Po raz kolejny w Caracas

Rowerowa mapa podróży (do znalezienia tutaj) nie zdradza całej trajektorii, po której porusza się fizyk. Zwłaszcza jeśli chodzi o pogranicze kolumbijsko-wenezuelskie owa trajektoria jest znacznie bardziej skomplikowana:





Podczas czteromiesięcznego pobytu w Meridzie nastąpiło pierwsze wzbogacenie mapki: wyjechałem wówczas autobusem na granicę w Cucucie, gdzie nie pozwolono mi wrócić do Wenezueli, i gdzie zostawiłem rower z wszystkimi rzeczami. Wówczas, tak jak to już zostało opowiedziane, koniec końców udało mi się przejechać autostopem na granicę w północnej części kraju i tamtędy wjechałemem ponownie i wróciłem do Meridy. Niebieskie kreski trasy lotniczej wyznaczyło odwiedzanie N. i odwiedzanie plaży.

Kiedy wyjechałem po dziewięciu miesiącach z Wenezueli, i kiedy to na granicy chciano mnie jeszcze na deser deportować do Polski, wydawało się, że choćbym bardzo chciał, to ponowny wjazd do kraju, który tak przypadł mi do gustu, łatwy nie będzie.

Jak to się jednak mówi: w Wenezueli nic nie jest pewne i wszystko jest możiwe. Nie sądzę, by ktoś sobie przypominał, ale w grudniu w Tacarigua poznałem przypadkowo człowieka imieniem Aldo. Kiedy w lipcu dzwoniłem do niego by zapytać o tę plażę w Chirimenie i gdzie się tam warto zatrzymać, okazało się, że chłop jest właśnie w Meridzie, czyli tam gdzie ja. Porozmawialiśmy i ta rozmowa zaważyła o tym, że z Bogoty nie ruszyłem dalej rowerem w stronę Medellin. Póki jestem w Wenezueli nie będe publikował szczegółów, ale chodzi o to, że w Bucaramanga dostałem wizę biznesową, która umożliwia mi wjazd na sześć miesięcy.

Nie było pewne, czy ją dostanę, więc żeby nie pedałować na daremno zostawiłem bicykl w zaufanym miejscu w Bogocie i stopem ruszyłem do stolicy departamentu Santander. Wszystko w doskonałym momencie: właśnie zamknięto granicę wenezuelsko-kolumbijską w Cucucie, tzn. zamknęła ją Wenezuela i zaczęła deportować ze swego terytorium Kolumbijczyków. Masowo. Konsula początkowo nie zastałem, ale po tygodniu w moim paszporcie pojawiła się prostokątna nalepka. Dalej ruszyłem w stronę Satna Marta, podwieziony przez ciężarówkę i ambulans, dalej już prosto przez pustynię La Guajira na granicę no i udało się, wpuścili. Nawet nie zarekwirowali mi plecaka wyładowanego dobrami niedostępnymi w kraju, które kupiłem w Kolumbii w formie prezentu dla kogo trzeba: mydło, kawa, mleko w proszku, szampon i tak dalej. W Maracaibo okazało się, że w Wenezueli nie ma już nawet mięsa, żeby nadziewać empanady, ale o dziwo udało mi się zdobyć bilet do Caracas i jestem znów w karaibskiej stolicy, i stąd macham Wam łapką. Nie jest tak łatwo wyjechać z Wenezueli.

Caracas




Komentarze

  1. Po lekturze, w tym ponownej, paru ostatnich wpisów: czyżby: fizyk-podróżnik Wojtek, Polak, i już Wenezuelczyk? ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty