Chińskie jezioro Karakol

Czy po Chinach da się jeździć stopem? Jasne, nawet w pięć osób. Chociaż kierowca tira nie był zachwycony, gdy do szoferki pakowała mu się już czwarta osoba. I do dziś nie wiem jakeśmy to wymyślili: cztery osoby w jednym, jedna osoba w drugim. Ten pierwszy chyba po prostu mniej stanowczy był.

Nad jeziorem Karakol

W Kaszgarze siedziałem długo, no ale w końcu trzeba było sie gdzieś ruszyć: czas leci, wiza wygasa. Ruszyłem na południe, w kierunku Indii. Autostop na Karakorum Highway - trzeba przyznać, nie należy do najłatwiejszych, bo miejscowi nauczyli się już, że wszyscy miłośnicy gór z całego świata po prostu MUSZĄ TAM POJECHAĆ. Droga szła powoli, tu parę kilometrów, tam dwadzieścia. Po paru godzinach, jadąc chińskim pickupem, w jednym z przydrożnych miasteczek natknęliśmy się na znajome z Kaszgaru gęby: Włocha, Amerykanina, Hiszpana i zdaje się Szwajcara.

Włoch wskazując na swoją brodę (i przekonując, że ze względu na brodę jest z Indii/Pakistanu/Afganistanu/skądkolwiek), wykrzykując "maj friend/allah akbar/salam alejkum/cokolwiek" potrafił każdego (no, prawie każdego...) przekonać do podwiezienia darmowo całej tej międzynarodowej zbieraniny. Albo chociaż połowy. Najpierw jednak trzeba było samochód zatrzymać. Chińscy (kirgiscy/tadżyccy/ujgurscy) kierowcy dzielnie wymijali nas machających łapami przy drodze, na prawym pasie, na środku, na lewym... Kładliście się kiedyś na asfalcie wymuszając zatrzymanie :D?

Albowiem był tam asfalt. Do czasu.

Jechaliśmy czasem razem, czasem w podgrupach, czasem znowu się spotykaliśmy, aż w końcu po zmierzchu dotarliśmy nad jezioro. Hiszpan już tam był wcześniej, więc wiedział, że nie należy iść do głównej bramy, gdzie chcą za podejście do jeziora 40 czy więcej juanów (1 RMB to jakieś 50 groszy), ale przejść przez dziurę w lichym płocie i najzwyczajniej w świecie rozbić namioty.

Oto i one
Hiszpan był zresztą radosnym człowiekiem. Opowiadał, że podobało mu się w Mongolii, chociaż nie mówił za bardzo po angielsku. Ani po mongolsku. Ja zaś nie mówiłem po hiszpańsku. Ale i tak było wesoło.

No więc Hiszpan już tam był. Chodził po górach, jednych, drugich, policja go złapała, więziła, bagaż zgubił, bagażu nie znalazł, to znaczy znalazł, ale nie cały, no tragedii całe pasmo. A ten dalej wesoły.

No ale proszę Państwa, przejdźmy do konkretu. Jezioro. Jezioro jest wypas i czad. Piękne znaczy jest, a wypas jest dookoła: jaków i wielbłądów. Samo jezioro jest już wysoko (~3.5 tysiąca metrów), a jeszcze otaczają go malownicze, potężne szczyty: Kongur Shan (7649m n.p.m.) i Muztag Ata (7546m n.p.m.). Zakochać się można. Tak też uczyniłem. A z miłości tej i radości ogólnej obszedłem to jezioro dookoła, co zajmuje jakieś 4 godziny, jeśli akurat robi się przy tym milion zdjęć (co również uczyniłem).

Zanim zarzucę Was tym milionem zdjęć - ciekawostka kulturalna, nazwijmy to. Otóż jak już wspomniałem przy jeziorze jest brama. Bo Chińczycy lubią turystę za wszystko skasować - za podejście do jeziora, pójście w góry, wejście do lasu - no trochę z tym przesadzają. Ja za muzeum mogę zapłacić, no ale bez przesady. Już szczytem wszystkiego jest wspomniane onegdaj jezioro Kanas, gdzie za wstęp płaci się coś w stylu 75zł.

Przy czym jest to wbrew pozorom cena nie na bidnego Europejczyka (no bo sorry, ludzie w Europie w porównaniu do chińskich magnatów są po prostu biedni... może dlatego, że nie wyzyskują miliarda ludzi... tylko 350 milionów... no, a to 3 razy mniej), tylko na Chińczyków. Przyjeżdżają więc ci Chińczycy ze wschodnich Chin, jadą do kasy, płacą, przechodzą na ustalone miejsce, gdzie wszyscy jak jeden mąż wyciągają te ultradrogie aparaty z długaśnymi obiektywami i wszystkimi bajerami, robią wszyscy jedno i to samo zdjęcie, pakują się i wracają. Dokładnie tak to wygląda.

No i co im z tej kasy, z tych aparatów. Żaden z nich nie zobaczył jaka, nie pobawił się z wielbłądem... no i nie przespał w namiocie, rzecz jasna.

Jaki i Kongur Shan

Jaki z wody

Biały jak (edycja kolekcjonerska, nie mylić z białym krukiem)

Muztag Ata w towarzystwie chmury

Jak wiadomo władze chińskie mają głęboki respekt do różnych kultur i tradycji. Np. nomadycznych i turystycznych. No to żeby turysta ucieszył puchę, że zobaczył nomada, to się nomadowi zbuduje betonową jurtę. Tylko ona taka mało mobilna jest... No ale jest jurta? Jest!

Jak wynika z badań łotewskich naukowców: garby wielbłąda nie służą do przechowywania wody/tłuszczu/coca-coli na suche dni, ale do maskowania się w terenie pagórkowatym

Miłości, czułości

Muztag Ata w trawie

Muztag Ata bez trawy

Muztag Ata i droga

Droga i Kongur Shan - jedno z piękniejszych miejsc do łapania stopa

Tak, oni naprawdę pokazują "V" na zdjęciach

Czy w Australii jest Red Cangoroo?

Komentarze

  1. Czy ja dobrze czytam "power to body, peace to soul"? Czy to jest napój bogów?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty