Na południe IV: Neuquén

Wypocząłem. Zabrakło mi jedzenia. Zjadłem soczewicę z czosnkiem i przesiedziałem dwie godziny przed jedynym sklepem w okolicy. Zjawił się sprzedawca. Nie sprzedawał wiele: paczki ciastek, puszki, ser. Już czuję, że jestem w drodze. Czuję, że to dobrze.

Zobacz też ---> Na południe III: Rio Negro

Gdy wyjeżdżałem, zapowiadało się na deszcz. Wiał intensywny wiatr z południa. Nie byłem przy siłach: na śniadanie zjadłem niewiele, poza tym miałem wrażenie rozstroju żołądka. Przystanąłem niecałe dziesięć kilometrów za miasteczkiem. Otworzyłem termos z gorącą wodą, zaparzyłem mate. Mijało blisko dziewięć miesięcy od chwili, kiedy wiadomość o całkowitym zamknięciu dróg w Argentynie unieruchomiła mnie w Junin de los Andes. Wciskałem w siebie chleb, popijałem gorzki napar i patrzyłem na wijącą się w dole rzekę Chimehuin. Powoli, stopniowo, ale jednak z każdą chwilą czułem się spokojniejszy. W mgnieniu oka przyzwyczaiłem się do bycia w drodze: już, od razu, po kwadransie pedałowania. Miałem wrażenie, jakby podróż nigdy nie została przerwana. Pobyt w Junin de los Andes jawił się jako długa, ciemna noc, o której wolałbym jak najszybciej zapomnieć. O której może już zapomniałem. 

Gdy się przejaśniło


Ale to nie była noc. Dziewięć miesięcy życia, strachu, napięcia, niepewności, które istniały, miały na mnie wpływ, zostawiły piętno, i o których będę musiał jeszcze pomyśleć. Na razie nie chcę tego robić.

Deszcz spadł w San Martin de los Andes, czterdzieści kilometrów dalej. Oparłem rower o klomb na środku głównego placu miasta. Przemoczone ulice były puste. Zjadłem obiad w niewielkiej restauracji i ruszyłem dalej. Na wyjeździe nie skontrolowała mnie policja. 

Nie przestało padać przez dwie doby. Legendarną trasę siedmiu jezior oglądałem przez mgłę. Żandarmi, którzy kontrolują ruch w okolicach Meliquiny, siedzieli zamknięci w samochodzie. Nie wychodzili na deszcz. Gdy czułem się wystarczająco zmęczony i przemoczony, rozbiłem namiot. W trawie zaroiło się od białych kulek gradu. Poszedłem spać. 

Podróż. Wróciła podróż. 

Drugi dzień nie różnił się za wiele od pierwszego: padało dalej. Na całej trasie nie ma domów, daszków, miasteczek, szkół, przystanków autobusowych: żadnych miejsc, w których można by było szukać schronienia. Od czasu do czasu pojawiają się wjazdy na prywatne posesje, prywatne dzielnice, letnie pałace. Taka Patagonia z plastiku: z ładnymi widoczkami, ale bez życia, bez zapachu wsi, bez pogwizdywania mieszkających przy drodze, bez ludzi z krwi i kości.

Park Narodowy Los Arrayanes w Villa La Angostura

Jezioro Nahuel Huapi

W drodze do Bariloche


Na wjeździe do Villa La Angostura stało trzech pracowników gminy. Mieli mnie zatrzymać, spytać o rezerwację hotelu i rejestrację w gminnej aplikacji antywirusowej. Popatrzyli na moją przemoczoną sylwetką z niejakim współczuciem i ustąpili drogi. Było zimno.

Villa La Angostura jest może najbardziej plastikową z plastikowych miejscowości zachodnich krańców prowincji Neuquen. Chyba nikt z Villa La Angostura pochodzi z Villa La Angostura. Letnie domu używane są raz w roku, przez tydzień. Niektóre nieco częściej. 

Fernando, jak wielu mniej zamożnych mieszkańców Villi, zajmuje się strzyżeniem trawników i mocowaniem krat w oknach tych bardziej zamożniejszych. Pochodzi z Santa Fe. I gada. Gadał przez trzy dni, gdy padało dalej. Po trzech dniach zaświeciło słońce i wyjechałem w kierunku Bariloche. Wreszcie zobaczyłem jeziora. 

Jezioro


Z Sil nagraliśmy piękny wywiad. Dziewczyna mieszka w ciasnej kawalerce z trójką dzieci. Oj, puchnie głowa. Sil opowiedziała bardzo szczerze o tym, jak jej podróże, migracje i plany wiązały się i wiążą z konfliktami rodzinnymi i rasizmem, który odczuwa z strony swoich bielszych współobywateli.

Natomiast za Bariloche spałem wreszcie nad jeziorem, a potem odwiedziłem Alexa, kuzyna Pancho, tego samego Pancho, którego poznałem zaraz przed pandemią w Zapali, i z którym nagraliśmy chyba jeden z najlepszych wywiadów. Alex jest czystym potomkiem niemieckich imigrantów. Jego dziadek uciekał z III Rzeszy zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. O Mapuczach, którzy walczą o odzyskanie ziemi nad jeziorem Mascardi, Alex wyraża się z politowaniem. Może pogardą. Kręci głową. Mówi, że to są tacy "niby" Mapucze, nie "prawdziwi". On natomiast jest "prawdziwym" Argentyńczykiem, należałoby rozumieć. Na środku swojej posesji umieścił sporej wielkości niebiesko-biało-niebieską flagę. Wiara w (opresyjne) państwo to jedyna nadzieja tych, którzy sami, bez wsparcia wspólnoty, bez korzeni i związku z regionem, zajmują tereny południa kraju.

--> Ten tekst został opublikowany dzięki wsparciu projektu Fizyk w Argentynie na portalu Patronite. Jeśli chcesz, by na stronie pojawiało się więcej tego typu tekstów, wspieraj ich autora! (klik)

Było bardzo interesując patrzeć, jak na swojej ekologicznej faremce, w swoim raju na ziemi, gdzie to niby spokój kiełkuje z wilgotnego gruntu jak wonna mięta, Alex krzyczy na własną córkę, unosi ramiona w górę z braku lepszych argumentów, i powtarza, że owszem, że on ma prawo, że się naharował trzydzieści lat, że to jego ziemia, że Mapucze nie mają tu nic do rzeczy.

Kemping u Niemca

Kemping u Mapuczów

No, powiedzmy

Sil

Córka Sil

Pancho

Droga


Czasem trudno ukryć wewnętrzny niepokój. Sytuacja jest trudna, bo nikt się przecież nie prosił o życie w samym ognisku konfliktu. Dziesięć kilometrów od domu Alexa Mapucze stawiają barykady wzdłuż jeziora i od czasu do czasu blokują drogę krajową numer 40. Wieczorem przeleciały dwa helikoptery żandarmerii. Kilka dni wcześniej miejsce odwiedziły tankietki i oddział policji. Na poboczu znalazłem popiół, gwoździe i resztki spalonych opon. Zamaskowani mężczyźni montowali drut wokoło spalonego hotelu. Rozmowa była krótka.

Zobacz też ---> Patagonia przygnębia

U Niemca czułem się dziwnie, u Sil — przetłoczony, a Fernando gadał bez przerwy. Gdy tylko wypatrzyłem miejsce nad jeziorem Guillelmo, zjechałem z trasy by zainstalować się z namiotem. Kolory wręcz perwersyjne. Pornografia pejzażu. Ciemny granat środka wód obiecywał nieskończoną głębię,  kontrastując z lazurowym błękitem nabrzeża. Poczułem mieszankę euforii z melancholią: mocne słońce, mocne barwy, szum wody i kamienie plaży, o które miarowo obijały się fale. Brakowało jedynie smaku soli i ryb w kropelkach wody opadających na rozgrzaną skórę, by wyobraźnią wrócić, bo ja wiem, do Wenezueli, do Ekwadoru. Zawsze tam. Tam chyba musiałem być najszczęśliwszy. 


Y esa dulce mentira de mudar los paisajes

Que son siempre los mismos


Piaszczyste, czerwonawe wzgórza na południowym-wschodzie przypominały te z Catamarki, może Salty. Zapach słodkiej wody — Mazury. Ciepło słońca — miłe chwile, nie wiem dokładnie gdzie. Na pewno w przeszłości. Przyszedł taki moment, że już nie wiedziałem, gdzie się znajduję. W nocy śniła mi się Kolumbia: byłem w Medellin, szedłem do sklepu. Sklep we śnie przypominał raczej te z Boliwii. Kupiłem papaję: wielką i pomarańczową. Okrągłe, czarne pestki spadały na ziemię.

Karaiby?

Catamarca?

Mazury skrzyżowane z Tatrami?

Mój rower? No tak, to jest akurat mój rower.


Mam skłonność do wspomnień. Może w ogóle człowiek ją ma: wychwytuje elementy nowej, nieznanej rzeczywistości i próbuje je klasyfikować, porównując do tych, które zna dość dobrze. Widzę coś nowego… A może jednak to to samo, co widziałem kiedyś, tylko w nowej formie? Byłaby to ekspresja tego, co Leon Pomer określił jako najstarsze pragnienia ludzkości: pragnienie stabilności.

Wypocząłem nad jeziorem Guillelmo. Następnego dnia zabrakło mi jedzenia. Zjadłem soczewicę z czosnkiem i przesiedziałem dwie godziny przed jedynym sklepem w okolicy. Zjawił się sprzedawca. Nie sprzedawał wiele: paczki ciastek, puszki, ser. Już czuję, że jestem w drodze. Czuję, że to dobrze. Znowu zaczynam odbierać świat: smakować go, oddychać nim, dotykać jak dawniej. Za dużo domu, za dużo pandemii, za dużo niepewności płynącej ze sterylnie spreparowanych serwisów informacyjnych, które coś tam mówią, ale nie pozwalają poczuć świata takim, jaki jest. Nie pozwalają odczuć niczego więcej, niż strach. 

Tak myślę: o świecie nie można się poinformować. Trzeba go dotknąć. 

Także nie bój się, Wojtku. Napisz książkę o tożsamości Argentyńczyków. Może po drodze znajdziesz własną. Może nie, to zresztą drugorzędne. Jak powiedział mi Lecko Zamora: ludzie mają ważniejsze problemy, niż dumać o tożsamości. Móc coś zjeść. Mieć dach nad głową. 

--> Ten tekst został opublikowany dzięki wsparciu projektu Fizyk w Argentynie na portalu Patronite. Jeśli chcesz, by na stronie pojawiało się więcej tego typu tekstów, wspieraj ich autora! (klik)


Kiełbaski nad rzeką Foyel

Nowa prowincja!

Widoczki z rowerzystą



Komentarze

  1. Sama już nie wiem czy lubisz być jeszcze w podróży czy nie...
    Zdjęcia są przepiękne, nigdy się żadne z nich nie powtórzy...jak żadna chwila życia.
    Do Siego Roku!
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie Mira

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty