Boliwia na zimno: Uyuni i śmierć

Na altiplano jest przede wszystkim cicho: skoro nie ma nic, nikogo, nie ma źródeł dźwięków. Ruch na drodze – niewielki. Spotkałem podróżującą samochodem grupę znajomych ze Słupska. Podarowali mi puszkę smalcu, jaki byłem szczęśliwy! Cisza, więc nic nie przeszkadza w słuchaniu książek podczas jazdy. Honore de Balzac uczy mnie życia w swej Komedii ludzkiej, w Kobiecie trzydziestoletniej. Natomiast Salar de Uyuni – solnisko szerokości blisko dwustu kilometrów – uczy mnie śmierci.



Wjechałem od północy i zgubiłem się. Na środku solnego jeziora są dwie wyspy: jedna nieco bliżej, druga nieco dalej na zachód. Jednak ta druga jest znacznie większa i mimo różnicy odległości, widać ją lepiej od północy. W ogóle ją widać, pierwsza jeszcze długo nie ujawni się moim oczom. Celowałem więc na drugą, na tę widoczną, mając ją za pierwszą, i dziwiłem się, że żadne ślady nie szły w tamtym kierunku. Wokół jeziora istnieje kilka osad: umowne drogi między nimi biegną na wskroś solniska. Na tych drogach jest równo jak na asfalcie. Poza nimi nawierzchnia jest nieco trudniejsza: solna pokrywa podzielona jest na wielokąty. Na ich krawędziach gromadzą się grudki słonych kryształków: w ten sposób pedałowanie poza szlakiem jest nieco uciążliwe. Jechałem powoli, wolniej, łapiąc się raz na jakiś czas dróg idących w mniej więcej sprzyjającym kierunku, aż do momentu, gdy szlak szedł widocznie gdzie indziej, niż chciałem. Grudki na krawędziach wielokątów i niepewność męczyły. Poddałem się z nadejściem zmroku. Próbowałem rozłożyć namiot, ale wiatr był zbyt silny (aha, nie dodałem, że jechałem pod wiatr): zwiewał namiot nawet, gdy włożyłem do niego ciężkie sakwy. O wbijaniu śledzi nie było mowy, sól jest zbyt twarda. Zwinąłem namiot z powrotem, z powrotem założyłem sakwy na rower. Położyłem pojazd na boku, przykryłem ponczem dla zatrzymania wiatru i ułożyłem się za tym schronieniem w śpiworze. Oby nie padało.

Uyuni i śmierć

Grudki

Więcej grudek

Obóz

Grudki o poranku
Nie padało. Następnego dnia porzuciłem wyspę jako kierunek i chwyciłem się pierwszej drogi, która na oko mogła prowadzić do Colchani, czyli do miejsca, gdzie zbiega się większość solniskowych szlaków, 20 km od miasteczka Uyuni. Jazda po płaskim, bez grudek, a do tego z wiatrem, była szybka, łatwa i przyjemna. Po godzinie pedałowania zdałem sobie sprawę z mojego błędu: zobaczyłem wreszcie mniejszą wyspę, czyli tę, do której chciałem jechać, a której z północnego krańca jeziora nie mogłem dojrzeć. Skręciłem w solną autostradę w jej kierunku.

Wyspa leży mniej więcej na środku jeziora. I zwłaszcza, kiedy się jest jeszcze daleko od niej, są takie chwile na salarze Uyuni, że nie widać nic, nic tylko biel i błękit. Biel soli, błękit górskiego nieba i rower, jak mucha – maleńka i słaba – zawieszona między tymi dwoma ideałami. Wiadomo, że wszyscy umrzemy. Wszyscy dobrze o tym wiemy, ja też. Na salarze można to sobie wyobrazić, na środku salaru, bo tam rzeczywiście nie ma nic, nic tak kompletnie. Można sobie wyobrazić, że życie się skończy, że nasze ciało rozpłynie się, roztopi, rozłoży i to co zostanie, to taki salar, takie nic, pustka i przestrzeń, nawet bez wiatru. To wyobrażenie, to zobrazowanie śmierci jakie dał mi salar było tak silne, tak przekonywujące, że poczułem ukłucie w piersi które nie opuściło mnie przez kilka kolejnych dni. Było to tak, jakby ktoś mi powiedział: umrzesz tego i tego dnia, i jakby ten dzień był stosunkowo blisko. Tak było. Od tamtego czasu myślę o śmierci niemal codziennie. Ale zamiast lęku i bólu, który towarzyszył mi w pierwszych chwilach i dniach na salarze Uyuni, są to myśli konstruktywne. „Zaczynaj z wizją końca” - radzi Stephen Covey. Wizję już miałem, tę wizję śmiertelnej nicości z salaru. Teraz rzeczywiście mogę zaczynać z wizją końca: ta wizja została mi gdzieś z tyłu głowy. Ba, mam ją nawet na zdjęciach, chociaż zdjęcia nie oddają tak doskonale tej nicości, tego poczucia nicości gdy jesteśmy na środku salaru i wiemy, że w zasięgu kilkudziesięciu kilometrów – a może tysięcy kilometrów, co za różnica, i tak nic nie widać – nie ma nic. A więc to prawda, życie się skończy, życie jest ograniczone, czy warto je przeznaczać na kłótnie, na pieniądze, na narzekanie, na robienie czegoś, czego nie lubię lub nie cenię, na, i tak dalej. Zaczynać z wizją końca, zacząć od wycieczki na Salar de Uyuni.

Nic i rower

Solna autostrada

Wieczorem

No i nie mogło zabraknąć pociągów z Uyuni

Które albo już umarły

albo jadą w stronę śmierci.

Komentarze

  1. Niesamowity film, muzyka urzeka.
    Maciek

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny wpis. Sam chciałbym kiedyś być pośrodku niczego, żeby poczuć to, co Ty... Chociaż nie wiem, czy nie czułbym czegoś innego - w końcu ludzie są różni, to i uczucia mogą być odmienne.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty