Plotki

         Podobno olej sprzedają za cmentarzem. Rozumiem, że to może brzmieć jak silenie się, jak żałosna próba uczynienia historii bardziej wciągającej, ale tak po prostu powiedziała mi kobieta sprzedająca empanady przy wyjeździe z Rio Caribe: wychodzisz z placu przed kościołem i dalej idziesz w górę, zapytaj w sklepiku za cmentarzem. Trzysta pięćdziesiąt za litr, jakieś siedem razy drożej niż cena regulowana. W Petare (największy slums świata, najniebezpieczniejsza dzielnica Caracas, naj-nie-wiem-co-jeszcze, ale przy stacji metra można przynajmniej kupić wszystko bez problemu) można dostać za dwieście pięćdziesiąt, no przynajmniej można było jakieś dwa tygodnie temu.
To jest ta empanada z radioactiva.cl

         Po olej zdecydowałem się pójść po obiedzie. Wcześniej sprawdziłem już jedną lokalizację -  trzecią ulicą niemal do końca, na przedostatnim skrzyżowaniu w lewo, żółtawy domek w miejscu, gdzie kończy się asfalt – ale oleju już nie mieli i nie wiedzieli kiedy będzie. Kupiłem cukinię i bakłażan, bo to można upiec na tej grubej blasze od arepy, chociaż miałem ogromną ochotę na smażenie jajecznicy na pomidorach. Pomidory... Najdroższe warzywo, licząc po oficjalnym kursie boliwara byłoby to jakieś osiemdziesiąt dolarów za kilo.


A to arepa z yosoyvenezolano.com
         Rio Caribe w listopadzie dwa tysiące piętnastego roku to jest to Caribe deszczowe, Caribe szaro-stalowego nieba i gęstej, ciemnej zieleni. Coś w rodzaju Portobelow Panamie, z tą różnicą, że nie ma oleju w sklepach. Szarość wisi od rana nad przysadzistymi domkami o grubych ścianach i grubych gospodyniach, po chodnikach chodzi się powoli, powietrze pachnie jednocześnie puszczą i morzem. Coś w rodzaju Capurgana w Kolumbii, z tą różnicą, że nie ma oleju w sklepach. W piekarni mają jeden tylko stolik z blatem z płyty pilśniowej wytartym łokciami klientów, i jedno tylko krzesło o metaloplastycznym oparciu, zajmowanym - najwyraźniej na stałe - przez starego mulata. Kawa dostarcza mi względnego zadowolenia, chociaż plastik kubka jest tak cienki, że gorący napój wygina naczynie na wszystkie strony. Siadam na progu i właściwie jest mi bardzo dobrze. Chłonę spokój, wydając na świat nowe wspomnienia, to znaczy nie te z Polski, tylko te związane z zapachem wilgoci i stalowym karaibskim niebem. Jak nad Morzem Karaibskim pada to te wszystkie odcienie turkusu, złoto piasków i piersi na tym piasku wyłożonych, znika, szarzeje, i paleta barw nie różni się zbyt wiele od dworca kolejowego w Rzeszowie późnym październikiem (z tą różnicą, że nie ma oleju w sklepach).
         Mieszkam w Caracas (mieszkam w Caracas?) od początku października. Mam na myśli, że wynająłem pokój, robię pranie i w kolejnych dniach spędzonych w tym samym miejscu wylęgły się zalążki rutyny. Powody powrotu do stolicy Wenezueli wypadałoby wyjawić tylko w przypadku, gdyby niniejsza strona aspirowała do materiału na scenariusz telenoweli. Tak jednak nie jest. Ograniczymy się zatem do stwierdzenia, że ta telenowela nie mogłaby być holywoodzką, z braku, mianowicie, happy endu.

Teraz zmienimy wszystkim imiona na polskie.

         Pokój wynajmuje mi Andrzej. Andrzej ma najwyraźniej jeszcze jakieś szanse na happy end, chociaż mam wrażenie, że nie byłoby to aż tak happy ani dla Andrzeja, ani dla Weroniki. Weronikę widziałem raz. Stwierdziła, że Wenezuela to najbardziej gościnny kraj na świecie, ja na to, że gówno prawda, a ona, że obrażam jej ojczyznę. Od tamtego momentu jej nie lubię. W ogóle z historii Andrzeja wynika, że Weronika to egoistyczna kwoka, z tym, że Andrzej najwyraźniej jeszcze tego nie spostrzedł. Kiedy po raz kolejny go odrzuciła, pożyczył ode mnie trzynaście tysięcy na pro evolution soccer i grał przez tydzień. Zresztą może dalej gra, nie wiem, bo pojechałem na wakacje i nie wiem co się z nim dzieje. Wczoraj napisał, że do domu wrócił internet, więc prawdopodonie podniósł się z przed play station. Andrzej ma dwie opcje aktywności psychofizycznej. Pierwsza: chodzi po domu zadowolony krzycząc do wszystkich, to znaczy do mnie i do każdego kto by się przypałętał, że jak tam, wszystko dobrze? wszystko doskonale? co mi powiedzą ziomy moje? Druga – oczywiście ta związana z tymczasowym odrzuceniem przez Weronikę – nie mówi nic, no chyba że do telefonu - ale Weronika, przecież ja nie miałem z tamtą nic wspólnego, i tak dalej. Nawet jak odezwać się do niego w języku ziomy moje – pomilczy albo pokręci głową. Potem przyjdzie Stefan, narobi mu plakatów kocham cię cie adoruję żeby Andrzej mógł je powywieszać na stacji metra z której Weronika odjeżdża do pracy i niedługo wszystko wraca do normy, ziomy moje. O szóstej trzydzieści rano mama przynosi mu obiad w plastikowym pudełku. Lubi chodzić po domu w ręczniku, studiuje jakiś idiotyczny kierunek związany z handlem międzynarodowym (ale tylko tym państwowym) i kończąc uniwersytet waha się między założeniem hostelu, wyjazdem do pracy w Argentynie i kontynuacją rozgrywek w pro evolution.  Sprawia wrażenie głupawego, a mimo to stosunkowo szczęśliwego człowieka. A może właśnie dlatego.
         Kasię poznałem w grudniu zeszłego roku jak w pokracznym stylu wiodła prym na caracaskiej Masie Krytycznej na swoim ostrym kole. Potem dowiedziałem się, że koło stało się ostre ledwie tydzień wcześniej, i stąd cała pokraczność. Widzieliśmy się jeszcze raz przed tym, jak zacząłem pedałować ze stolicy w kierunku granicy z Brazylią, na jednym z tych pikników miejskich z czytaniem poezji, co to u nas w Polsce się ich nie robi, pewnie dlatego, że jest za zimno. Wysłała mi potem list na poziomie książek Marqueza, to znaczy, że jedną czwartą słów musiałem sprawdzać w słowniku. To był bardzo ładny, życzliwy list, że to takie inspirujące i godne uwagi, że ktoś pedałuje na starej kozie przez kontynent. Gdy wynająłem pokój u Andrzeja okazało się, że Kasia stała się moją sąsiadką. Mieszka dwie przecznice ode mnie, czasem wpada na śniadanie lub moccachino comunista (kawa, mleko w proszku, cukier, kakao – wszystko produkty państwowych spółek z regulowaną ceną, kupione kilka razy drożej na Petare). Jest spokojna i zrównoważona. Nosi okulary w grubych, czarnych ramkach, studiuje socjologię i sprzedaje wegetariańskie hamburgery pod muzeum sztuk pięknych (bardzo lubię to muzeum, tak dokładnie to jego kawiarnię wychodzącą na ogród). W przeciwieństwie do większości rozmów prowadzonych w Wenezueli roku pańskiego 2015 z Kasią właściwie nigdy nie rozmawiamy o polityce. Zazwyczaj o... właściwie nie ma żadnego zazwyczaj, i pewnie to jest najprzyjemniejsze. O wyższości szpinaku nad botwiną, sto tysięcy komentarzy do książki Giseli Kozak, przewija się deprecjacja Baumana, staruszek z połową wąsa (właśnie tak) kręcący hula-hop na rogu głównego placu Candelarii (mieszkamy na Candelarii), ach ten okropny feminizm (Kasia nie jest tu ekstremistką, znaczy się: feminazi), ach ten okropny wegetarianizm (Kasia nie jest tu ekstremistką, znaczy się: vegginazi), ach te wspaniałe rowery (Kasia nie jest tu ekstremistką, znaczy się: bicinazi), filmy, matka o powiększonych cycach (matka niczego sobie, trzeba powiedzieć), o przewadze tartaletek z piekarni na rogu nad tartaletkami z cukierni wewnątrz budynku. Nigdy nie brakuje jej słów. Dobiera je zawsze tak, że wywołuje we mnie dalekoidące uznanie, wrzucając od czasu do czasu perły caracaskiego slangu dla zaostrzenia wywodu. Opowiada mi o swoim związku otwartym: nie dyskutuję, słucham tylko, bo to dla mnie jak historie z krainy Oz. No, i jak po tym wszystkim dowiedziałem się, że ma siedemnaście lat, to nie mogłem w to uwierzyć. Tak dokładnie to dalej nie mogę, chociaż już ze dwa razy pokazywała mi swój nieletni dowód osobisty: 1998, święta matko Bolka i Lolka, a ja myślałem, że to moja siostra jest gówniarz (1994, przepraszam, siostra).


Oto jest Kasia foto nie moje
         Mieć znajomą sąsiadkę to świetna sprawa. Do tej pory nie miałem jeszcze tego doświadczenia, że ktoś raz na czas wpadnie na śniadanie, albo zaciągnie na wyprowadzanie psa. Takie słodkie zwykłości (poza tym „nie da ci ojciec, nie da ci matka, co ci dać może młoda sąsiadka”, ale w tym przypadku byłaby to pedofilia). No może z wyjątkiem ostatnich miesięcy na placu Przystanek kiedy dowiedziałem się, że dwa piętra nade mną mieszka Joanna z Magdaleną, ale przy końcu akademickiego roku nikt nie miał wtedy czasu ani na psy, ani na śniadania. Znalazł się za to czas na Mazury we wrześniu, to też było dość przyjemne.

A to Mazury, proszę wybaczyć fatalną jakość, alem w kawiarence
         Kasia zna ludzi z Aguacate Cafe, gdzie z końcem października zrobiliśmy koncert. Aguacate to taka hipisowskie, squatopodobne miejsce: coś w rodzaju krakowskiej Pod Kopułą (zdaje się, że już nieistniejącej?) z tą różnicą, że w formie Cafe, znaczy się można kupić drinka i wegetariański sandłicz (co ci ludzie się tak obrazili na mięso?), no, i w okolicy nie ma oczywiście oleju w sklepach. Organizują milion dziwnych rzeczy, jak burdel poetycki w ostatni piątek. Poszło dobrze, udało im się nawet załatwić projektor do wyświetlania tłumaczeń piosenek które naprodukowałem, publika reagowała zainteresowaniem (N. również, ale nic z tego nie wynikło). (Poprzedni koncert odbył się w Bogocie, w ramach jakiegoś spotkania językowego, dali mi bardzo mało czasu i było dojść beznadziejnie, ale dwa dni wcześniej, gdy ustalaliśmy szczegóły z organizatorem wydarzenia, wpadłem akurat na slam międzynarodowy. Tak dokładnie to nie miało to nic wspólnego ze slamem, bo ludzie czytali wiersze w swoich językach, których nikt nie rozumiał: bo chińsku, arabsku, niemiecku i tak dalej, w sumie z dwanaście osób – tam też poznałem Sobre la poesia Gelmana. Piszę o tym, bo nigdy nie sądziłem, że w sercu Łacińskiej Ameryki przyjdzie mi słuchać – towarzysze i towarzyszki – nikogo innego jak właśnie Majakowskiego. Wpieriod, matko i córko, i ta Ruska była naprawdę dobra, zresztą wygrała, ja zająłem miejsce drugie, znaczy się, rodacy, znowu dostaliśmy w dupę w konfrontacyji z bratem ze Wschodu. Wybaczcie, ale robiłem co mogłem, sięgnąłem po Gałczyńskiego, Tuwima i fragment opowieści Gerwazego z Pana Tadeusza, moja ulubiona).


I koncert foto nie moje
         Baumana od Kasi nie wymęczyłem, poradziłem sobie z Gallegosem i Uslarem Pietrim, a potem wpadły mi w ręce opowiadania Jorge Rodrigueza Gomeza, burmistrza Caracas. Opozycja patrzyła na mnie podejrzliwie, ale okazuje się, że chaviści owszem, potrafią dobrze pisać. Zresztą nawet w Simon Bolivar y nuestra independencia zatwardziałego argentyńskiego komunisty Nestora Kohana znajdzie się zupełnie ciekawe treści: należy tylko powyrzucać z każdej strony kilka obowiązkowych zdań o tym jak to istotna jest niniejsza historia dla komunistycznej młodzieży XXI wieku walczącej na antyimperialistycznym froncie. U Rodrigueza jest wręcz przeciwnie, znaczy się treść nie jest istotą, istotą jest forma: burmistrz jest lekki i ironiczny jak Stasiuk w dobrej formie, i – ktoś by dodał – zdystansowany jak ostatni kabotyn, ale ja nie będę tak ostry w ocenie. Podobało mi się i już. Pewnie przeczytam jeszcze raz.

- Mejor lo hospitalizamos – le dije. En esta parte nadie nos gana a los medicos. En esa frase grave dicha con seguridad. En la mano impecable que arruga el estetoscopio y lo arroja con descuido en la bata. Cuando ella abrió los ojazos ensanchados por las lágrimas, este servidor se le acercó y le tomó las manos, suavemente, sin apuros, que la gacela calme tranquila su sed en el recodo del mananrial bajo el cielo abierto del Serenqueti. [...] La volteé, la doblé el torso como si fuera una muñeca de trapo, la aplasté con suavidad de cabeza contra el semicuero de la camilla. No sé por qué, pero a las flacas me gusta cogerlas por detrás, mi psicoanalista dice unas vainas de la sumisión y mi miedo a la oscuridad, para mí que a ese viejo birriondo le encanta que yo le eche estos cuentos.

No, i taki człowiek dowodzi stolicą kraju? Niezłe rzeczy.
         Zdobyłem wszystkie szczyty parku El Avila, znaczy się tej górskiej grani sięgającej blisko trzech tysięcy metrów, która oddziela Caracas od Morza Karaibskiego. Jeden z najmocniejszych punktów miasta: możesz pojechać w góry... metrem. Na najwyższy, Pico Naiguata, wlazłem w grudniu zeszłego roku, zostały mi Pico Occidental, Pico Humboldt (te dwa zrobiłem za jednym razem) i Pico Oriental. Schodząc z tego ostatniego mija się miejsce, w którym gasnąca grań wystawia niby kolano w stronę głębokiej doliny. Siada się na skale na czubku tego kolana i ma się wrażenie lotu wśród bujnej zieloni zalegającej w dole. Za plecami dudni wrzenie metropolii więc nie można zapomnieć, że to wcale nie jest raj.


Schemat szlaków parku El Avila tudzież Warairarepano

         Nie pokażę zdjęć, bo nie mam. 


Zdjęcie z grudnia, Pico Naiguata, więcej zdjęć -> tutaj
         Zostawiłem aparat w Bogocie. Kupiłem niedawno Pentaxa K1000, model gdzieś z lat osiemdziesiąty, stały obiektyw 50mm. Właściwie to kupiłem go głównie dla tego obiektywu: założę go sobie potem do mojego K-r – stare pentaxowskie obiektywy nakładane na cyfrówkę trzeba przeskalować przez 1.5 ze względu na zmianę położenia matrycy, więc teraz to będzie obiektyw 75mm, tak czytałem - i będę trzaskał portrety jak malowane. Wczoraj doszły mi wreszcie dwie rolki filmu iso 100, pobawię się w fotografię analogową, a potem w szukanie zakładu gdzie by mi to potem wywołali. Aparat ma spieprzony pomiar światła, ale kosztował 50zł, więc nie ma co aż tak strasznie narzekać. 


To jest ten nowy aparat z adorama.com
         Napisał do mnie Kamil, ten spotkany w Meridzie. Jest w Gujanie Francuskiej i mówi, że wpieprza nutellę, bo to najtańsze, co można dostać. Podobno gadają dziwnie, no i płacą w euro. Kamil już zdążył kopnąć się do Salvador de Bahia i wrócić nad Morze Karaibskie, a ja dalej w Wenezueli, to się porobiło. Strzeżysz jest w Panamie, ciekawe czy dojedzie do Caracas zanim ja wrócę do Bogoty, byłoby miło. Mieliśmy się spotkać półtora roku temu w Capurgana, ale zrobił mnie w konia i przeskoczył Darien samolotem do Medellin. Świnia, prawda?
         Caracas na dłuższą metę męczy. Zatruwa hałasem i spalinami. Tutaj, w Rio Caribe, zapach puszczy w miasteczku nie tyle wywołał entuzjazm – znaczy się to też, ale głównie to jednak zdziwienie. Zdziwienie, że miasteczko może pachnieć czym innym niż niskooktanową benzyną przepaloną przez milion wiekowych samochodów. 
         No, i nie ma oleju. Kilo pomidorów kosztuje tyle, co wypłata z dwóch dni pracy. Kilo mięsa – trzy, cztery dni. Kilo ziemniaków – dzień pracy. Wielu już nie ma za co. Nauczyciel Andrzeja wprost go poprosił o coś do jedzenia bo i tak niska wypłata w tym miesiącu w ogóle nie doszła. Nie ma kursu metrem, by ktoś nie prosił o pieniądze – na leki, na jedzenie. Nie ma kursu metrem by ktoś nie prosił. Nie ma! A czasem jadę tylko jedną stację. Jeszcze w grudniu zeszłego roku tak nie było, nie widziało się nikogo, może jednego przybłędę raz na czas, nic więcej. Uliczki Candelarii wypełniają kolejki, a ten idiota, Niemiec Niklas, mówi że rząd Wenezueli jest cudowny. Bo jest prawdziwa wolność, bo w Niemczech to jak ściągniesz coś z internetu, to zaraz ci policja drzwi wyważy. To może dlatego nigdy nie ciągnęło mnie do Niemiec? Niklas, zobacz, ludzie nie mają co jeść, spędzają całe dni w kolejkach. Ale kolejki są fajne, nigdy się nie nudzisz, możesz poznać nowych ludzi! Niklas, tu się kurwa już wszyscy dawno znają i nie w smak im noc w kolejce po kilo kurczaka. N. spędziła ostatnio z matką pół soboty w kolejce, ale po sześciu godzinach matka zasłabła od słońca i wróciły do domu z pustymi rękami. Ale ten kurczak jest tani! No jest kurwa tani, ale zrozum, że cały kraj zamiast pracować zapierdala od rana, albo od nocy jeszcze, do kolejki, po tego zajebiście taniego kurczaka importowanego z Brazylii, to kurwa nie ma sensu. Ale według Niklasa owszem, ma. Nie polubiliśmy go z Andrzejem, zatrzymał się u nas kilka dni i na szczęście zmył się sam po kilku dniach i nie trzeba go było wyrzucać siłą. Rząd już nie ma już ani pomysłu ani pieniędzy na wygranie wyborów. Ostatnio wojsko wyniosło całą zawartość magazynów targowiska Quinta Crespo, jednego z ostatnich miejsc w Caracas gdzie można było kupić coś więcej niż keczup. Tak po prostu. Okradli kilkudziesięciu przedsiębiorców na raz, doprowadzając przy okazji do bankructwa i rozpaczy (w tym roku Świąt nie będzie). Wytłumaczą ludowi, że sprzedawcy oszukiwali naród, sprzedadzą zrabowane w państwowych supermarketach i wszyscy zadowoleni, Niemiec Niklas najbardziej.
         Skończyłem książkę, wysłałem ją do E., J. i M. żeby przejrzeli i poszukali błędów, i chociaż tak bardzo lubię kawę i tartaletki z truskawkami z piekarni na rogu i zdążyłem stać się oddanym fanem orkiestry symfonicznej Simon Bolivar i dyrygenta Payara (w repertuarze na sezon 2015 m.in. Dworak i Strawiński; co za sprawność, co za entuzjazm, no i co za akustyka: sala krakowskiej filharmonii... no dobrze, sala krakowskiej filharmonii przy dowolnej innej wypada blado), zdecydowałem się wyjechać z Caracas na wakacje. Wybór padł na stan Sucre na wschodzie kraju: genialne plaże, co więcej dodać.

A to jest Sucre
         Zatrzymałem się najpierw kilka dni w Cumana, stanowej stolicy. Jedna plaża, druga plaża, nic nadzwyczajnego. Hamak między palmy, trochę czytania, trochę pływania. Mieszkałem u Sofii i poznałem przy tej okazji jej dwie znajome, Karen i Lulú. Co za piersi, bracia i siostry, co za piersi: wszystkie cztery – sztuczne. Ale wrażenie robią, trzeba im, piersiom, przyznać. W niedzielę wybrałem się do Araya. Wycieczka dość skomplikowana: najpierw trzeba się dostać do portu, władować do zadaszonej motoróweczki, która to zabiera nas na czubek półwyspu nachylającego się nad miastem Cumana. Tam, w Manicuare, znów busik – właściwie to pick-up z dwiema ławkami na pace i daszkiem dla Bogu ducha winnych pasażerów – i wreszcie można się rozłożyć na białym piasku. Araya imponuje: jest pustynna, żyje z saliny za miasteczkiem, przewiana suchym wiatrem przypomina kolumbijską Guajirę. Z sypiącej się fortecy nad brzegiem morza obserwuję linię plaży, odcinającą siedem odcieni krystalicznego turkusu dalej - przy horyzoncie, wpadającej w granat - od ziemistej pustyni półwyspu. Przybytek z kilkunastego wieku otaczają skały zanurzone głęboko w morską toń, pływam wokół. Fale są niskie jak na jeziorze, właściwie to dość dziwne: morze aż tak spokojne? Aż tak. I ten wiatr: chyba dawno nie czułem na twarzy zdecydowanej siły suchego powietrza. Zabrałem ją ze sobą i towarzyszy mi w Rio Caribe: wpada przez wysokie okna kolonialnego domu Daniela, wietrzy patio zajęte przez rozrośnięte limonkowe drzewo i jakieś chaszcze. Jest dużo przestrzeni: z pokoju do kuchni to cały spacer, zawsze się czegoś zapomni, więc się wraca, i jeszcze raz i jeszcze, wydeptując szlak bosymi stopami po ceramicznej posadzce. Klaustrofobiczne mieszkanie w Caracas chyba mi nie służy: tutaj, w przewietrzonych przestrzeniach, na krużgankach wokół patio, czuję lekkość jakąś dawno zapomnianą, dawno nieodczuwaną. Ściany obwieszają kostiumy i teatralne lalki, pozostałości po warsztatów dla dzieciaków z okolicy, które Daniel prowadził ze swoją, dopóki nie odeszła (coś jak szkoła cyrkowa w Granadzie, Nikaragua – łącznie z zapachem wilgoci i zaniedbania - ale z tą różnicą, że nie ma oleju w sklepach). Nie mogła przywyknąć  do klaustrofobicznej prowincjonalności Rio Caribe. Teraz mieszka w Paryżu. Każdy ma swoją własną klaustrofobię.


* * *

         Daniel pracuje teraz w fabryce czekolady. Ja nie wiem co zrobię. Posiedzę jeszcze w Rio Caribe – mam tu dużo książek, hamak, wiatr, przestrzeń i brak internetu w domu – potem wrócę do Caracas, porobię poprawki do książki, poczekam do szóstego grudnia, to znaczy do dnia wyborów parlamentarnych w Wenezueli. Pewnie wybuchnie jakaś fala protestów, rewolucja, wojna domowa, czy ja wiem. Obstawiam co następuje: chaviści powstrzymają się przed ogłoszeniem wyników wyborów jakiś tydzień. Potem albo go ogłoszą i nie uznają, twierdząc, że trzeba kontynuować rewolucję socjalistyczną (to zapowiada zresztą Maduro), albo ogłoszą wyniki fałszywe. W obu przypadkach na ulicę wyjdą ludzie. Władza rozkaże wojsku stłumienie protestów, ale wojsko się postawi, bo wielu generałom od dłuższego czasu cała ta zabawa w udawany komunizm też już się nie podoba. Dojdzie do czegoś w rodzaju zamachu stanu, albo właściwie nie zamachu tylko wyegzekwowania wyniku wyborów? A może jakaś dyktatura wojskowa, nie byłoby to nic nowego w dawnej Kapitanii Generalnej, karaibskiej bazie wojskowej o rozciągłości miliona kilometrów kwadratowych. A może po prostu wykradną do reszty to niewiele co zostało z rezerw międzynarodowych i wyjadą w pokoju szukać azylu z Rosji, Chinach czy Nikaragui. Zobaczymy. Tymczasem: bakłażany, w Rio Caribe mają doskonałe bakłażany! Taki bakłażan zapieczony z serem to sama radość. Do tego wyciąg z trzciny cukrowej z cytryną, hamak, książka, samba z niezłych głośników, czegóż chcieć więcej. No, może cycków koleżanek Sofii, ale ostatecznie w życiu nie można mieć wszystkiego.   

Komentarze

  1. Świetny wpis! Nieźle się uśmiałem, trochę nowego się dowiedziałem, zamyśliłem się. Czytam regularnie. Tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie, że się podobało, czekam na następny :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty