Bogota-Medellin: dziennik podróży (8 dni, 550km +mapa +wideo)

Nie widzieliśmy się blisko pięć miesięcy. Został w Bogocie, ja skoczyłem na parę chwil do Wenezueli autostopem. Kiedy zobaczyliśmy się znów, z radości przejechaliśmy od razu pięćset kilometrów. Przez ten czas nic się nie zmienił: stary, dobry, blisko trzydziestoletni rower

(Aaaj, czułe to było, prawda?)

W ostatnim czasie relacje z podróży stały się na niniejszej stronie rzadkością. Ale dziś wracamy! W wielkim stylu: przeskoczymy z jednego pasma górskiego w drugie, nakreślimy mapę i nawet zobaczymy wideo, by w końcu dojechać do Casa del Ciclista w Medellin jako rowerzysta numer 563.

Meta [563 osób przeszło przez Dom Rowerzysty]
poniedziałek, 25 stycznia - Przygotowania

Do Bogoty dojechałem w piątek. Dzień później dotarł tow. Strzeżysz, również pedałujący obecnie po Kolumbii. Sobotę i niedzielę spędziliśmy na pogawędkach o starych karabinach, ale w poniedziałek ruszamy do konstruktywnego działania. Udało mi się sprzedać korpus analogowego aparatu, którym bawiłem się w Wenezueli. Zostawiłem sobie jego stałoogniskowy obiektyw 50mm. Udało się również zreparować aparat strzeżyszowy i tak, posileni dwoma sukcesami, wybraliśmy się na deser wypatrzony dzień wcześniej. Kawa i jakieś takie ciastka z kremem i krówką. W sensie krówką płynną. Tofi. Tofi? Nie ma na to polskiego słowa? Nie wiem. No, więc chyba właśnie z krówką. Szałowy dzień, naprawdę. Świeciło słońce, samochody trąbiły jakby mniej, a na uliczce przy remizie strażaków z Chapinero było już zupełnie cicho. Do tego 2500m n.p.m., trochę liści w rynsztokach: prawie jak polski późny wrzesień.

Tow. Strzeżysz pisze.
Kot śpi.
Świeca zgasła.

wtorek, 25 stycznia - Automyjnia

Wyjazd z Bogoty zajął mi chyba z trzy godziny. Wielkie miasto. Osiem milionów mieszkańców i parterowe domy rozpełzłe po płaskowyżu. Tow. Strzeżysz ruszył w swoją stronę, ja - w stronę Villety, znaczy się w stronę doliny rzeki Magdalena, rozdzielającej wschodni łańcuch Andów od centralnego. Dwa z trzech, jakie biegną przez Kolumbię z południa na północ.

Zasadniczo zjazd, ale zupełnie niejednostajny. Najpierw, żeby wydostać się z płaskowyżu, trzeba się wdrapać nieco pod górę, a potem raz po raz na drodze stają mniejsze i większe wzniesienia. Samochodów jest dużo. Dużo ciężarówek. Jadą szybko a na poboczu nie ma dużo miejsca. Nie lubię kolumbijskich dróg właśnie za to: za wąski asfalt urywa się zaraz za pasem ruchu samochodowego. Nawet na drogach krajowych metr pobocza to rzadkość. Czasem dowalają jeszcze betonową, v-kształtną rynnę na odpływ wody z jezdni. Szczęśliwie jeszcze nigdy w nią nie wpadłem, ale bezpieczne to to nie jest.

Pierwszy dzień, to i pędziłem. Dawno nie jeździlem rowerem, bolały mnie nogi, ale chciałem się nachapać kilometrów, nie wiem, żeby poczuć, że podróż znów na nowo się rozpoczęła. Zatrzymałem się tylko w jakiejś małej miejscowości przed Villetą. Zjadłem obiad. Był tani i zwyczajny. Pięć tysięcy pesos. Jakieś sześć czy siedem złotych. Cztery razy drożej, niż w Wenezueli. Kucharka była sympatyczna, zupa gęsta, córka, jak wszystkie córki kucharek z prowincji, wróciła właśnie ze szkoły i siedziała przy jednym ze stolików. Biała bluzeczka, bordowa spódniczka przed kolano no i podkolanówki. Jacyś pedofile wymyślali te mundurki: dziewięciolatka wygląda w nich jak seksbomba. Potem zachodzą w ciążę i widzisz matkę i córkę jak siostry. Jedna ma dwadzieścia, druga trzydzieści trzy.

Villeta to taka miejscowość daczowo-wczasowa. Nie wiedziałem. Hotele, kąpieliska na rzekach. Strażacy nie przyjmowali i wyjechałem za miasteczko.

Podjazd za Villetą jest dość stromy: droga pnie się znowu na blisko dwa tysiące metrów. Pytam o nocleg, o robicie namiotu przy jednym z niewielu domów przy szosie. Mówią, że nie można. Pytam u sąsiadów. Kobieta z radością zaprasza na niewielkie podwórko.

To bardzo skromny dom. Małżeństwo, dwójka dzieci. Mąż pracował wcześniej w jakichś chłodziarniach "jak przestaniesz pracować na chwilę to w trzy minuty stopy ci odmarzają" i teraz myje tiry przy głównej trasie z Bogoty. W okolicy jest dużo wody, z gumowego węża cały czas tryska strumień czekający na ciężarówki. Ściany są nieotynkowane, źle murowane. Dwa pokoje, kuchnia, brud, dach z kawałka blachy. Dziewczyna zaproponowała mi "pokój" ojca: nie ma go teraz, wyjechał. Ten pokój to sześć bambusowych pali otulonych folią budowlaną. W środku coś w rodzaju starego tapczanu. Na podłodze uwijało się jakieś robactwo z czułkami i fioletowym tułowiem, wybrałem hamak na zewnątrz. Zaproponowali mi kolację. Ryż z... nie wiem co to było, chyba jakieś smażone skrawki kurczaka. Nędza. Nędza? Mieli też dwa telewizory. Syn śmigał na nowym rowerze i bawił się telefonem z dotykowym wyświetlaczem. Nie zrozumiałem.

Chciałem pytać, ale nie chceli rozmawiać. Oglądali program dla dzieci. Usiadłem na zewnątrz i przyglądałem się przejeżdżającym samochodom pięć metrów od progu domu. Huk ciężarówek wyjących z bólu na podjeździe był okropny.


środa, 27 stycznia - Upał

Wzdłuż drogi spotykam kolejne automyjnie. Chłopaki wskakują na przyczepy tirów z wężem, miotłą i szorują. Tiry w Kolumbii są bardzo czyste.

Potem zjeżdża się do Guaduas. Jest zupełnie ładnie: białe domy, zielone okiennice, mężczyźni na rynku siedzą okryci kapeluszami i milczeniem. Ktoś sprzedaje tanie empanady, pięćset pesos, czyli jakieś siedemdziesiąt groszy. Są małe, ale smaczne. Sprzedawca nie odzywa się. Starszy pan. Na koniec pyta tylko dokąd jadę.

Za Guaduas niby ma być już płasko: Ruta del Sol, Trasa Słoneczna, bo za tysiąc kilometrów na północ dotarłbyś nią nad morze. Ciągnie się równolegle do Rio Magdalena, ale ostatnie pagórki wschodniego łańcucha gór nie dają za wygraną. Jest sucho. Nie ma domów, kończy mi się woda i jedzenie. Już blisko La Dorada - większe miasteczko, nad rzeką - trafia się jakiś parking dla ciężarówek. Parking na pustyni. Nie ma nikogo, żadnych samochodów, ale załapuję się na ostatni obiad na parkingowej kuchni. Ryż, fasola, platanos, kawałek wołowiny, to samo co zawsze. Byłem wyczerpany i jadłem z trudem, nie miałem siły na trawienie. Położyłem się na drewnianej ławce i odjechałem dopiero po czwartej. Trzy kilometry dalej znalazłem jakieś miejsce na namiot na ziemnym wale.

Empanady
Kapelusznik
Trasa


czwartek, 28 stycznia - Brzuch

Dojechałem do tej La Dorada. Jestem zmęczony od rana i chcę odpocząć. Jem śniadanie, w zasadzie w takiej samej formie co obiad, tylko połowe mniejsze i w skandalicznie niskiej cenie: trzy złote za miseczkę rosołu, znów kupkę ryżu i ochłap duszonego mięsa. Zwłaszcza ten rosół dobrze mi zrobił. I kiedy strażacy znów odmówili mi noclegu - jakiś dziwny region, że strażacy jacyś niegościnni, potem w San Carlos też mi odmówią - nie ubodło mi to tak bardzo. Zupa postawiła mnie na nogi i byłem gotowy, by tego dnia mimo wszystko pedałować.

Zauważyłem, że znów złamała się rama, dokładnie w tym samym miejscu co rok wcześniej na Gran Sabanie, czyli tam, gdzie ten taki pręt co to idzie od osi tylnego koła łączy się z tą tubą pod siodełkiem. Dałem do spawania, poradzili sobie w dwie minuty. Wygląda dobrze.

Nie chciałem jechać główną trasą po prawej stronie Rio Magdalena, tylko nieasfaltowaną drogą na lewym brzegu. Odradzano mi. Że podobno paramilitarni, że niebezpiecznie, że wytrzymaj pan już hałas tych tirów, ale jedź bezpiecznie. Usłuchałem.

Wczoraj bolał mnie już żołądek, ale myślałem, że to chwilowe. Najwyraźniej nie, i - jak miało się okazać - choróbsko przetrwało jeszcze parę dni. Ruta del Sol jest dość okropna. Droga co prawda płaska jak stół, ale nie ma ni jednego drzewa. Słońce wali po nisko położonej dolinie bez żadnych przeszkód, jesteśmy dość blisko równika, upał jest upiorny. Co pięć, co dziesięć kilometrów wynajduję jakiś krzak i chowam się na chwilę. Chłonę wodę litrami. Nie ma wiosek, ale są restauracje. Drogie, ale pozwalają napełnić butelki za darmo.

Do Puerto Triunfo dotarłem koło czwartej. Facet z Defensa Civil - Obrona Cywilna, taka służba od powodzi i klęsk żywiołowych - powiedział, żebym wpadł wieczorem, zapytamy strażnika, może da przenocować. Usiadłem przy warzywniaku i nakupiłem owoców. Poczęstowali mnie jeszcze mango, a jak robiłem lemoniadę - przynieśli wyciskacz do cytryn.

Mężczyzna z budki z fastfoodem na deptaku przy rzece krzyczał za mną, że co sprzedaje. Powiedziałem, że pocztówki. Wziął jedną, chyba z Gruzji, i powiedział, żebym przyszedł później to da mi za to coś do jedzenia. Faktycznie dał. Facet był kompletnie zjarany, ale przygotował mi jakieś frytki z pieczoną parówką. To był najgorszy fastfood jaki w życiu jadłem. Frytki jak frytki, ale parówka to z tych, to co koło mięsa nawet nie leżała i po grillowaniu smakuje jak gruby papier. Do tego keczup z tych najtańszych. Dostałem do tego jeszcze jakiś napój i ogólnie za pocztówkę zamiast regularnych dwóch tysięcy dostałem produkt względnie spożywczy o cenie chyba siedmiu tysięcy, ale niesmak pozostał.

Dali mi spać w tej defensie cywilnej.

Ruta del Sol
Rio Magdalena
Pot i uśmiech
Defensa
Civil

piątek, 29 stycznia - Rzeka

Budzę się zmęczony. Bolą mnie nogi i tyłek. I trochę żołądek. W ogóle czuję się raczej słabo, ostro mnie trzepnął ten upał na Ruta del Sol. A może  to nie upał, tylko fakt, że gdy pierwszy raz po pięciu miesiącach wsiadłem na rower, pedałuje po górach przez trzy dni bez ustanku? Może to te błyskawiczne zmiany klimatyczne: zimna Bogota na 2500m n.p.m., zaraz upalne i suche okolice za Guaduas, teraz wciąż upalne, ale dla odmiany wilgotne Puerto Triunfo? Zresztą, najpewniej wszystko to złożyło się na wspólny efekt.

O szóstej rano jest zupełnie cicho. Betonowe płyty szerokich ulic wypełnia pustka. Przejazd zawężają kopuły niskich drzew. Stoją tam jak banie. Pod jedną z nich starsza kobieta wachluje żar na żelaznym palenisku. Piecze arepy, kukurydziane placki. Podchodzi do niej dziewczynka, może osiem lat, zwiewna spódniczka. Jeszcze nie gotowe. Wraca za kilka chwil i kupuje rumiane arepy. Na środek ulicy wybiegł mały, szary kot. Pogonił go natychmiast mały, rudy pies. Ale nie zaszczekał. Jest cisza.

Cicho o poranku, po południu - dzień wcześniej - i w nocy.

Po szóstej trzydzieści kierowcy odpalają motocykle i samochody. Nie ma ich wiele. Puerto Triunfo leży pięć kilometrów po zielonych pagórkach od głównej trasy. To oszczędziło miasteczku zatorów ciężarówek, huku i syfu wielkich szos. Ludzie swobodnie spacerują po całej szerokości ulic. Starsze panie z wnuczkami nie drżą na myśl o przejściu na drugą stronę i ostatecznie nie robią tego w biegu. Nie, nic takiego. Siadają na krawężnikach, robią piknik na poboczu, przed domem, pod drzewem. Chodzą spokojnie. Przystają W takiej przestrzeni można żyć. W Puerto Triunfo bardzo widocznie żyją ludzie, a nie samochody.

Gdy się wjeżdża, z miejsca czuć ten spokój. Kilkanaście lat temu paramilitarni z Autodefensas Campesinas de Magdalena Medio mordowali tu ludzi. W ostatniej podróży przed śmiercią, dwieście lat temu, chyba zatrzymał się tu Boliwar. Marquez musiał to opisać doskonale w Generał w labiryncie, już nie pamiętam. Ale to świetna książka. No i ten rejs: przepłynąć Rio Magdalena żeby umrzeć w Santa Marta - godne wyzwoliciela połowy kontynentu.

Tak... Miasteczko daleko od szosy. Podoba mi się, możnaby się tu zestarzeć. Na rynku jest kawiarnia "La Oficina", Biuro, podają kawę w ładnych filiżankach. Siedzę przy stoliku na zewnątrz i trudno mi ruszyć dalej.

Ale ruszam i znowu jest upał, dużo niewielkich, natrętnych podjazdów. Wydarzeniem dnia jest kąpiel w strumieniu Las Mercedes. Doskonałe. Zimna woda, ciemna zieleń drzew - postawiło mnie to na nogi.

Wieczorem trafiam na jakieś boisko przed wsią i rozbijam się na noc. Dookoła cztery domy. Spytałem, czy im nie przeszkadza. Powiedzieli, że nie. Nie powiedzieli nic więcej.

Poranek
Wjazd do byłej hacjendy Pablo Escobara. Wszyscy narzekają na przemyt narkotyków, ale każdy chętnie zrobi sobie zdjęcie z resztkami posiadłości twórcy całego tego interesu.
W środku urządzono obecnie park tematyczny - Dziki Raj! W tym dzikim raju można nawet - uwaga, uwaga - rozbić namiot! I będzie to prawdziwa dzika przygoda, jak widać po napisie i dzikich uczestnikach dzikich wrażeń przedstawionych na plakacie. Prawdziwa przygoda!
Ja natomiast - jako nieprawdziwy turysta - wybiram nieprawdziwe przygody w przydrożnych rzekach.
oraz gry i zabawy z nowym obiektywem.



sobota, 30 stycznia - Stary

W końcu podeszła do mnie starsza kobieta z jednego z domów. Przyniosła kawałek słodkiego chleba i mleko z niewielką domieszką kawy. Podziękowałem. Od razu odeszła.

Dalej podjazdy, zieloność, jeszcze upał. Po drodze kupuję pęk bananów, tych drobnych, słodziutkich.

W końcu udaje mi się zjechać z głównej trasy. Wypatrzyłem na mapie wycieczkę przez San Luis, San Carlos i Guatape, lawirując między zbiornikami elektrowni wodnej. Droga AN60 pnie się do San Luis przez wilgotny las. Obfite w wodę strumienie przebijają się wodospadami przez kakaowe gaje. W dole bulgocze Rio Dormilon, Rzeka Śpioch. Cichnie, zostaje coraz niżej w wąskiej dolinie.

Wciąż czuje się słabo, to na pewno coś z żołądkiem. Podjazd ostry więc przystaję co chwilę. Znajduję betonowy murek przy drodze i jednocześnie w cieniu: kłade się na krótką drzemkę bez większego namysłu.

Obudził mnie Stary. Drogę uczęszczają właściwie tylko motory pędzące na luzie w dół i szarżujące z bólem pod górę. Czasem jakaś terenówka świecący srebrny metalic z rejestracją z Medellinu albo taksówka. Ale ogólnie mało kto. No i on, Stary, z wiklinowy kosz z pasem przełożonym na czoło, szerokie rondo kapelusza, sprane spodnie, żółte kalosze. Bez koszulki, tors opięty na krzyż szelkami ładunku. Na oko pięćdziesiąt lat, może więcej. A może mniej, bo taki wysiłek musi postarzać. Nosi maniok z dna doliny. Nie wiem, do głównej drogi pewnie, tam ktoś zabiera go dalej. Przystanął i zapytał, czy odpoczywam. W głosie poznałem troską: sprawdzał, czy nic mi się nie stało. Popatrzył na rower i dodał, że jadę obładowany jak na taki podjazd, chociaż miał na plecach pewnie więcej ładunku, niż wszystkie moje bety. Uśmiechał się cały czas na spoconym, śniadym i obłym obliczu. Na koniec popatrzył przenikliwie prosto w oczy, szczerze, i ruszył powoli w dół. Podpierał się cienkim kijem. Obserwowałem jakkosz kołysał się miarowo na asfaltowej drodze wśród bujnej zieleni wilgotnego lasu, aż zniknął za pierwszym zakrętem.

W Bogocie robią treningi samorealizacji. Piszą programy komputerowe. Tworzą produktywną atmosferę przedsiębiorstwa za pomocą przyjaznego dizajnu i jeżdżą samochodami o dużej pojemności. A ten tu z tym koszem. Świat jest złożony.

Spotkaliśmy się, bo obaj poruszaliśmy się powoli. Spotykamy się, gdy poruszamy się powoli. Ja wiem, że to jakies takie banalne, oczywiste i przegadane, ale Stary jakoś uosamia ten znany fakt, że żyjąc w pędzie najłatwiej pozwolimy, by zabrakło czasu właśnie na spotkanie Drugiego: starego, młodego, brzuchatego, chudego, jaki by tam nie był. Zamazuje się w szybie samochodu i w ogóle przestajemy go dostrzegać. W telewizji mówią nam potem, że on, Drugi, jest niebezpieczny, więc kupujemy ogrodzenie, alarm, kamerę, opłacamy firmę ochroniarską i apartament na strzeżonym osiedlu.

W Kolumbii to w ogóle jest już jakieś szaleństwo: w dziennikach telewizyjnych właściwie nie mówi się o niczym innym - O NICZYM INNYM - niż morderstwa, kradzieże, porwania i gwałty. Nie to, żeby ich nie było. Wszędzie są, i w Polsce i w Szwajcarii (mi na ten przykład ukradli rower nigdzie indziej, a właśnie w Szwajcarii), i w Kolumbii, ale jak idziesz ulicą, nie widzisz nic takiego. Widzisz ludzi współżyjących w pokoju. Włączając telewizor ma się raczej wrażenie, że podają tam raport z innej planety. Najgorsze, jak ludzie zaczynają mieszać planetę telewizyjną z planetą rzeczywistą.

San Luis jest piękne. Kursują kolorowe autobusy na bazie ciężarówek. Ozdobiono je wzorkami typu Zakopane czy Zalipie, do środka wchodzi mieszanka pasażerów i towaru. Piękne. A najpiękniejsza jest pani z bistra na rynku. Uśmiecha się tak pięknie i jest tak miła, że mógłbym tam już zostać. Właściwie to nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłem. Powinienembył opłacić dwa noce z góry w jakimś tanim hoteliku i upajać się spokojem miasteczka daleko od szosy. Ale pojechałem dalej. Bardzo chciałem dotrzeć szybko do Medellin. Jedne z tych nieracjonalnych pragnień. Medellin jest w jakiś sposób symboliczne: jadąc do Medellin z Bogoty wracam się jeszcze nieco na północ, ale później będe już - wreszcie - sunął  w kierunku południowym. To będzie taki nowy początek podróży. Spędziłem ponad rok w Wenezueli i teraz chcę nieco przyspieszyć. Z Medellin pojadę już nieco spokojniej i w nastepnym San Luis na pewno się zatrzymam.

Za miasteczkiem kończy się asfalt. Domy zanikają powoli wzdłuż drogi, ale trafiam jeszcze na wiejską szkołę. Maleńska stołówka na zewnątrz prezentuje się jako doskonałe miejsce do spania. Jest woda, cisza i widok na San Luis zanurzone w chmurze. Idealne miejsce.

Acha. Tego dnia natrafiłem na bujną kolekcję znaków drogowych. 

Podjazd względnie znośny
Jadąc w trasę, weź banany!
Dużo bananów!
Tam, gdzie spotkałem Starego.
Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
Że pancernik
Że szczury-ludożercy na dwóch  łapach
I salamandra plamista importowana z Gorczańskiego PN
No i że zakręt w prawo
a jak się dobrze przyjrzeć, to też osy ludobójcy.


niedziela, 31 stycznia - Kamienie

O ranku nic wam nie napiszę. Opowiem. Wideo nagrałem.


Potem są kamienie i podjazd. Sympatyczny pan doradzający drogę, decyzja, by po zjeździe jechać w prawo, na San Carlos, bo tam asfalt. W Kolumbii zazwyczaj jeśli droga jest asfaltowa, to to jakaś krajówka zawalona tirami. Skręcić w prowincje oznacza co najmniej fragmenty bez asfaltu, często kamieniste. Złoty środek - asfalt, choćby kiepski, ale mały ruch na drodze - zdarza się rzadko. Tu będziemy mieli taki oto klejnot.

San Carlos pełne ludzi. Jest niedziela, turystyczne miasteczko rzek i ... i tyle właściwie. Ciepło, kąpieliska, dzieciaki, obiad za siedem tysięcy i jedziemy dalej, bo nic tu po mnie. Dalej asfalt idzie wzdłuż rzeki, ale oczywiście jak zawsze na kontynencie amerykańskim wszystko ogrodzone. Stacja pomiaru wody też, ale publiczna spółka wykupiła pięć metrów w lewo i pięć w prawo od stacji, i nawet jest się gdzie schować z namiotem tak, żeby z drogi nie widzieli.

Widoczki.
Zakręty.
Tabliczki [Życie - nasze główne prawo. Szanujmy je.]

Poraneczek.
W ostatnich czasach to w szkoła same osły. W Kolumbii to samo. Wręcz muły.
Dróżki.


poniedziałek, 1 lutego - San Rafael

Rano rzeczna kąpiel i w drogę. Asfalt opada, samochodów jak na lekarstwo, bardzo przyjemne okoliczności przyrody. Czasem pagórek, ale ogólnie rowerowo - lenistwo. Cieszę się, że zjechałem z tej głównej trasy. Nie ma ani jednej ciężarówki, która spychałaby mnie z drogi. Jest cisza.

Koło południa dojeżdżam do San Rafael, Antioquia. Mężczyźni w kapeluszach. Często pod wąsem. Plac ukryty w cieniu drzew. Trzech drzew, ale rozłożystych. Uczennice w spódniczkach w kratę i bialych bluzeczkach. Trzykołowe mototaksówki jak w Gwatemali. Posąg jakiegoś generała na placu. Ciężarówka z wyblakłym logo Coca-Coli ledwo mieści się na zakręcie. Bar na rynku, kawa za pięćset pesos, siedemdziesiąt groszy. Muzyka z lat siedemdziesiątych - czy ja wiem, może i dawniejsza - że miłość, że cierpienie, taka irena Santor po hiszpańsku. Tylko facet, no i gorzej. Podoba mi się.

Potem jest podjazd do Guatape. Obrzydliwe. Serpentyny bez litości. Nie ma odpoczynku. Nie dojeżdżam, śpię dziesięć kilometrów przed miasteczkiem przy domu pana produkującego pulpę owocową. Opowiem o nim przy innej okazji. Wydaje mi się, że warto o nim osobno.

Pomiar wód.
Odpoczynek pod bambusem.
Odpoczynek na moście.

Przechodziłeś już odrę? Odrę? Odrę przepływałem łódką!
San Rafael.


wtorek, 2 lutego - Casa del Ciclista

Tego dnia zrobiłem dużo kilometrów i podjazdów. Powiedziałem sobie: jak dojadę do czternastej do Marinillas - czyli spowrotem na główną trasę - to już cisnę do końca, do Casa del Ciclista, domu prowadzonego przez rowerzystę dla rowerzystów w San Antonio de Prado za Medellin.

Guatape jest okropne. Coś jak Mikołajki we wrześniu: miasteczko, które umarło dla turystyki, więc poza sezonem rzeczywiście jest martwe. Zostają tylko puste budy sprzedawców, sztuczne niby-to-historycznie-malowane ściany budynków i właściciele pustych lokali pijący drogie piwo w kiczowatych barach. Stoi tam wielka skała - atrakcja regionu - niewielkie jeziorka współtworzące zalew elektrowni wodnej, a do tego tuziny hoteli, restauracji, afiszów, tablic reklamowych, fastfoodów, sprzedam, wynajmę, przyjdź, kup, zjedz. Obrzydliwe. Ludzie jeżdżą tam watahami.

Rzeczywiście dojechałem do Marinillas piętnaście minut przed czternastą. Do Medellin - do wjazdu do Medellin! - jest stamtąd jakieś 40km, w większości płaskie, jeden dłuższy podjazd na pięć kilometrów, potem tunel i zjazd do stolicy departamentu i kokainy. Wpadam do miasta o szesnastej, przebijam się na południowy kraniec przez kolejne dwie godziny. Pod górę. Po drodze sprzedaje dwie pocztówki facetom, którzy zaczepiają mnie na chodniku - że gdzie jedzie, a skąd, a dokąd, a na jakiej stronie internetowej pisze? - a! zrobimy biznes, ja wam sprzedam pocztówki, a na odwrocie macie adres strony!

O osiemnastej jestem w Itagui na południu Medellin. Pytam którędy do San Antanio. "Tędy, pod górę. Ale panie, pan musisz jeszcze dużo pedałować, bo to na końcu świata jest". A ja jak ten koń po westernie. Tam był straszny ruch. Spodziewałem się jakiejś spokojnej wiejskiej drogi do górskiego miasteczka, a to była wąska, uczęszczana szosa do podmiejskiej sypialni. Zaczęło się ściemniać. I rzeczywiście było pod górkę, jak cholera. Zajęło mi to godzinę, chyba nawet więcej. Zastałem Martę zamykającą sklep w centrum miasteczka. Do Casa de Ciclista zostały jeszcze cztery kilometry, ale w większości zjazd. Dotarliśmy dobrze po ósmej. Marta zostawiła mnie z francuskim rowerzystą i poszła spać.

Parafrazując Kaczyńskiego: "Alein jest z Francji, ale to fajny facet" ["Premier Marcinkiewicz jest fizykiem, ale to rozsądny człowiek"]. Też się nie spieszy. Siedzimy, gadamy, gotujemy. Wczoraj upłynął mi tak cały dzień. Dzisiaj też raczej się obijam. Przeszło mi to z żołądkiem i ogólne zmęczenie. Jutro zabiorę się za tak zwane ogarnianie: czas zmienić opony, łańcuch. Chce kupić sobie wreszcie torbę na kierwonicę. Trzeba naprawić palnik. Posiedzę tu jeszcze kilka dni, może przeniosę się na chwilę do samego Medellin, a potem ruszę dalej. Teraz już na południe.

Rzeczki.
Głazki.
Widoczki.
Kwiatki.
Budowa klamrowa.


Komentarze

  1. 1. Rio Magdalena, czyż jest piękniejsze imię dla rzeki?

    2.wojtek, totalnie zalapales akcent/zaśpiew hiszp/latino po polsku tak mi się wydaje na tym wideo :) co właściwie nie jest dziwne po takim czasie. Totalnie nie mogę się doczekać co będziesz robić gdzie będziesz po tej podróży.

    3. Jedz bezpiecznie, bądź zdrów i cały.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Koleżanka Katarzyna jest uszczęśliwiona.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty