Rzeźnik, kierowcy, hamaki i aniołowie [z trasy]

Caracas. Na stacjach metra rząd reklamuje zwycięstwa rewolucji: wzrost dzieci wzrósł (a jakżeby inaczej) średnio o 1.8 centrymetra, jedzenie krajowych warzyw pewnikiem niepodległości, a żywienie stało się podług konstytucji prawem, a nie zwykłym biznesem. Plakaty z uśmiechniętym chłopcem pouczają o zasadach użytkowania podziemnego transportu, a na peronach pasażerowie posłusznie formują ogonki do wejść w wyznaczonych do tego sektorach.

Potem wyjście z metra: wylewająca się jak płyn ludzka masa, która gęstnieje na ruchomych schodach, potem rozprasza się na wyjściowych bramkach i rozbiega na oddzielne strumienie biegnące do czterech wyjść, by tam wreszcie wypłynąć, ujśc do rwącej rzeki stołecznej ulicy, by zgrać się z jej bezsennie pulsującym rytmem.

wygrałem.
Nie ma tego w stolicach środkowoamerykańskich, ze względu na ich zmotoryzowanie. Nie ma w wielkej wiosce - kostarykańskim San Jose. Ten narkotyzujący pęd miasta, na który narzekasz, ale nie chcesz z niego wyjść. Który oskarżasz i żywisz się nim jednocześnie. Od którego chcesz uciec, ale będąc poza nim masz wrażenie, że życie samo cię omija, bo on jest tam, w tym ulicznym pędzie. Szaleństwo, któremu laurkę wystawili jego taksówkarze w reportażu Angela Zambrano Coby Caracas desde el retrovisor.

Caracas ze swoimi siedmioma milionami ludzi. Tak jakby cała Szwajcaria mieszkała w jednym mieście. Ogromna liczba i ogromna różnorodność: biedaków, polityków, artystów, złodziei, myślicieli i kurw. Ona, Caracas, miasto w liczbie mnogiej, ma w sobie wszystko. Wdychasz ją ze spalinami milionów samochodów i aromatem najlepszej kawy, do której kolejka na Placu Boliwara nigdy się nie kurczy. W huku klaksonów i warkocie motorów kryją się ciche kawiarnie i bogate księgarnie, kawiarnie, księgarnie i księgarniokawiarnie.

Udało mi się wyjechać po prawie trzech tygodniach.

* * *


To, co sie wydarzyło później jest niedługą epopeją, bogatą w barwne postaci, których barwnie nie opiszę, bo mi się nie chce. Zrobię to przy innej okazji, a teraz sie pospieszę i pójde spać na tyle wcześnie, żeby wstać odpowiednio rano, by ruszyć z Puerto Ordaz w stronę brazylijskiej granicy.

kawałek Petare, podobno największej dzielnicy biedy na świecie.
Wielki Brat Chavez patrzy w stylu Andy Warhola.
przygarnij rowerzystę.
Z Caracas wyjechałem późno: wygrzebać się z plątaniny skrzyżowań, wdrapać na podnóżek Petare, a najpierw pożegnać z całą rodziną A. nie było łatwo. Potem długi zjazd na samo wybrzeże, tak że nie namęczyłem się za bardzo i tego dnia miałem ochotę popedałować nocą. Jakieś plaże miały być w miarę niedaleko, więc mimo zapadającego zmroku kontynuowałem. Aż do Tacarigua, gdzie na skrzyżowaniu otworzyła się szyba samochodu.

- Skąd jesteś?
- Z Polski.
- I masz gdzie spać?
- Nie.
- Chcesz się przespać u mnie w domu?

Z nocy zrobiła się noc, i dzień i kolejna noc. Aldo chciał mnie zabrać do okolicznych jaskini: przygotowaliśmy kaski i latarki, a na koniec zepsuł się samochód. Rozmawialiśmy za to sporo. W Wenezueli w ogóle zawsze można dużo rozmawiać, bo jak nie ma o czym, to zawsze jest polityka, zawsze jest Chavez, i zawsze też okazuje się, że on, ten charyzmatyczny lider, ten zmarły niedawno mag skrajności, nie jest postacią, którą można tylko kochać lub nienawidzić: istnieje całe kontinuum opinii i stopnia poparcia. W przypadku Aldo wbiła mi się w głowę następująca celna myśl: szpitale, misje, regulowane ceny, prawa, dotacje, subsydia, szkoły, kolejka linowa wjeżdżająca na barrios okalające położone w dolinie Caracas, i inne akcje pomyślane i prowadzone dla biednych. To wszystko bardzo piękne. Dlaczego jednak biedny dalej jest biedny, a ubogich dzielnic, z kolejka linową lub bez, zamiast ubywać, przybywa. Dlaczego?

Rodzice Aldo są na wakacjach w Szkocji. Wysłali mu zdjęcie: pułkę sklepową pełną mleka. Mleko tłuste, półtłuste i chude, mleko bez laktozy, mleko dla kobiet w ciąży, mleko z mlekiem i mleko bez mleka. W Tacarigua mleko sprzedają w środę. Kolejka rusza o pierwszej w nocy, a ostatni w sznureczku okładają się pięściami o prawo do zakupu przysługującego kilograma na osobę. 

Czytelnik czyta i myśli, że w Wenezueli nic w sklepach nie ma. Nie no, jest, jest wszystko. Są np. świetne hiszpańskie oliwki nadziewane łososiem. W Higuerote jedliśmy z Aldo świetną syryjską szałarmę (bez sosu z ciecierzycy, bo brak). Po prostu nie ma mleka, mąki, oleju, cukru i papieru toaletowego. To znaczy jest, tylko trochę za mało. Trzeba więc stanąć w kolejce. Po telefon też - jak opowiada Maria: "Na ręce wypisują ci numer pożądkowy, znaczą nas jak krowy". Po czym dodaje: "Mój kraj jest zbyt bogaty, by tak to wyglądało."

Przekładam strony, dużo różnych notatek, np. taka: "W pewnej miejscowości w środkowej części kraju mieszkańcy zatrzymali ciężarówkę z kurczakami i rozkradli wszystko". 

Aldo przewiduje, że w lutym to wszystko się zawali. Już nawet Kuba nawiązała stosunki dyplomatyczne ze Stanami Zjednoczonymi na wypadek wygaśnięcia wenezuelskiej ręki karmiącej rewolucyjna wyspę. Zobaczymy.

* * *

Boca de Uchire, plaża. Potężny, czarnoskóry mężczyzna przyznał z dumą, że to oni sami, el pueblo, znaczy lud, remontują plażowe obiekty: betonowe, pokaźne ubikacje z prysznicami, budyneczek informacji turystycznej, restauracji, daszki, a nawet stanowiska do grillowania. Z frontowego budynku na parking spoglądają czarne sylwety twarzy Chaveza i Maduro, obok dodatkowe, wszechobecne i obowiązkowe oczy "Wyzwoliciela XXI wieku" (znaczy Chaveza, por supuesto).

Toalety były już zamknięte, stoliki plażowe schowane w jednej z kwadratowych, betonowych konstrukcji (skąd się bierze ta miłośc socjalizmu do betonu?), a pozostali pracownicy wsiadali już na motory, by ruszyć do domów. Czarny mężczyzna konfidencjalnie zaprowadził mnie pod łazienki i pokazał którą płytę chodnika należy podnieść i który zawór przekręcić, aby ze ściany, na drobniutkie niebieskie kafelki, poleciała słodka woda. "No, weźmiesz sobie prysznic!" - zarządził. Wziąłem. Rano.

* * *

Dnia dwudziestego grudnia zastosowałem metodę gruzińską. Właściwie to zupełnie bezwiednie.

Metoda gruzińska głosi: nie usiłuj rozwiązywac problemów, problemy zwykły rozwiązywać się same. Zajmią się tym NASI ludzie: w końcu ktoś do ciebie podejdzie i zapyta, czy zamiast na plaży w Lecheria nie chciałbyś przypadkowo przespać się spokojnie w ogrodowym hamaku.

(Metoda nie działa w dużych miastach i w Panamie.)

Tą osobą okazała się Lucia, nadzwyczaj urodziwa (albo: ładna jak zwykle, w końcu jesteśmy w Wenezueli) córka włoskiego małżeństwa, które wpisując się w standardy lokalnej społeczności rozwiodło się już dawno temu. Wskazała mi więc hamak na patio, przyniosła coś do jedzenia i wspólnie z koleżanką Joanną rozpoczęły ze mną konferencję prasową wieczorną. Na szczęście krótką, bo po rajdzie z Boca de Uchire nie miałem siły na więcej pytań. 

Rano dostałem powtórkę z jedzenia, możliwośc prysznicową i niewieloki rzut oka na życie rodzinne. Ojciec Lucii ma sklep metalowy. Ale obecnie handluje na czarnym rynku mąki, z tego są większe zyski. 

No, a coś ty Czytelniku myślał. Że czarny rynek może być tylko alkoholu, tytoniu, narkotyków, broni i waluty? W Wenezueli istnieje czarny rynek oleju, mąki, mleka i papieru toaletowego.

Nie mam zdjęcia Lucii, przepraszam, na prawdę. Ale wyjeżdżając w stronę Cumana spotkałem Argentyńczyków na rowerach, może być? No i w ogóle droga do Cumana to pejzażowe szaleństwo.

DODATEK: Lucia wysłała mi zdjęcie, więc zamieszczam niżej także zdjęcie Lucii, spacjalnie dla Was, w odpowiedzi na dziesiątki meili i telefonów z ponawianymi prośbami!

duże chłopcy (Boca de Uchire).
Argentyńczycy.
na Cumana I.
na Cumana II.
na Cumana III.
Lucia i brodacz z doliny Roztoki

* * *

Dwudziesty drugi grudnia, to znaczy dwa dni do Wigilii. To znaczy: po wioskach wszyscy malują domy, to znaczy: przynajmniej frontowe ściany. Ci, którzy już pomalowali, siedzą rozparci na swoich plastikowych krzesłach i mierzą wzrokiem jeszcze malujących. Ci sami wszyscy mają już od dawna wolne, więc już od dawna nudza się jak mopsy i będą się tak nudzić do szóstego stycznia. Jesli już pomalowali dom, ma się rozumieć. Wówczas rozrywką bywa picie w ogródku z kolegami (panowie) lub malowanie paznokci na werandach, grupowo (panie). Rzadziej: gra w chińczyka (panie, panowie i dzieci), i jeszcze rzadziej: zbieranie śmieci z przestrzeni między domem i ulicą (dzieci). 

Przyszło mi wjechać z kilometr nad poziom morza i plułem sobie w brodę, że nie pojechałem z Puerto La Cruz na południe, po płaskim. Ale było ładnie. Noc spędziłem pod szczytem, z gwiazdami nad głową: w górach gwiazdy są najładniejsze, może dlatego, że jesteśmy do nich o włos bliżej.

Rano wschodzące słońce koronuje złotymi czapkami rozłożone w dole przede mną szczyty. Później, z czasem, złoty splendor spływa po stokach, wreszcie całe góry stają opromienione blaskiem. Do usług. Kawy?

kawa, moja wspaniała kawa: nikt zabierać jej nie ma mi prawa.
góry są fajne.
obóz.

* * *

Dalej zjazd, 23 grudnia, zjazd do Maturinu. Wioski na górze inne, spokojne, owiane chłodem, a ich mieszkańcy: w czapkach. Ci na dole mówią, że tu na górze zimno, ale to jest poprostu rześkość. Gdaczące kury, jak u nas w letni poranek, powietrze nasączone rosą i zapachem szczypiorku. To niezwykłe, że jeden kraj, nawet jeden tylko jego niewielki region, może pomieścić atmosferę plaży, pola, zagrody, upału, chłodu, żaru i ożywczej bryzy. Jest miejsce na cycate seksbomby plażowe i skromnych panów w kaszkiecie typu wujek Władek.

* * *

Wigilię spędziłem w Maturin. Juz Aldo opowiadał mi, że po drugiej wojnie znalazło się tam wielu Polaków. Wjeżdżając miałem na sobie koszulkę z napisem po hiszpańsku oznajmiającym, że jestem z Polski i po hiszpańsku rozmawiam. Zatrzymały mnie dwie osoby z opowieścią o babci z Warszawy.

Pani Danuta natomiast nie jest z Warszawy, tylko z Grochowa pod Sokołowem Podlaskim. Ma 89 lat i ledwo pamięta kilka słów w rodzimym języku. Eliza lat ma dużo mniej i w Maturinie znalazła się nie z powojennych, tylko miłosnych względów. Ja zaś u Elizy znalazłem się przez artykuł na stronie ambasady w Caracas. Zaproszono nas do domu pani Danuty na Wigilię. Usta pani Danuty, które nagle ożywiły się na dźwięk Wśród nocnej ciszy zadość uczyniły mi cały brak polskiej atmosfery świąt Bożego Narodzenia. Kobieta, która ledwie przypominała sobie to, czy inne słowo, zaczęła nagle śpiewać zupełnie płynnie, z lekkim uśmiechem na zmęczonej starością twarzy. Nigdy nie zapomniała tych kolęd: wśród nocnej ciszy, w żłobie leży, przybieżeli do Betlejem, Bóg się rodzi... Nie zapomniała ich przez siedemdziesiąt lat. Jakby ktoś wątplił w wyjątkowość polskich świąt, to tak, to ja mówię, że one jednak mają moc.

* * *

A potem przyszedł dzień świętego Szczepana Męczennika. I był on istotnie naznaczony męczeństwem, ale w ramach świąt Bożego Narodzenia mękę sprawnie złagodzono opieką Bożej Opatrzności.

Do Puerdo Ordaz - 180km prostej i płaskiej jak naleśnik drogi. Nic łatwiejeszego, prawda? Dętka poszła trzy kilometry od domu. Dziura była duża i pierwsza łatka nie chwyciła. Założyłem drugą, większą, i włożyłem zaklejoną dętką do pudełka, wyciągnąłem drugą, nową. Wybuchła po pięciu minutach jazdy. Na szczęście miałem drugą nową. Nie wybuchła, pojechałem wreszcie kawałek dalej. Gdzieś może 50, może 60km za Maturinem zacząłem chrzęścić. Trzaskać. Schodziłem z roweru i zastanawiałem się co to jest. Tylne koło, łożysko. Przypomniałem sobie, że ostatnio dokręcałem kilka razy w drodze konusy, które tajemniczo luzowały koło na osi.

Zaczęło padać.

W bezkresnych połaciach pól i pastwisk stoi restauracyjka. Gdy  świadomość złego losy wreszcie do mnie dotarła, wróciłem się do niej jakieś dwa czy trzy kilometry. Zamówiłem kawę i spytałem, czy nie przeszkadzałoby, gdybym pod dachem lokaly ponaprawiał sobie rower. Nie ma sprawy.

Moi stróżowie są trochę jak z piosenki Roguckiego: "Anioły śmierdzą potem, żrą kiełbasę" ale na szczęście nie "mają w dupie żywych" (do konsultacji: anioł z Belize i anioł z Kolumbii). Jeden z czterech facetów rozpartych dookoła stolika nawet nie był bardzo nawalony, więc pomógł mi rozkręcaś rower. Reszta zmieniła stolik na betonową posadzkę i rozsiadła się dookoła udzielając rad.

Konusy były po prostu zmielone. Kulki łożyska nie wyglądały wiele lepiej, a bieżnia miała dziurę. Nie wiem jak to było zorganizowane, bo przeglądałem piastę jakieś 1500km wcześniej, tzn. w Maracaibo, z pomocą Ignacio (dziękuję), no ale okazuje się, że po 11 tysiącach kilometrów to takie rzeczy się zużywają (znów przekonałem się, że tak naprawdę, to ja nic o tych rowerach nie wiem, może dlatego że nigdy nie przejechałem 11 tysięcy kilometrów i nie miałem świadomości pewnych spraw).

- Nie masz części zamiennych?
- No nie.
- No, to się nie da.

I faktycznie, nie dało się.

Posiedzieliśmy jeszcze trochę, ja zmartwiony, a oni zdruzgotani prawdą o tym, że nie dość że nie mam kobiety tu, to jeszcze nie mam jej tam (tzn. w Polsce) i jak to jest w ogóle możliwe, że po co tym rowerem, że nie, że to w ogóle bez sensu, że "ale wytłumacz mi, wytłumacz mi to tak, żebym zrozumiał". Nie dałem rady.

Grupa aniołów, która pomogła rozkręcić rower i postawić diagnozę kończyła właśnie dyżur nade mną i przekazała mnie w ręce właściciela restauracji i rzeźni zarazem (na tych krowich równinnych pastwiskach zajmujących pół Wenezueli obiad to ćwierć kilo pieczonego mięsa, kropka). Dalej wydarzenia potoczyły się już jak po sznurku, właściwie bez mojego udziału. Zostałem położony spać w rzeźni na hamaku (rozbiłem sobie potem namiot na podłodze, bo komary były wyjątkowo upierdliwe). Rano pomachałem sobie trochę ręka łapiąc stopa z unieruchomionym rowerem, ale to pan rzeźnik załatwił mi transport i wsadził na furgonetkę wiozącą jakiś wielki wentylator do ciężarówki. Pickup bez burt. To było to, co nazywają ostra jazdą bez trzymanki. Wysadzono mnie w jakimś miasteczku ze 30km od portu promów przez rzekę Orinoko wiozących do San Felix, skąd już tylko most dzieliłby mnie od Puerto Ordaz. Zwlekłem się z rowerem z samochodu. Pan od którego kupiłem śniadanie wskazał mi pickupy wiozące ludzi do portu. Dowiozły i mnie. Doszarpałem się z rowerem do kolejki samochodów czekających na prom.

- Ooooj, przyjacielu, a ty gdzie z tym rowerem?
- Do Puerto Ordaz!
- No popatrz, że ja też. A ten prom coś się nie pokazuje. Wrzucaj rower, pojedziemy naokoło.

Wrzuciliśmy rower na pakę, razem zresztą ze mną. Rozsiadłem się z workami pomarańczy, starymi krzesłami i workami kto-wie-czego. Pojechaliśmy przez most autostradowy, robiąc ze 40km objazdu. Kierowca nie jechał tak całkiem do Ordaz, ale podwiózł mnie do bramek zjazdowych z autostrady, które zawsze obstawione są niewiarygodną ilością nudzących się policjantów. Mój anioł stróż za kółkiem jasno niebieskiego pickupa poprosił policjanta, to znaczy kolejnego anioła stróża na dyżurze, by się mną zajął. Żeby mi złapał stopa do dzielnicy Los Olivos. Policjant poczynił jedną próbą, a potem po prostu wpakował mnie do radiowozu i dowiózł pod dom, w którym czakała na mnie N., prysznic i jedzenie. Następnego dnia zadzwoniłem do Gabriela, którego numer przekazał mi 1200km stąd przypadkowy człowiek który zaprosił mnie do swojego domu w Barquisimeto. "Jak będziesz potrzebował czegoś w Puerto Ordaz - wal do Gabriela!". Między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem w Wenezueli zasadniczo wszystko jest zamknięte, a jednak objechawszy z Gabrielem całe miasto w jakiejś najbardziej niepozornej dzielnicy na końcu świata znaleźliśmy konusy, kulki i bieżnie.

Rower działa. A ja zwiedziłem imponujący park Llovizna. Boska Komedia.



Komentarze

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty