Ludzie: pan od owocowej pulpy


O szóstej rano przejaśnia się, a on siada na ganku. Patrzy w dal, w dolinę, gdzie San Rafael i droga na Puerto Nare. Przekrawa na pół lekkie, żółte owoce marakui o grubych skórkach i rzuca do wiadra: „więcej roboty, niż jedzenia”.

Pan od owocowej pulpy i jeden rowerzysta
Zaczynał od domowego miksera i lodówki w wynajmowanym domu. Wcześniej pracował w gospodarstwach rolnych jako stróż. Po roku czy dwóch zawsze trzeba było się wynosić z cała rodziną ze służbowej klitki i szukać szczęścia gdzie indziej. Ma dwadzieścia osiem lat, żonę i dziesięcioletnią córkę. Zdecydował się na pulpę owocową i sprzedaż od drzwi do drzwi.

Owoce kupuje w oddalonym o przeszło czterdzieści kilometrów Rionegro. Przywozi je skrzynkami na motorze. To są najczęściej nocne kursy: wyjeżdża z domu o czwartej rano. Teren jest górzysty, dużo zakrętów, a o świcie trzeba być w miasteczku. Owoce są doskonałe i drogie. Złociste, wręcz pomarańczowe ananasy, dorodne guajawy, ogromne mango. „Tańszych nie ma sensu kupować: to widać po kolorze, ludzie innych nie wezmą”. Sprzedaje plastikowe torebki ciasno wypełnione owocową masą. Tanie mango - nie dość, że często robaczywe – jest ciemnawe, brunatne. Mango wysokogatunkowe po zmiksowaniu przypomina miód.

Gdy przejeżdżałem koło domu, nie było go. Dochodziła szósta. Jednostajny podjazd z San Rafael do Gatape wciąż jeszcze nie chciał się zakończyć. Po ogrodzie chodziła jego córka wysysając resztki owocu z mangowej pestki. Zawołała matkę. Zgodziła się, bym został na noc. Rozbiłem namiot przed domem. On wrócił po ósmej. Rozwoził pulpę po okolicznych miasteczkach. Znają go, ma stałych klientów, w tym jedną restauracyjkę w San Rafael. Z pulpy robi się soki do obiadów: zupa z warzyw, na drugie ryż, kawałek smażonej wołowiny, surówka – kawałek pomidora – do tego fasola. No i napój: woda, cukier, owocowa pulpa. 

Zaprosili mnie do stołu. „Skromnie, ale od serca!”. Nie jedzą tak, jak w bistrach w San Rafael. Jest pełna miska ryżu, plasterek boczku i kawałek smażonego banana. „Za skrzynkę owoców płacę 40 tysięcy pesos [50zł]. Za pulpę z tej skrzynki dostaję przynajmniej 60 tysięcy [75zł], czasem trochę więcej”. Za te 25zł zarobku musi kupić plastikowe torebki, benzynę do motoru, opłacić rachunki, no i coś zjeść. Za dom nie płaci: pilnuje pary koni właściciela budynku i ten pozwala mu spać za darmo. Chciałby mieć własny dom. Póki co udało się kupić zamrażarkę na pulpę, wielki mikser na piętnaście litrów owoców i motor. Powoli, ale do przodu, „dzięki Bogu”. Za każdym razem dziękuje Bogu.

O szóstej rano przejaśnia się, a on siada na ganku. Patrzy w dal, w dolinę, gdzie San Rafael i droga na Puerto Nare. Pracuje od rana do nocy, czasem i w noc. Lubi niezależność. „Pracuję nie kiedy mi powiedzą, a kiedy chcę”. W praktyce: prawie całą dobę. Przekrawa na pół lekkie, żółte owoce marakui i rzuca do wiadra. Marakuja ma duże, ciemne nasiona otoczone słodką masą. Niewiele tego więc pulpy z marakui są najdroższe. Pakuje mi do sakwy jedno z tych ogromnych mango. Czeka mnie końcówka podjazdu do Guatape. Jego – obieranie marakui: „więcej roboty, niż jedzenia”.

Okolica I
Okolica II
Okolica III

Komentarze

  1. Jak zawsze opisałeś wszystko tak, że można poczuć, że jest się w środku tej sytuacji, że jeździmy z panem motorkiem i sprzedajemy owoce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na zdjęciu , pewnie dzięki koszulce ;) wyglądasz jak jakiś sławny piłkarz ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty