się, czysto polskie cechy charakteru, a w końcu – napotykając polskie nazwiska. I chociaż Polskę i Gruzję dzieli kilka tysięcy kilometrów, to ma się wrażenie, że to najbliższa sąsiadka, prawie rodzina. Rodzina, którą gorąco polecam odwiedzić.

Literatura
Zachęcam też do zapoznania się z ciekawą literaturą traktującą na temat Gruzji. Wspominana kilkukrotnie książka autorstwa Bohdana i Krzysztofa Baranowskich „Polaków kaukaskie drogi” gruntownie opisuje historyczne związki Polski i krajów kaukaskich. Znajdziemy tam również szeroką bibliografię dotyczącą relacji Polaków przebywających na Kaukazie głównie w XIX wieku a także streszczenia kilku takich opowieści. Współczesne reportaże z Armenii, Gruzji i Azerbejdżanu spisali Wojciech Górecki i Wojciech Jagielski w książkach odpowiednio „Toast za przodków” i „Dobre miejsce do umierania”. Są to relacje z ostatniego dwudziestolecia, znajdziemy tam sprawnie opisane wyzwalanie się z radzieckiej okupacji, kolejne zamachy stanu – trudne początki demokratyzacji, a także regionalne konflikty. Wszystko to wsparte historycznymi podstawami problemów i kolorowane konkretnymi, codziennymi wydarzeniami. Dostępna na rynku jest również pozycja „Gruzja” autorstwa Wojciech Materskiego (znamienite, że współcześnie piszą o Gruzji Wojciechowie) będąca kompendium wiedzy historycznej o tym kraju, z naciskiem na wiek dwudziesty.

Komentarze

  1. Bardzo serdecznie pozdrawiam, blog jest niesamowity, dawno nie czytałam tak ciekawie i z taką pasją opisanych przygód z podróży. Jeżeli porównanie nie jest obraźliwe to faktycznie niektóre opisy podobne do Cejrowskiego( poczucie humoru i lekkość pisania), a spostrzeżenia warte Kapuścińskiego( porównanie tylko trochę na wyrost:))Szkoda jedynie, że ten " tekst jest długi jak sam szatan" okazał się tak krótki:). Magda.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty