Plaża to szkoła życia

Niektórzy twierdzą, że szkołą życia są Himalaje, pustynia Gobi czy Antarktyda, albo - idąc dalej - głód, wojna, terror czy inne przykrości. Też tak myślałem, ale to bzdura. Prawdziwą szkołą życia jest plaża. 
Choroni
Przyszedł taki dzień, że trzeba było Wenezuelę zostawić. W piątek siedemnastego lipca musiałem być na granicy, ale jeszcze na sobotę i niedzielę poleciałem do Caracas odwiedzić N. Bilet w obie strony kosztował mnie jakieś czterdzieści złotych, a poza tym sam ten lot jest wspaniały. Maszyna nie idzie najkrótszą drogą w prostej linii z Meridy do stolicy, tylko dochodzi do wybrzeża Morza Karaibskiego dużo wcześniej, daleko na zachód od Caracas, i przez całą resztę rejsu obserwuję w dole soczyste, zielone góry wpadające prosto w turkusową wodę, a wśród nich koliste zatoczki nikomu nieznanych plaż. Leżą jedna przy drugiej, całe mnóstwo rajów zamkniętych na skrawku piasku między morzem a górami, miejsc gdzie zapach oceanu miesza się z ciężkim, wilgotnym powietrzem puszczy, gdzie palmy i gdzie święty spokój.


Kilka miesięcy wcześniej wydawało mi się, że żegnam się z Morzem Karaibskim na wiele dłużej, a tu taka niespodzianka, bardzo przyjemna. Za każdym razem kiedy do niego, do morza, wracam, zaczynam rozumieć, że plaża to nie jest banał: puste leżenie na piasku i tracenie czasu. No nie, za plażą kryje się cała filozofia życia, i dostrzega się ją zwłaszcza wtedy, kiedy wraca się do niej z regionów zimnych, na przykład z Meridy. Weźmy taki detal: w Meridzie wieczorem, gdy pada i robi się chłodno, mogę sobie włączyć na przykład Pink Floyd, podkręcić nieco bas by osiąść głębiej w każdym z akcentowanych akordów, i śledzić krystaliczne dźwięki znanych na pamięć partii solowych Gilmoura. Nie wiem czy zdaje sobie Czytelnik sprawę, ale słuchanie Pink Floyd na plaży, zwłaszcza karaibskiej, jest niemożliwe. No po prostu nie, brzmiałoby obco, nie na miejscu, byłoby to jak zjeść tłustą golonkę na śniadanie w gorący, lipcowy poranek, no po prostu bez sensu. I nie chodzi tyko o Pink Floyd, a o całą tą tradycję muzyczną zimnych stron, psychodelę, krzyki, cierpienia i martyrologie. Nawet ograniczając się do polskich twórców – chociaż jest to zjawisko dalece ogólniejsze – widać, że połowa piosenek najbardziej znanych zespołów ostatnich lat, takich jak Dżem, Hey, Coma, wiersze Stachury w piosenkach SDMu i tak dalej, to wszystko są przecież ludzkie tragedie. Historie porażek, złamanych życiorysów, zmarnowanych lat, zagubienia i braku sensu. Podam tylko jeden przykład, ale nie bawiąc się w półśrodki sięgnę od razu po Dyjaka: „Nie będziesz tam jakimś poetą, tylko najgorszym na świecie // nie będziesz ty wódek smakoszem, tylko zapity na śmierć”. Na wybrzeżu nikt nie zaśpiewa takich rzeczy. I nie chodzi o to, że piosenki z wybrzeża są wszystkie jak jeden mąż radosne: znajdzie się teksty o niewoli, o wyzysku, o nieszczęśliwej miłości, ale nikt nie będzie się eksponował – i to szukając w tym niejako swego rodzaju bohaterstwa – z porażką życiową na całej linii. Natomiast my, ludzie z zimnych stron, mamy w zwyczaju darzyć szczególnym uznaniem tych, którzy przegrali, ale – mówimy – tych, którzy przegrali z godnością. Jakiś skazany na bluesa który miał co prawda dom i rodzinę, ale często uciekał; jakiś poeta, który do niczego się nie nadaje, bo z nim to tylko można pójść na wrzosowisko; kobieta, która chciałaby być czyjaś a czuje się niczyja, i w tej swojej niczyjości zagubiona jest kompletnie, i tak dalej. W muzyce z wybrzeża nie ma takich rzeczy, bo ludzie nie umartwiają się dla masochistycznej przyjemności umartwienia. I nie mówię tego po to, by się czegoś wyprzeć, bo ja lubię i Hey, i Dżem, i nawet Stachurę. Chciałbym tylko podkreślić, że filozofia plaży nie jest - jak sam sądziłem - wulgarnie prostacka, tylko raczej: szlachetnie prosta. Szczęściem plaży nie jest chorobliwe szukanie głębi, podążanie za ułudą samospełnienia, którego nigdy się nie osiąga, nazwanie słabości cnotą by zaszyć się samemu na tych wrzosowiskach czy Bóg wie gdzie jeszcze. Jak tak spojrzeć z dystansu na twórczość muzyczną i poetycką zimnych stron świata, można ulec wrażeniu, że nie dajemy sobie rady z własną psychicznością i na dodatek jesteśmy z tego dumni. Im bardziej skomplikowany, zakompleksiony i pochorowany na duszy, tym lepiej. Tymczasem filozofia plaży mówi, że szczęśliwe jest to, co daje szczęście, a dobrym jest ten, kto dobrze czyni, i już. Filozofia plaży jest jak twórczość Fernando Botero, który maluje grubych ludzi, przerośnięte owoce, tłuste zwierzęta, bukiety z tysięcy kwiatów i bujne korony drzew. Botero maluje obfitość, ale nie obfitość konsumpcyjną - nie samochody, telewizory czy złoto – tylko obfitość naturalną, tę do której mamy dostęp, której słusznie pragniemy i którą sami możemy wypracować, jak poprzez wykarmienie kota czy męża. Hasłem filozofii plaży jest czasownik gozar, co oznacza rozkoszować się, korzystać z – wyrażenia które w języku polskim mają wręcz lekkie zabarwienie grzeszności. Dlatego nie da się słuchać na plaży Pink Floyd, ale za to można by zorganizować wystawę rzeźb Botero. Obrazów nie, bo dzieciaki zaraz zasypałyby je piaskiem, spryskały wodą i tak dalej, a rzeźby to i podotykać można i dosiąść nawet, bo facet w brązie robi, wszystko to jest grube, solidne i stabilne.

A my bardzo przyjemnie spędziliśmy czas na plaży w Chirimenie. My, dwie osoby, bo tak jak nie da się słuchać na plaży Pink Floyd, tak i chodzenie na plażę w pojedynkę nie ma najmniejszego sensu. Może na godzinę, na dwie, ale nie więcej. Składając ze sobą te dwa elementy powiemy: plaża to znaczy dzielić się obfitością życia z drugim człowiekiem. Niektórzy mówią, że szkołą życia są Himalaje, pustynia, lodowce, albo nawet głód, terror, wojna czy inne przykrości. Też tak myślałem, ale to bzdura. Cały ten dyskurs, że jeśli ktoś przeżył tragedię to oznacza, że jest w jakiś sposób lepszy, jest fałszem. Warto popatrzyć na sprawę od drugiej strony: fakt zaistnienie tragedii jakiegokolwiek rodzaju oznacza, że ktoś coś spierdolił, i teraz cała reszta cierpi tego konsekwencje. I jest to tak oczywiste, że potrzeba intensywnych wysiłków społeczno-kulturowych, by tę oczywistość zataić, by przestała być postrzegana, lub by postrzegać ją zupełnie inaczej. Konkretnie w przypadku wojny: spędziliśmy całe tysiąclecia rozwalając sobie łby mieczami obosiecznymi, więc żeby nie spalić się ze wstydu przed samymi sobą wobec historii, wobec całego szeregu idiotyzmów które popełniliśmy i które nazwaliśmy wojnami, powstała ta idea, że mordowanie się nawzajem w mundurach jest zupełnie w porządku, jest nawet dobre i szlachetne. Ale to wszystko są kłamstwa, bo prawdziwą szkołą człowieczeństwa nie jest nie dać poderżnąć sobie gardła, tylko potrafić dzielić się obfitością życia z drugim człowiekiem, innymi słowy: prawdziwą szkołą życia jest plaża. No, przynajmniej jeśli ktoś chce żyć szczęśliwie.



Komentarze

  1. Niemożliwe, nie wierzę :)! Pozdrowienia z Holandii, w której pada dzień cały i noc całą i nie daje to spać. A potem człowiek się umartwia z tego niewyspania i braku słońca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytam, czytam i nie mogę się doczekać Twoich obserwacji z tych krajów położonych bardziej na południe. Szerokiej drogi!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty