poniedziałek, 13 marca 2017

Boliwia na zimno: toast wigilijny

Lekarka z dyżuru siedziała na krześle obok. Co chwilę wstawała, wychodziła na moment z poczekalni, krążyła po korytarzu nerwowym krokiem i wracała: na krzesło, albo na sofę przy wejściu. Wspierała głowę na rękach i patrzyła, nie widząc.

Dwudziesty czwarty grudnia, Wigilia. Dojechałem do Salinas de Garci Mendoza jeszcze przed południem. Małe miasteczko przykurzonych uliczek. Na rynku: drzewa, dwie przecinające się aleje placyku i stragany ustawione dookoła: słodycze, warzywa, zabawki. Bistra jeszcze zamknięte, czekałem. Zagaił starczy mężczyzna w kapeluszu, przyjechał na ślub, na wesele, nie był stąd, krzątał się i też nie wiedział co ze sobą zrobić.

Pomyślałem, że hotel to nie najgorszy pomysł. W końcu Wigilia, warto spędzić ją w cywilizowanych warunkach. Najpierw poszedłem do tego na placu, nie było miejsca dla Ciebie, ale wszystko zajęte, bo goście weselni, w Betlejem w żadnej gospodzie. Dowiedziałem się, że są jeszcze dwa, więc urodziłeś się Jezu, ale jeden był nieczynny a drugi zamknięty, wychodzi na jedno, w stajni w ubóstwie i głodzie. Minęło popołudnie – dzieci: skąd jesteś?, Kolonia?, Polonia, potem przychodzą następne: skąd jesteś?, Kolonia?, dzieci które przyszły pierwsze: idiota, żadna Kolonia, tylko Polonia! - minęło popołudnie, a wieczorem poszukałem miejsca na namiot, na nocleg. Szpital był otwarty, wszedłem. Pielęgniarka zgodziła się bez zastanowienia. Usiadłem i zacząłem czytać plakaty o zaletach karmieniu piersią i szkodliwości preparatów odżywczych dla dzieci. Potem przyszła lekarka i ta nie była już wcale pewna.

Droga na Salinas

Trochę dalej

Lamopodobne vicunie na horyzoncie

Boliwia na zimno: Uyuni i śmierć

Na altiplano jest przede wszystkim cicho: skoro nie ma nic, nikogo, nie ma źródeł dźwięków. Ruch na drodze – niewielki. Spotkałem podróżującą samochodem grupę znajomych ze Słupska. Podarowali mi puszkę smalcu, jaki byłem szczęśliwy! Cisza, więc nic nie przeszkadza w słuchaniu książek podczas jazdy. Honore de Balzac uczy mnie życia w swej Komedii ludzkiej, w Kobiecie trzydziestoletniej. Natomiast Salar de Uyuni – solnisko szerokości blisko dwustu kilometrów – uczy mnie śmierci.


Boliwia na zimno: kopalnie Potosí

W Potosi było kiedyś bardzo ważne. Dalej jest, ale już nie tak. Wciąż jeszcze dłubią kilofami w Cerro Rico. Od pięciuset lat dłubią w tej samej, niewielkiej górze, i jeszcze stoi, jeszcze nie wykopali wszystkiego. Ale ceny srebra spadły, samego srebra zresztą zostało niewiele, i Potosi to już nie to samo co kiedyś. To już nie to centrum ekonomiczne kolonii z ulicami wykładanymi płytami srebra z Cerro Rico (podobno), z drogimi burdelami, nowobogackimi mieszkańcami sprowadzającymi zza oceanu perskie dywany, francuską porcelanę i czeskie kryształy, by to wszystko ustawić w mieście pośrodku boliwijskiej pustki. Ale kopalnie działają, wciąż normy bezpieczeństwa nie zawsze są najwyższe, wciąż bywa, że pracują tam dzieci, wciąż umierają ludzie, choć już nie tysiącami, jak dawniej, Potosi, miasto wyrosłe na krwi. Dlatego nie poszedłem na wycieczkę do kopalni. A być w Potosi i nie być na wycieczce w kopalni to – mówią – niesposobność. Tak naprawdę to nie było to dla mnie łatwe: pół dnia biłem się z myślami, iść czy nie iść. Ostatecznie sami górnicy na to pozwalają, ostatecznie nawet mają z tego jakiś procent, spółdzielnia dostaje swoją dole, no, ale niesmak pozostaje. Wchodzić we wrota piekieł, które pożarły setki tysięcy dusz, w pomiędzy kolejne dusze narażone na śmierć, żyjące nawet jeśli nie w biedzie, to w zapomnieniu, w upodleniu, wejść w to wszystko w eleganckim kombinezoniku, w eleganckim kasku z elegancka latarką w towarzystwie ludzi którzy sami zarabiają więcej niż piętnastu, a może i trzydziestu górników razem, no jakoś nie mogłem. Przeszedłem się pod Cerro Rico, poszedłem tam na spacer przez uliczki sklepów z dynamitem i koką, najsmutniejsza dzielnica Potosi, brud, błoto i śmieci spływające z deszczem. Czuło się w powietrzu, ze coś jest nie tak, wiedziałem co, i nie uważałem za stosowne wchodzić i sprawdzać czy na pewno. To tak, jakbyś słyszała, że w pokoju obok ktoś wymiotuje – tego dźwięku nie da się z niczym innym pomylić - i poszła sprawdzić, czy na pewno. Wchodzisz, o, wymiotujesz? Patrzą na ciebie schorowane, czerwone oczy pełne wstydu, twarz cała upieprzona w wymiocinach, skina głową, że tak. Nie, to nie ma sensu.

Kościół

Ulica

Cerro Rico