Parki San José: Kostaryka pokazuje, że można

Na Placu Demokracji tańczą tango. W Parku Morazan: żonglują, na jednokołowym rowerze krążą i w powietrzu wirują. Na Placu Hiszpańskim: w karty grają. W Parku Narodowym na trawie leżą, a w Parku Sabana - wszystko to na raz robią, bo to duży park jest. Tak duży, że policjanci jeżdżą po nim konno, a Teatr Ósmego Dnia jeździ po nim statkiem. A w parkowych pawilonach czasem zagra teatr lalek, czasem ktoś powie wiersz. Można? Można.

Park Morazan w sobotnie popołudnie
Pierwsze wrażenie jest takie, że jest tak jakoś normalnie. Bo w Ciudad de Guatemala na przykład samochody rządzą miastem niepodzielnie: jakikolwiek inny sposób poruszania się ustawia cię w pozycji obywatela drugiej kategorii. San Salvador to ubogie, brudne centrum i enklawy bogactwa rozrzucone pierścieniem dookoła stolicy, w szklanych centrach handlowych i grodzonych osiedlach chronionych przez strażników z długą bronią. Tegucigalpa, znana jako najniebezpieczniejsza na świecie stolica Hondurasu, jawi się jako chaotyczny zlepek domów i ulic pnących się po pagórkach i przeskakujących rzeki, gdzie po zmierzchu raczej nie wychodzi się z domu. Managua w ogóle się nie jawi: po dwóch potężnych trzęsieniach ziemi w ubiegłym stuleciu nie podniosła się z upadku. W takim towarzystwie San Jose przypomina bardziej Lozannę czy Zurych, niż którąkolwiek z pozostałych środkowoamerykańskich stolic. Jest to zresztą jeden z wielu powodów, dla których ticos, czyli mieszkańcy Kostaryki, nazywają swój kraj Szwajcarią Ameryki Łacińskiej (wśród innych powodów znajdują sie m.in. ceny).

Rankiem chodniki i parki przemierzają obciągnięte lajkrowymi gaciami nogi biegaczy, to taki symbol. Jest zasadniczo dość czysto, nikt nie opowiada, że za rogiem mordują, a za kolejnym rogiem mordują nawet więcej. W otwartych na ulice piekarniach (nie zakratowanych!) sprzedaje się świeży chleb. Wszystko to ma jednak swoją cenę, bo za ten chleb przyjdzie nam zapłacić przynajmniej jednego rojo, czerwonego, 1000 kolonów, czyli jakieś 6zł. Ale jest życie. Kipi nie tylko handel i ludzki temperament, ale i kultura: festiwali, koncertów, przeglądów i interwencji miejskich jest cały bezmiar. Już sama liczba teatrów jest imponująca: w stolicy niespełna 5 milionowej Kostaryki jest ich ponad dwadzieścia. 

Trzeba tu może zaznaczyć, że te porównania do Szwajcarii funkcjonują tylko dla tych, ktorzy przejechali dopiero co przez rzeczone Ciudad de Guatemala czy Tegucigalpę. Dla pozostałych, tj. tych którzy do Kostaryki spadli z cywilizowanego nieba, będzie tu mimo wszystko w dalszym ciągu dość egzotycznie. Że na przykład parkingowy ze swojej budki handluje mango - hurtowo, ma się rozumieć, po 10 kilo w torbie, no bo skoro już państwo samochodem... Albo że kierowcy nie mogąc się doczekać zielonego, wtaczają się centymetr po centymetrze do połowy skrzyżowania na czerwonym, a potem i tak ruszają dłuższą chwilę po zmianie świateł (ruszają przy tym prosto, z migaczem w prawo), bo się, dajmy na to, zagadali albo kupowali orzeszki od ulicznego sprzedawcy. A pozostali kierowcy w sznureczku nie pozostaną dłużni i jak jeden mąż - zatrąpią przeciągle. I tak za każdym razem. Każdym.

Porządku pilnują polikletas, czyli policjanci na rowerach

W soboty główne parki miasta ożywiają warsztaty bachiaty i salsy, stoliki szachowe i gier wszelakich, koła hula-hop witują wokół smukłych i nie-tak-całkiem-smukłych talii mieszkańców miasta. Parkowe amfiteatry i altany stają się sceną dla muzyków i teatrów. Dookoła tego wszystkiego biegają roześmiane dzieci: tak normalnie, albo nienormalnie, czyli na szczudłach, albo na monocyklu. W powietrzu obracają się poje i maczugi żonglerów, kręcą się skakanki. Nad tym wszystkim świeci słońce: na taki widok każdy na miejscu słońca zrobiłby to samo. Ludzie się uaktywniają, wychodzą z domu, poznają, oswajają z przestrzenią publiczną, są razem. U nas natomiast, ponieważ chcemy być bardziej kapitalistyczni i liberalni niż Adam Smith, wierzy się, że wszystko się samo magicznie ureguluje. Że jak wszędzie, zgodnie ze zgłoszonymi projektami, wybuduje się galerie handlowe i grodzone osiedla w centrum miasta, to zapanujesz szczęście i urodzaj.

Na cele zakochania się w mieście (Enamorate de tu ciudad) przeznacza się zresztą bardzo konkretne środki. W szczególności od artystów, wędrownych muzyków czy innyh cyrkowców, nie wymaga się, żeby wspierali społeczny projekt dobrą wolą, tylko daje im się 200$ za godzinny występ. I tak można pracować. Bo my na przykład w kraju naszym lubimy karmić się ideami. Tzn. najlepiej żeby ktoś dla nas karmił się ideami. Że na przykład nauczycielom to nie trzeba dobrze płacić, bo przecież oni powinni pracować dla idei. Zapomina się przy tym, że idee są mimo wszystko niskokaloryczne.

Sobotnie aktywności organizuje Ministerstwo Kultury i Młodzieży, które nie zamyka się w niedostępnych marmurowych gmachach. Przeciwnie, jego biura są usytuowane w rozległym i otwartym centrum kultury, gdzie obok urzędników pracują teatry i galerie. Na głównym patio odbywają się koncerty: taka bliskość musi służyć współpracy.

Teatr lalek w altanie Parku Morazan

Przestrzeń sportowa między Parkiem Morazan a Parkiem Hiszpańskim

Salsa miejska w Parku Hiszpańskim

Szach!

O maleństwach również pamiętamy!
San Jose ma swoje stałe miejsca spotkań, ma też swoje niespodzianki. W Parku Morazan wieczorami właściwie  z a w s z e  spotkamy żonglerów i cyrkowców. Siadają kołem w okół parkowej altany, jeden gra na gitarze, ktoś tańczy, wirują piłki i poje. Ludzie przysiadają się do znajomych i nieznajomych, a po jednej wieczornej wizycie w Parku potem nieoczekiwanie spotykamy znajomych na skrzyżowaniach, gdzie parkowcy zarabiają, żonglując w ciągu dnia. 

Na Placu Demokracji, o formie schodzących od Muzeum Narodowego podłużnych schodów, dzieją sie rzeczy różne. Przechodząc wieczorem można liczyć na jakiś mały festiwal teatru tańca, plastyczną instalację czy inne akcje artystyczne. Bywa, że ktoś przyniesie głośniki i włączy tango. Powoli schodzą się młodzi i starsi, znajomi i nieznajomi, grubawy bankier w garniturze i dziadulo-artysta w rozwianej koszuli, i rozpoczynają tango. Jedni wywijają wymyślne figury z rozmachem, inni spokojnie kiwają się do rytmu. Ci, co tanga nie znają, przysiadają na schodach, gadają, ktoś sprzedaje domowe bułeczki (i nie goni go inspekcja sanepidu). Zwyczajnie, spokojnie. Tak bardzo zwyczajnie, jak bierze sie piłkę, idzie na podwórko i szuka kolegów do gry. Część kopie, część patrzy, część gania dookoła, ale na tyle blisko, by w dalszym ciągu być tam  r a z e m. 

I to mnie bardzo urzekło, tym widokiem sanjoseńskich placów nie można się nasycić. Jest pięknie, nawet gdy nikt nie tańczy tanga, nawet gdy nie dzieje się nic. Są ludzie, siedzą, rozmawiają, śmieją się, a pan w kapeluszu z białem bózeczkiem na trzech kołach sprzedaje lody. Są tam matki, pary, koledzy, staruszkowie, koszule białe i pstrokate, modne i z przeceny. Zakładają nogę na nogę, albo pakują się na ławkę okrakiem, by kończynami dolnymi trzymać równowagę, gdy żywa gestykulacja kończyn górnych wprawia w ruch całe ciało.
 
To w San Jose, w Kostaryce. W republice bananowej - mówimy pogardliwie. A w Polsce? Kraju z tradycją, historią, kulturą, z brodą, Mieszkiem I i Złotym Wiekiem w swoim czasie? W Polsce stolicą kultury jest, ma się rozumieć, Kraków. Miasto studenckie, radosne, tętniące życiem i inicjatywą, no i nade wszystko: artystyczne. Co się robi na placach miejskich w Krakowie? Na Placu Bohaterów Getta - nic. No, chyba, że akurat jakaś wycieczka z Izraela czeka na autobus. Na Rynku Podgórskim (proszę zauważyć, że zaczynam od właściwej strony Wisły) - też nic. Czasem ktoś się potknie o dziurawe płytki chodnikowe, a ktoś inny wybuchnie z tej okazji śmiechem. Na Placu Wolnica - nic. I nie ma co się dziwić, bo brudnawo tam i nawet nie ma gdzie usiąść. Na Placu Szczepańskim - ktoś zamontował kolorową fontannę. Brawo. Prawie jak w Dusznikach Zdrój. Po Rynku chodzą turyści i się sprzedaje smoki wawelskie z gąbki. Za ostatnie bastiony miejskiego życia w centrum miasta można uznać Planty, bo jeszcze ludzie spacerują (ale usiąść na trawie już nie wolno bo... no bo nie, i tyle!), i takie miejsca jak np. Hala Targowa, ale już mondrzy ludzie gadajom, że to nieeuropejskie są miejsca i nie spełniają standardów hygieny i dobrego smaku i że lepiej wybudować tam supermarket.

Chociaż jak na Amerykę Środkową wzorowe, San Jose nie jest jednak miastem idealnym. Mimo wszystko to wielki, głośny moloch. Samochody, autobusy, ryk silników, gęsty tłum ludzi na wąskich chodnikach i drący się sprzedawcy doładowań do telefonów, naklejek i żelu do włosów, lizaków i awokado (z całym szacunkiem do awokado) zwyczajnie męczą. Ale dobrze, że ma swoje oazy, swoje parki i miejskie place.


Na otwarcie Festival Internacional de Las Artes (FIA): Teatr Ósmego Dnia
FIA: jedna z wielu zagadek labiryntu, czyli festiwal uaktywnia
FIA: centrum zabaw mechanicznych
FIA: Okręt Teatru Ósmego Dnia

Komentarze

  1. Witaj,
    nominowałem Cię do Liebster Blog Award.
    Odpowiedz na pytania w komentarzu do tego posta: http://simsytrojka.blogspot.com/2014/05/liebster-blog-award-pytania.html

    Bardzo fajny wpis ;-)

    Simon K.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty