Mein Kopf tut mir Weh [z trasy]

Z mojej wieloletniej nauki jezyka niemieckiego pozostalo w glowie kilka fraz jeno, w tym wlasnie tytulowa, znaczaca tyle, ze boli mnie glowa. Zaiste piekielne moce sprawily, ze akurat to pamietam i ze akurat jest to dobry tytul do niniejszego posta.

Od mniej wiecej pol roku wszystkie moje podroze sie nie udaja. A to w Alpach przychodzi spac w igloo, a to schronisko okazuje sie zamkniete a pogoda paskudna i lisy atakuja, a to jeszcze kilka alpejskich wypraw nieudanych z roznych powodow, a to rower mi sie lamie w drodze na Bialorus... Tym razem zawiodla glowa, i to wcale nie chodzi o wodke.

W okolo dobe udalo nam sie zjechac z Biszkeku pod Pik Lenina, do bazy na Polanie Lugowej (Cebulowej, bo rosnie tam cebula, sriozna!), czyli z 600m n.p.m. na jakies 3800m n.p.m. Nastepnie, nie marnujac czasu, wlezlismy do obozu pierwszego na okolo 4,5 tysiaca metrow. Roznica niby nie duza, ale wystarczajaca...
Po drodze mija sie przelecz, za ktora nie ma juz roslinnosci, a tlenu coraz mniej i mniej... (a jak tlenu jest malo to nie jest dobrze, jak u Wyrypajewa - film moze bez jakiejs niesamowitej intelektualnej glebi, ale wart uwagi ze wzgledu na konstrukcje swa, a jak sie Wam spodoba to jeszcze sobie pojdzcie na Iluzje do starego w Krakowie, tez Wyrypajewa, i jeszcze lepsze)


W okolicach pierwszego obozu spedzilismy w sumie trzy noce i z poranka na poranek bylo ze mna coraz gorzej. Jednego dnia robilismy krotkie spacery, drugiego podeszlismy za pierwsza "scianke" w strone obozu drugiego. Aklimatyzacja u mnie nie postepowala, postepowal za to bol glowy, z przodu i z tylu czaszki, full servis normalnie! Michal i Natalia skolei czuli sie coraz lepiej, przystosowujac sie do wysokosci. Trzeciego dnia moj bol byl juz zupelnie nie do zniesienia, wiec zdecydowalem sie zawrocic w dol do obozu. Podczas choroby wysokosciowej moga nastopic rozne grozne rzeczy, obrzeki mozgu itp. wiec wolalem nie ryzykowac. Zostawilem reszcie wyprawy mozliwie duzo zarcia ktore mialem ze soba i ruszylem na dol.

Michal i Lenin - zmierzal sie ze soba za pare dni

Tak zakonczyla sie moja pierwsza przygoda z siedmiotysiecznikiem. Jakkolwiek nie zaluje. Zobaczylem duzo wspanialych krajobrazow, dowiedzialem sie jak wyglada wchodzenie na "duze gory" Zrozumialem tez, ze na pieciotysieczny Kazbek udalo mi sie wejsc bez aklimatyzacji w zasadzie "z rozpedu", a nie dzieki predyspozycjom. Otoz okazalo sie, ze owych predyspozycji wysokogorskich nie mam (a Michal i Natalia na ich szczescia - tak) i trzeba mi w gory wchodzic nie w stylu alpejskim (wsio na plecy i hura do gory) tylko himalajskim rzeknijmy, czyli nalezy pokursowac pare razy miedzy baza i obozem I, miedzy obozem I a obozem II, miedzy obozem II a obozem III i po jakichs 14 dniach uderzyc na szczyt. Wiedzielismy o tym, ale mielismy za malo cierpliwosci a takze... jedzenia, bo po cichu wszyscy wierzylismy, ze w kilka dni bedziemy na szczycie. Michal i Natalia sa dzis prawdopodobnie w II obozie i wierze, ze im sie uda : )!

Czy jednak nalezy stwierdzac, ze wyprawa sie nie udala? Nie no, to tylko poczatek wyprawy, jeszcze caly KIirgistan, Sinkjang, Kazachstan! A sam Pik Lenina? Po pierwsze to nie myslcie, ze wszyscy tam wchodza. Z lotnej sondy wsrod schodzacych z gory dowiedzialem sie, ze z roznych przyczyn na wierch nie padnimala sie ponad polowa smialkow (swoja droga sklad narodowosciowy jest dosc jasny: narody alpejskie - Niemcy, Francuzi, Wlosi, Szwajcarzy, oraz narody slowianskie - Polacy, Czesi, Slowacy, Ukraincy, Rosjanie i Serbowie). A po drugie: jak tylko zszedlem na dol i zaczalem robic to, co zawsze robie w podrozach, czyli (nic specjalnego) zarzucilem plecak na grzbiet i ruszylem pieszkom gdzie popadnie, nie dbajac o transport itp. zaraz wydarzyla sie masa fajnych rzeczy:


Spalem w namiocie w niesamowicie czarujacem miejscu: wsrod jeziorek rozsianych pomiedzy zielonymi pagorkami <3<3<3, miejsce ktorego zaden turysta przejezdzajacy opodal jeepem z pewnoscia nie widzial

Zobaczylem jurty i Kirgizow hodujacych konie, pilem kumys, jadlem kajmak wsrod bezkresnych bezkresow

Zalapalem sie na posezonowa impreze i znow jadlem tradycyjne zarcie, w tym plow i kattama: to jest to!

A Lenina? Pik - to tylko wielka na siedem kilometrow kupa kamieni i lodu! Jeszcze kiedys tam wejde ; )

Od dzis tempo wyprawy bedzie nadawal inny Lenin, Lenin z Osz - Wielki Autostopowicz!

I co teraz? Zyj na hustawce zyj, kiedys sie wszystko ustoi - oj cos czuje ze bedzie nowy hit Tradycyjnych Jubileuszowych Kolacji Sobotnich : )

Komentarze

  1. lenin z osz to autosztopowicz;) powodzenia na trasie!

    OdpowiedzUsuń
  2. ŁAŁ! Miejsce noclegowe jak z bajki... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. o, czyli moja siostra jeszcze jakieś... 3 dni temu żyła? :D dobrze wiedzieć :) bawcie się dalej dobrze ;]

    OdpowiedzUsuń
  4. a tyle bylo szumu, w radiu mowili, w telewizji mowili, gazety pisaly i jak sie teraz bedziesz sponsorom tlumaczyl ?;)

    OdpowiedzUsuń
  5. na szczescie zaden sponsor nie osmielil sie nas sponsorowac ; )
    poza tym moze jeszcze Natalia i Majkel wejda, kto ich tam wi...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty