Plotki II: Caracas, Rio Caribe i wyjazd z Wenezueli

To było pięć miesięcy bez roweru. Trzy Caracas, jeden w Rio Caribe, jeden gdzieś pomiędzy. W międzyczasie minęło Boże Narodzenie i Nowy Rok. Teraz jestem w Bogocie i przygotowuje się do dalszej trasy.

Trasa unieruchomiona w sierpniu 2015


W ciągu tych pięciu miesięcy, które upłynęły od kiedy ostatni raz wracałem do Caracas, spisałem właściwie tylko jeden artykuł dotyczący tego, co się tam właściwie ze mną działo (Plotki z listopada 2015). Przyszedł czas na kolejny worek aktualności.

Jako się rzekło: ostatnie cztery miesiące odbyłem w zasadzie w trybie stacjonarnym w mieszkaniu w dzielnicy La Candelaria w Caracas. Sympatyczna to lokalizacja, do centrum blisko, do metra jeszcze bliżej, relatywnie tanio, dużo piekarni z dobrą kawą i tartaletkami z truskawką. Do tego spora liczba sklepów z warzywem, mięsem, wędliną, a do pewnego momentu nawet z jajkiem. Po tym jednak, jak ogłoszono ustawową cenę jajek - mniej więcej dwa razy niższą od kosztów produkcji - te zniknęły na zawsze z mięsnych i warzywniaków.

Caracas z lotu wagonikiem kolejki linowej
Odkryłem świetną kawiarnię za kościołem na głównym placu Candelarii. Mają zupełnie niezłe ciasta, zupełnie sypatyczną panią, kiosk z gazetami niedaleko i podają kawę w białej filiżance. Tropię takie miejsca, bo w Wenezueli, chociaż kawę robią doskonałą, to niestety serwują ją w plastiku. Najlepsze w tej kawiarni jest natomiast to, że nie udaje, nie usiłuje. Nie próbuje być ani alternatywna, ani nadmiernie elegancka, ani specjalnie wyszukana. Nie stylizuje się ani na starą, ani na wybitnie nowoczesną. Jest po prostu kawiarnią na rogu z okrągłymi stolikami wystawionymi na zadaszony ogródek. Zwyczajność. Zwyczajność to prawdziwy skarb.

To akurat inna kawiarnia: na tyłach Muzeum Sztuk Pięknych. Uwaga: filiżankę dają tylko, gdy się o to wyraźnie poprosi. Ale dają.
Oprócz obijania się w kawiarniach zajmowałem się głównie książką. Acha, bo ja napisałem książkę o Wenezueli. Ja wiem, myśleliście, że leżę tam brzuchem do góry, a tu okazuje się, że... że owszem, ale na tym brzuchu miałem jeszcze laptopa i pisałem zawzięcie. Książka jest rzecz jasna cudowna. Wiąże w sobie relację z podróży z analizą ekonomiczną, wątkami socjohistorycznymi i wrażeniami gastronomicznymi. No wszystko ma po prostu. Jest jak olej uniwersalny: do smażenia, do sałatek, do pieczenia i do smarowania roweru. Są tacy, którzy twierdzą, że co jest do wszystkiego, to jest do niczego. Ale przecież niekoniecznie tak musi być. Zobaczymy. Jakieś dwa tygodnie temu utwór zakończył ostatni etap poprawek i został wysłany do paru wydawnictw. Zobaczymy, czy mnie zechcą. W rzeczy samej: jeśli Czytelnik jest - tak zupełnie przypadkowo - dyrektorem Bardzo Ważnego Wydawnictwa, i do tego chce mnie wydać, to ja oczywiście proszę o kontakt.

Na piknikach miejskich zdarzyło mi się poznać sporą liczbę ludzi robiących domowe czekolady, bakłażana na sto sposobów i lemoniadę z imbirem (świetna!). Tak oto uzyskałem kolejną łezkę do opisywanej już rozterki podróżniczej: no że jak to tak teraz wszystko zostawić

Szóstego grudnia przyszły wybory parlamentarne i nic się nie wydarzyło. Dni przed wyborami to była compra nerviosa, czyli nerwowe zakupy. Ludzie brali ze sklepów co się dało, bo jakoś podskórnie wszyscy przewidywali koniec świata. Minister obrony Padrino Lopez zapowiedział, że nie wyjdzie na ulicę przeciw ludności cywilnej i rząd chavistów uznał porażkę w pokoju. Piątego stycznia do w sali sejmowej zasiedli nowozaprzysiężeni posłowie i od tamtej poty trwa nieustający konflikt między władzą wykonawczą a ustawodawczą (w Wenezueli panuje system prezydencki: prezydent wybierany w wyborach bezpośrednich sam komponuje radę ministrów, która nie ma bezpośrednich związków z parlamentem, jak w przypadku systemy parlamentarnego w Polsce, gdzie to większość sejmowa wybiera radę). Okazałem się nawet na tyle pracowity, że coś o tym napisałem (wybory: część I, część II, część III).

Niedługo potem przyszły święta. Poszedłem na mszę polską i dzięki temu zostałem na 26tego grudnia zaproszony na obiad zupełnie polski. Był groch z kapustą i bigos. Nawet placki ziemniaczane. Gospodyni dzieli czas między Polską a Wenezuelą: sześć miesięcy w kraju, sześć za granicą. Wcinała krewetki, w końcu bigos ma u siebie. A poza tym to całkiem niezły system zmianowy, chyba też sobie taki opracuję. Szczególnie, że zakochałem się bez pamięci w Rio Caribe i obecnie, ledwo co wyjechawszy z Wenezueli, już marzę, by tam wrócić.

Playa Medina
Do Rio Caribe pojechałem na kolejne dwa tygodnie pod koniec grudnia. Sezon, ludzi trochę więcej, ale jak wybrać się na mniej uczęszczane plaże, to i tak pustka. Miejscowość na końcu świata. Ptaki kołyszące się na wietrze, palmy pochylające się nad morzem, które rytmicznie uderza w piach niewielką falą. Kokosy lecą na ziemię. Leżałem w hamaku z G. i zastanawiałem się: właściwie co więcej można chcieć od życia? Bryza znad morza, zapach puszczy spływający z niewielkich gór nabrzeża. Upał, ale znośny, rześki. Okna nie mają szyb. Są wysokie i wiecznie otwarte. Wnętrze nie ma osobnego zapachu, właściwie ciągle jest się na zewnątrz, i ciągle jest się spokojnym.

W listopadzie przyjechałem tam w stanie - nazwijmy to - emocjonalnego nadwyrężenia. Od razu uderzył mnie spokój, odpowiedniość Rio Caribe - miejsce doskonałe, by się zrelaksować. Przez pierwsze dni paradoksalnie szamotałem się w tej ciszy wiatru, porannych chłodów i popołudniowych upałów. Że no tak, no idealne miejsce, ale zaraz, co robić, co robić, jak wykorzystać, jak to wszystko przekuć na stan spokoju i zrozumienia dla Wszechświata i bliźniego. Czytałem, chodziłem na plażę. I po tygodniu tak zupełnie nagle zdałem sobie sprawę, że jest mi bardzo dobrze. Czas, hamak, cisza. Ja tam wrócę, jestem pewien.

Acha, myślałem też o piersiach, rzecz jasna. W ogóle pisała do mnie ostatnio J. i była oburzona. Przeczytała jakichś kilka artykułów o Wenezueli na niniejszej fantastycznej stronie i zarzuciła mi, że zbyt wiele razy wspominam o piersiach i że to świadczy o przedmiotowym traktowaniu kobiet. Nie wiem, chyba nie. Wydaje mi się, że jak już człowiek jest w Wenezueli, to po prostu nie można nie pisać o piersiach. To jest kraj piersi. Przy czym, rzeczywiście, wiele z tych piersi jest piersiami sztucznymi (Wenezuela, 2012: w sumie jakieś 250 tysięcy operacji plastycznych rocznie, z czego kilkadziesiąt tysięcy to powiększanie piersi), i tego właśnie tyczyła się moja refleksja. Otóż istnieje swoista fascynacja obyczajami np. kobiet afrykańskich, które wydłużają sobie szyje nakładając na nie metalowe krążki. Omawiając tego typu zabiegi padają wzniosłe hasła o różnicach kulturowych, o tradycjach i tak dalej, i tak dalej. Natomiast kwestii powiększania piersi towarzyszą zazwyczaj hasła zgoła odmienne: sztuczność, materializm, "a fe!", etc. Jeśliby natomiast spojrzeć na to z dystansu, ja tam nie widzę specjalnej różnicy między wydłużaniem sobie szyi a powiększaniem piersi. Oba zabiegi to deformacja ciała w celu zwiększenia atrakcyjności kobiety z wykorzystaniem dostępnych zdobyczy techniki. I nie chodzi mi bynajmniej o namawianie dziewcząt do operacji, wręcz przeciwnie: zwolennikiem jestem naturalności, jak najbardziej. Chodzi mi natomiast o to, że jeśli ktoś szydzi z powiększających sobie piersi, niech się tak nie fascynuje wydłużaniem szyi czy robieniem wielgachnych dziur w uszach, bo jedno od drugiego aż tak daleko nie leży.

Teraz przydałoby się jakieś zdjęcie piersi. Albo długiej szyi? Nie wiem. I właśnie dlatego nie zamieszczę nic.

Następnie przyszedł Nowy Rok. Pierwszego stycznia 2016 o siódmej rano na placu Boliwara w Rio Caribe niedobitki mieszkańców miasteczka dalej męczyły salsę. To był zupełnie niezłyrok, ten 2015. Nauczyłem się grać na cuatro, napisałem książkę, przejechałem kilka tysięcy kilometrówi wjechałem 3 razy na ponad trzy tysiące m n.p.m. Mieszkałem przez trzy miesiące w Najniebezpieczniejszej Stolicy Świata (ponad 5 tysięcy morderstw w 2015 roku) i nikt mnie nie zamordował. Jadłem krokodyla! Podczas stanów stacjonarnych - kilka miesięcy w Meridzie i Caracas - poznałem dobrych ludzi. Przeczytałem jakieś nieprzyzwoite ilości książek. Wjechałem do Wenezueli na wizie biznesowej załatwionej po znajomości. Zupełnie nienajgorszy rok.

A najważniejsze, że dowiedziałem się jakie jest moje miejsce na Ziemi: hamak.
Konflikt nadgraniczny między Wenezuelą a Kolumbią trwa w najlepsze i wcale nie było pewne, czy uda mi się ot tak wyjechać z kraju. Wziąłem autobus z Rio Caribe do Caracas. Spędziłem w stolicy dzień i wieczorem pędziłem już w kolejnym autobusie, tym razem w stronę Meridy. Autobus miał opóźnienie. Okazało się, że nie działa klimatyzacja, więc przyszło czekać na podstawienie kolejnego. Zjawił się po blisko godzinie. Ładowanie bagaży - okaż bilet, wsiadanie - okaż bilet. Następnie zjawiła się cała seria handlarzy wszystkim , i kiedy po kolejnej godzinie na pokład autobusu wlazła administratorka i poprosiła o okazanie biletów, ludzie mieli już dość. Komuś się nawet wymsknęło słowo obraźliwe - co prawda wagi koguciej, ale jednak - i pani obraziła się. "Ten autobus rusza kiedy mi przyjdzie ochota, a teraz to ja ochoty nie mam!" - i sobie poszła. Pasażerowie najpierw zaniemówili, potem wymienili komentarze oburzenia, ale już po kilku minutach wszscy ryczeli śmiechem: brzuchaci panowie z wąsem i stateczne panie nabijali się z administratorki aż trzeszczało. W końcu wysłano ekspedycję przeproszeniową i tak z blisko trzygodzinnym opóźnieniem ruszyliśmy w trasę. Biletów już nie sprawdzano.

W Meridzie spotkałem, kogo należało spotkać. Odwiedziłem remontowaną od blisko dekady kolejkę linową (ponad 12 km długości, start na 1600, meta na jakichś 4800 m n.p.m., druga najdłuższa na świecie). Pierwsza stacja - to znaczy ta na dole - już czynna! Można za darmo skorzystać z toalety.

Dwa dni później znalazłem się na granicy, w San Antonio del Tachira. Do sierpnia - najbardziej uczęszczane przejście na kontynencie - teraz świeciło pustką. Pozamykane sklepy, zakurzone ulice, ostatnia restauracja sprzedająca pieczone kurczaki w stanie smutnego oczekiwania. Wojskowi przepuszczają ludzi według listy: na drugą stronę przechodzą tylko pracujący w okolicy. Plus ci, którzy zapłącili komu trzeba. Cała reszta - w tym kontrabanda - idzie po leśnych ścieżkach i przez rzekę.

Puścili mnie. Obcokrajowców nie czepiają się tak bardzo. Wenezuelski mundurowy czepiał się, że nie mam wykupionego biletu lotniczego w Kolumbii, ale w końcu machnął ręką i pozwolił iść.

Spędziłem dzień w Cucucie, wymieniłem walutę i następnego poranka łapałem stopa w kierunku Bucaramangi. Kierowca był w młodości partyzantem i opowiadał mi o przeprowadzaniu jakiegoś porwanego przez lasy i góry. "Na końcu chyba go zabili, zresztą nie wiem". Wojna domowa w mniejszym lub większym nasileniu trwa w Kolumbii od przeszło pół wieku.

To jest skomplikowana trasa: wspina się z upieronie upalnej Cucuty na przeszło trzy tysiące metrów, gdzie wełniane kubraczki, pola ziemniaków i twarze czerwone od słońca i chłodu na raz. Potem zsuwa się po ciasnych spiralach do Bucaramangi ze zboczami obrośniętymi dzielnicami biedoty.

Politycznie Wenezuela poszła za bardzo w lewo, Kolumbia - w prawo. W miastach wszystko jest nowe, świeci neonami amerykańskich marek, męczy reklamą i drażni krzykliwością. I tym pędem, by kupić więcej, szybciej, i w plastikowym opakowaniu. Ja wiem, że to się ogólnie uważa za oznakę "rozwoju", ale to w ogóle nie jest fajne. Zwłaszcza, że ma swój koszt. Prywatyzuje się dostawy wody i tej wody potem nie ma. Ludzie w najbardziej lśniących ze lśniących samochodów sąsiadują z obdartymi sprzedawcami śmieci. Mam jakąś niechęć do Kolumbii. Na jej nierówności społeczne czasem po prostu nie idzie patrzeć. W Wenezueli ogarniętej kryzysem bywa szarawo, ale względnie spokojnie. W Rio Caribe nie sprzedaje się tych identycznych toreb i podkoszulków I <3 Coś Tam, sklepy mają szyldy malowane na murach ręką właściciela, otoczenie nie męczy ofertami zakupu czegokolwiek. Nie ma pędu. Wenezuela, Białoruś i Iran to moje ulubione kraje, i nie wygląda to na przypadek. Wszystykie trzy kraje kierowane są przez reżimy autorytarne. Taki reżim jest jak rak: bardzo często psuje wiele w kraju - gospodarczo, społecznie, kulturalnie. Ale taki rak ma też konsekwencje pozytywne: ludzie którzy mają raka czy inną ciężką chorobę, zmieniają swoje priorytety. Choroba staje się swego rodzaju usprawiedliwieniem dla wycofania się ze szczurzego wyścigu po karierę i pieniądze, a w centru uwagi staje miłość i radość z codzienności. Wydaje mi się, że podobny efekt działa w przypadku reżimu. W Wenezueli, Białorusi czy Iranie wiele rzeczy jest niemożliwych. Reżim ogranicza w pewnym stopniu życie prywatne czy gospodarcze obywatela. To frustruje, mierzi, męczy, ale też staje się usprawiedliwieniem, by dać sobie spokój. By się nie przejmować, bo i tak się nie uda. W takich warunkach - warunkach narzuconych przez reżim - bez kontaktów czy politycznego poparcia kariera czy wielkie pieniądze bardzo często są dużo bardziej nieosiągalne, niż w innych miejscach świata. I to zmienia priorytety ludzi. Daje miejsce i czas dla rodziny, znajomych, osobistych pasji. Dla nieznajomego, który przyjechał z Polski i potrzebuje pomocy i uwagi. Sprawia, że ulic wielkich miast nie przesyca krzykliwa reklama. Pytanie tylko, czy taka normalność jest możliwa bez reżimu, bez cierpienia i niesprawiedliwości? Ja wiem, że ktoś może uznać, że wyolbrzymiam. Ale jak jednego dnia przejedzie się z Merody do rozpalonej płomieniem handlu i nierówności Cucuty, to różnica jest naprawdę drastyczna.

(Gdy się natomiast przejedzie w dwa dni z Rio Caribe - plaża, północny wschód Wenezueli - do Meridy - góry, południowy zachów - to trudno uwierzyć, że rzeczywiście w dalszym ciągu jesteśmy w jednym i tym samym kraju. Zmienia się wszystko: język, twarze, kolor skóry, kształt ciała, sposób traktowania i poczucie czasu).

Teraz jestem w Bogocie i przygotowuje się do wznowienia pedałowania na południe. Dzisiaj po raz pierwszy od sierpnia 2015 roku dosiadłem mego roweru - co za rozkosz! Chcę nieco przyspieszyć, żeby ta podróż nie trwała w nieszkończoność. Zatrzymałbym się znów na chwilę dłużej w Paragwaju. Czytelnik wie coś o Paragwaju? Nie, prawda? No, i właśnie dlatego.

Trudno jest opuszczać Wenezuelę. Po roku poznawania krajobrazów, kuchni, muzyki, historii, z naręczem znajomych i przyjaciół, z głową pełną wspomnień, z doświadczeniem miejsc tak już teraz bliskich, trudno wyjechać. Przywiązanie, przywiązanie i jeszcze raz przywiązanie. Pisałem o tym w lipcu i nie zmieniłbym wiele.

Na koniec piosenka: Piosenka o prostych rzeczach (Cancion de las simples cosas, słowa: Armando Tejada Gomez, interpretacja: Mercedes Sosa).

"Uno vuelve siempre a los viejos sitios donde amó la vida 
y entonces comprende como estan de ausentes las cosas queridas"

"Zawsze wracasz do tych starych miejsc, gdzie pokochałeś życie
I wówczas rozumiesz jak bardzo brakuje tego, co kochane"



Komentarze

  1. Nie jestem wprawdzie bardzo Waznym Wydawca:)), ale zycze Ci aby Twoja ksiazka ukazala sie i rozeszla w milionowych nakladach. Wtedy Ty, bedziesz mogl podrozowac, pisac i relacjonowac nam o wszystkim na biezaco:)

    Podoba mi sie jak opisujesz ten ciekawy kraj, jakim jest Wenezuela. Widac, ze pokochales ten piekny zakatek swiata. Oczywiscie zycze Ci powrotu( wtedy kiedy bedziesz chcial), jednak przed Toba nowe wyzwania wiec, milego pedalowania - trzymaj sie! I koniecznie pisz.

    Piekny utwor, dajacy do myslenia. Nie rozumiem wszystkich slow, jestem dopiero na poczatkowym etapie nauki j.hiszpanskiego - Piosenka chwyta za serce!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty