Betonowy pomnik z siedemdziesiątego trzeciego

Dwudziesty trzeci stycznia, ostatni wieczór, dzień i noc na Gran Sabanie (tutaj są zdjęcia). Koło piętnastej: dojechałem do końca i właściwie miałbym jeszcze czas, by zjechać w dół czterdzieści kilometrów zakrętów w upalne Las Claritas, ale nie chciałem. Wolałem zostać, nacieszyć się chłodem, ciszą, widokami. I byciem u końca, u kresu, jakiegoś kresu. Najeść się tym odblaskiem spełnienia czy sam nie wiem czego. To był w końcu tylko fragment podróży, ale jakiś zamknięty, dający się wyodrębnić, więc jednak patrzyłem w gwiazdy z pewną cichą satysfakcją. Zobaczyłem te wszystkie cudowne miejsca, rzeki o czerwonych dnach i niekończące się zielone pagóry, spędziłem w sumie ponad trzy tygodnie od wyjazdu pierwszego stycznia z Puerto Ordaz. Rozbijałem namiot w polach i nad rzekami, kąpałem się w wodospadach. Dobry czas, przejechałem ponad tysiąc kilometrów. Udało się wjechać do Brazylii - granice zawsze pozostają dla mnie pewną niewiadomą - i kupić dolary.

Wieczorem rozpaliłem ognisko. Dawno tego nie robiłem, tak, bardzo dawno, chyba od Capurgana, wtedy rozpalałem codziennie, ale to było trochę co innego, bo to było gotowanie w domu, a nie siedzenie w lesie pod betonowym pomnikiem z siedemdziesiątego trzeciego. Nie wiem kiedy dokładnie to się stało, ale bardzo szybko w moim życiu ogniska zaczęły należeć do sfery przeszłości. To nie znaczy, że ogniska się skończyły: wręcz przeciwnie, zawsze gdzieś, raz na jakiś czas. Ale zawsze też nieustannie wywołują wspomnienia, stare krajobrazy, których dawno już nie ma, bo nie wiem, wycieli drzewa, nabudowali domów, albo ktoś wyjechał po prostu, i nie może być tak, jak było kiedyś. Ogień jak okno w przeszłość. Jest uniwersalny: ten sam dziś, wczoraj, rok i piętnaście lat temu. Patrząc w płomienie można dostrzec zamazane twarze tych, którzy kiedyś siedzieli obok na Mazurach czy w Beskidzie tym czy innym. Albo w pokoju na Podgórzu, gdzie płonęły świece. Można usłyszeć głosy, zobaczyć palce przesuwające się po gryfach gitar, mgłę wstającą rano znad łąk.

betonowy pomnik z siedemdziesiątego trzeciego

To uczucie wzmaga się, gdy tu i teraz przypomina tam i wtedy. Na szczycie Gran Sabany, na tym tysiącu pięciuset metrach nad poziomem morza, mimo bliskości równika klimat przypomina polski lato: dni gorące i słoneczne, ale noc owiewa chłodem, skrapia rosą. To daje okazję poczuć jakieś zapomniane od ponad roku rzeczywistości, na przykład że siedząc przy ogniu grzejemy łapy i twarz, ale plecy lekko drapie nocny chłód. Obracamy się więc czasami i ocieplamy drugą stronę ciała: ogień szumi za nami, oczy wędrują w górę, w gwiazdy. Szukam wielkiego wozu, to jedyny gwiazdozbiór, który rozpoznaję. A, jeszcze kasjopea, bo ma kształt litery W, chociaż M. twierdzi, że ma kształt litery M, no i właście dlatego pamiętam ten drugi gwiazdozbiór. O pierwszym powiedział mi ojciec, na Mazurach, a za kilka dni dowiem się o szpadzie oriona, która wskazuje północ, i znowu powie mi o tym ktoś. Za dużo jest tych gwiazd by je pamiętać ot tak po prostu, bez żadnych osób, bez żadnych nauczycieli, którzy którejś nocy wyciągnęli nad moją głową palec w niebo.

(wycięte)

Ranek przywitał mnie nachalnie piękną pogodą. Poranek idealny po prostu. Na Gran Sabanie, szczególnie w tych wyższych partiach, zwykle o piątej czy szóstej oczekiwała mnie gęsta, zimna mgła. Wręcz już się z nią zżyłem, a teraz, tego dwudziestego czwartego stycznia, zatęskniłem. Bo miałem już przygotowaną kawę, cukier i wszystko, bo zwalczyć ten poranny chłod i beznadzieję, a ona tak po prostu się nie pojawiła. Widok nieskalany chmurą. Zresztą taka była cała noc: czysta, rozgwieżdżona.

Poszedłem od razu popatrzeć na dopalone węgle. Na miejsce wczorajszego spotkania. Nie wiem czemu, ale zawsze to robię. Niby żeby sprawdzić, czy od ostatnich tlących się słabym żarem gałęzi nie zajęło się coś przypadkiem, ale to bezsens. To chyba bardziej tak, jakby ktoś miał w nocy widzenie, spotkanie z duchem w określonym miejscu. I jak tylko wstanie, biegnie czy idzie sprawdzić, czy może zjawa jeszcze tam jest. Nie ma, zniknęła. Ale widać ślady, niedopalone węgle, więc to wszystko wspaniałe, co wydarzyło się w nocy, to musiała być prawda.

Rozbiłem namiot przy pomniku Żołnierza Pioniera w stylu monumentalnego oficjalizmu (albo: realnego socjalizmu). Jest duży. Na szerokiej ścianie postaci dzielnych gierojów konstruujących infrastrukturę pogranicznej Wenezueli: jeden skupiony nad młotem pneumatycznym, drugi: żołnierz-geodeta ze swoim aparatem do mierzenia świata, gdzieś w górze pędzi ciężarówka, w dole koparka, i w końcu mój ulubiony element kompozycji: mundurowy za kierownicą spychacza dynamicznie zmiatającego gruz wprost w kierunku odbiorcy, majstersztyk pokroju jeźdźca na rumaku o wzniesionych kopytach. Wszystko to pomalowane farbą srebrną, wyborne. Podstawie pomnika, wraz ze schodami dającymi dostęp z czterech stron świata, dostała się farba żółta. Łuszczeje w oczach i już wiesz, że wcześniej była zielona, jeszcze wcześniej turkusowa, a na początku: surowy beton. Betonowe są też ławki i - uwaga - stanowiska do grillowania, którym tez dostało sie farbą żółtą i zieloną w dość parszywych odcieniach, naniesionymi na szorstkie, nieotynkowane powierzchnie. Wszystko to skonstruowane w naturze, w 1973 roku, ku jej poskromieniu. A natura w kaszę dmuchać sobie nie daje i wybucha zielenią spomiędzy spękanych betonowych płyt. Samotnie sterczy siedem masztów flagowych, a główny bohater pomnika, stojący na centralnej pozycji na baczność z kilofem w prawej dłoni, patrzy na północ. Właściwie nie wiem dlaczego nie na południe, ku dalszym zdobyczom terytorialnym. Może ktoś mu pokazał szpadę oriona. Albo prezentuje gotowość przed władzą centralną w Caracas, pewnie tak. Dużo przestrzeni, głuchy tętent podmuchów wiatru wyczuwalny w uszach, i ta masa betonu. I wszystko obsrane dookoła przez rodaków pionierskiego żołnierza. Świątynia zapomnienia. Mam jakiś wschodnioeuropejski sentyment do takich miejsc. Świat bez nich byłby niekompletny.

trawa
dynamika

Komentarze

  1. Pięknie piszesz o tym ogniu - aż czuć zapach mazurskich ognisk w Rybicalu. m. B.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale wracaj już do domu! s.E.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty