Boliwia na gorąco

Pierwsze drzewo od, no właśnie, od jak dawna? Radość objawia się automatycznie, bez mojej wiedzy. Gdybym mógł się wówczas zobaczyć, powiedziałbym: zobaczyłem, jak uśmiech wypływa mi na twarz. Nie widziałem się jednak, napiszę więc: poczułem, jak kąciki ust rozszerzają się milimetr po milimetrze.

[tekst po poprawkach redakcji ukazał się w magazynie RowerTour, numer z października 2017 pod tytułem Na gorąco smakuje najlepiej] 
W okolicach Sucre: drzewa

Dla rowerzystów Boliwia to płaskowyż, altiplano. Może nie zawsze i może nie dla wszystkich, ale na pewno: zazwyczaj. Boliwia, czyli dwieście kilometrów po solnym jeziorze Uyuni, Boliwia czyli księżycowe krajobrazy na trasie od La Paz po argentyńską lub chilijską granicę, Boliwia na blisko czterech tysiącach metrów nad poziomem morza z jej bólem głowy, chłodnym klimatem i brakiem tlenu. Ale. Wystarczy bardzo powierzchownie rzucić okiem na mapę Boliwii by przekonać się, że oprócz szarawej plamy oznaczającej góry, mamy również plamy zielone (dżungla) i żółte (pampa). Mało tego: plama szara jest stosunkowo mała. Tak naprawdę zimne altiplano zajmuje zupełnie niewiele, bo tylko nieco ponad jedną czwartą boliwijskiego terytorium. A co z pozostałą, nizinną strefą kraju? Jak smakuje Boliwia na gorąco?

--> zob. Boliwia na zimno

Zawsze byłem dobrym uczniem i studentem, więc zadanie domowe odbębniłem na pięć. W rozumieniu: ogłaszane jako „jedyna i słuszna Boliwia” górskie rejony objechałem ze starannością godną Białorusina (tu taka dygresja: bo jakby Czytelnik nie wiedział, Białorusini są Niemcami wśród Słowian, warto propagować takie pozytywne stereotypy o sąsiadach). Po peruwiańskim rajdzie brzegiem jeziora Titicaca wpadłem do Copacabany, gdzie za bezcen kupiłem nowy i zupełnie porządny śpiwór puchowy. Dalej La Paz, Oruro, Challapata, zjazd na Salinas, Wigilia Bożego Narodzenia z nocną załogą szpitala, białe tafle Salar de Uyuni, dwieście kilometrów na wschód: Potosi. A między tymi punktami: nic. Pustka, którą odwiedzają tylko czarne chmury pory deszczowej. Wydaje się, że są obdarzone wolną wolą. Nie idą zbitym blokiem, frontem atmosferycznym. Sprawiają raczej wrażenie, że spacerują sobie po płaskowyżu to tu, to tam, i zlewają zimną wodą nieszczęśników, którzy akurat znaleźli się na ich drodze. Deszczu jednak w ogóle nie ma w tym roku dużo. Niewiele poletek tych niewielu ludzkich osad z gliny i blachy przypomina raczej piaskownice niż uprawy. Jest szaro. Krajobraz śmierci, bo nie widać ani wody, ani zieleni. I to, z jednej strony, wywołuje zachwyt, bo widoki płaskowyżu bywają naprawdę onieśmielające. Biała nieskończoność Uyuni zupełnie odbiera mowę. Ale. Ale i zasmuca. Napawa strachem. No bo w porządku, piękne to słone jezioro, dziesiątki, setki kilometrów niczego, ale jak się w tej pustce zgubisz, to co? Skąd woda? Skąd jedzenie? Od kogo pomoc?

Nie chodzi mi o to, że rzeczywiście tak myślę. Ja to przeczuwam. Nawet nie mój umysł, ale ciało: na pewno. Mój umysł jest pewny siebie: mam zapasy, kuchenkę, butelki wody, mapy, widzę górę, widzę wyspę, łapię orientację, co się może stać?, przecież nic się nie stanie, a jeśli się stanie, to sobie poradzę, dlaczego miałbym sobie nie poradzić? Ale. Ale gdzieś tam w głębi duszy, gdzieś w mikroskopijnych skurczach mięśni czai się niepokój, że jeśli tutaj coś nawali, to umarł w butach. Dlatego kiedy ten grobowo śmiertelny krajobraz altiplano kończy się wreszcie, kiedy na zjeździe z Potosi w stronę Sucre pojawia się pierwsze drzewo, na twarzy kwitnie uśmiech. Z każdym kolejnym drzewem ten uśmiech rośnie, aż w końcu pedałujący śmieje się w głos. To wydarzyło się już kilka miesięcy temu, a ja wciąż pamiętam chwilę, w której po raz pierwszy usłyszałem, jak śpiewa ptak. Bo przecież drzewo, czy ja wiem, może to jakaś sztuczka, może ktoś je wyciął z kartonu i postawił koło drogi, ale ptak, no, tego nie da się zrobić na niby, więc już wiem na pewno, że to, w co wjeżdżam, to jest życie. Następnie zaczynają pachnieć trawy, a gdy zjeżdżam coraz niżej, ich zapach staje się coraz intensywniejszy, ciężki, wilgotny. Wtedy już nie ma żadnych wątpliwości. To jest życie, a życie to radość, bo jeśli starczyło tu wody, pokarmu, ciepła, słowem: jeśli starczyło życia dla drzew, dla ptaków i dla traw, to starczy i dla mnie.

Banany

Mieszkałaś kiedyś w domu, gdzie w ogrodzie rósł bananowiec? Najlepiej jeśli był to bananowiec typu platano, nazwijmy go: platanowiec, ten, który rodzi owoce większe od bananów, te które zazwyczaj smaży się, piecze, gotuje, z których robi się obiady, mieszkałaś? Chodziłaś sprawdzić, czy owoce już urosły? A gdy urosły, gdy patrzyłaś na racimo, na tę gigantyczną kiść z kilkudziesięcioma wielgachnymi platanos, co czułaś? Nie czułaś radości? Może nie zdawałaś sobie sprawy, ale twoje ciało musiało przecież wiedzieć, że z tym, co wisi na drzewie, możesz spokojnie przeżyć, bo ja wiem, trzy tygodnie, miesiąc? A gdy się skończy miesiąc, dojrzeją platanos na drzewie obok, że niedaleko szemrze strumień, że ryby, że tu jesteś bezpieczna, bo z głodu nie umrzesz, no więc śmiałaś się do tej kiści bananów? Ja się śmiałem. Gdy mieszkałem przez krótki czas w Ayampe w Ekwadorze, przyszedł dla mojego platanowca czas rozwiązania. Pień tego drzewa jest bardzo wątły i roślina uginała się pod ciężarem owoców, pod ciężarem jedzenia, moich śniadań i kolacji. Kiść zwisała nad działką sąsiada, więc najpierw odciągnąłem linami pień w drugą stronę. Następnie odciąłem racimo i podwiesiłem pod dachem, na pewno widziałaś, ludzie zawsze je tak podwieszają. Ale nie w byle jakim miejscu tylko tak, by można było widzieć go z okna. Tak, bym mógł sobie zaglądać, jak wisi, jak dynda na wietrze, jak dojrzewa, że ten czy tamten dojrzał już za bardzo i najwyraźniej przyleciały w nocy nietoperze i nadgryzły czubeczek. Patrzyłem na kiść i czułem się dobrze, spokojnie i pewnie.

Boliwia na gorąco smakuje radośniej, bo w Boliwii na gorąco w ogóle jest co jeść. Podczas gdy na altiplano mężczyźni codziennie wychodzą w tych samych spodniach i koszulach by orać piaszczystą ziemię przy pomocy pary wołów, po nizinach zasuwają najnowsze johndeery zbierając tysiące ton genetycznie modyfikowanej soi z bezkresnego latyfundium. Oczywiście, żadna z tych dwóch alternatyw nie jest dobra.

Czyli kilkadziesiąt kilometrów za Potosi widzę pierwsze drzewo. Dalej tych drzew jest już coraz więcej, większe są też domy, już nie zawsze z suszonej gliny, a przydrożne bistra z baraków o niskim stropie zmieniają się w obszerne sale, których wysokokubaturowe wnętrza wietrzy przyjemna, górska bryza. Kucharka zagaduje, mężczyzna przy stoliku obok pyta o coś, dziewczyny na zmywaku wyglądają przez kuchenne okienko raz, drugi, w końcu wybuchają śmiechem, śmieją się jak do wielkiej kiści bananów, tak jak na altiplano nikt się nie śmieje, bo nigdy takiej kiści nie miał dla siebie. Może nawet nigdy jej nie widział.

Zjazd do rzeki, znów podjazd, coraz późniejsze popołudnie, znowu zjazd, wpadam w wąską dolinę. Boliwijczycy dzielą swój kraj na płaskowyż, równiny i doliny. Doliny oddzielają płaskowyż od równin: to miejsce, gdzie altiplano rozmienia się na wąskie pasma gór poprzerzynane rzekami. Te pasma stopniowo maleją, aż w końcu znikają całkowicie. Strefa urocza, obfita, bo woda, bo owoce, bo brzoskwinie i winogrona. Dla rowerzysty: region dość upierdliwy, bo droga na zmianę spada ostro do rzeki, by za chwilę piąć się na kolejną grań. Czyli wpadam w wąską dolinę, więc brzoskwinie i winogrona, w roli łyżki dziegciu w beczce miodu: smród nieczystości spuszczanych do rzeki z miasta Sucre, do którego dojeżdżam już nieco po zmroku.

Sucre

Sucrenka

I znów Sucre, czyli stolica Boliwii

Już za Sucre

W drodze do Aiquile

Przyjechałem późno, mimo to zdążyłem na rozpoczęcie Tour des Polonais, czyli Tour po Polakach, nie mylić z Tour de Pologne, Tourem po Polsce. Dzień dobry, o, pan z Polski, Marek Dubanik, bardzo mi miło, w czy mogę?, no, jakby tak na parę nocy, jasne, proszę chwilę poczekać, zobaczę co się da zrobić. Nocleg przy kościele franciszkanów w Sucre stał pod znakiem doskonałości: doskonały klimat boliwijskich valles, dolin, a więc nie za zimno nie za gorąco; doskonała kawa z rana i po obiedzie; doskonały nastrój niedużego, kolonialnego miasta białych murów, czerwonych dachów i niewielkiego ruchu samochodowego. Okazuje się, że w Boliwii stacjonuje najliczniejszy chyba w całej Ameryce kontyngent polskich misjonarzy. Informację o ojcu Dubaniku z Sucre dostałem od rowerzystki Kasi spotkanej rok wcześniej w Kolumbii. Na miejscu, w Boliwii, na bieżąco dostawałem informacje o najbliższym rodaku, których koniec końców odwiedziłem całe mnóstwo, a to wciąż tylko niewielka część całej misyjnej puli. I tak po Sucre przyszło Aiquile, kilka dni później Bulo Bulo, Santa Cruz, w końcu cała seria duchownych rozstawionych we wschodniej Boliwii na odległości dokładnie jednego dnia drogi rowerem, a więc Cuatro Cañadas, San Ramon, San Javier i Concepcion. Jest to drugie z ułatwień noclegowych w podróżach po tym kraju. Pierwsze, bo pierwszorzędne i jeszcze powszechniejsze, to budynki komunalne. Można ślepo liczyć, że nawet w najmizerniejszej boliwijskiej wiosce znajdziemy suche miejsce do spania: zadaszone boisko (najczęściej), otwartą świetlicę czy salę rady sąsiedzkiej. Dodatkowo świecące świeżą farbą budynki nowych szkół często wyposażone są w stróża, który to stróż raczej nie będzie sprzeciwiał się, by zająć jedną z klas na nocny spoczynek. Musze przyznać, że Boliwia okazała się dla mnie jednym z krajów, gdzie szukanie noclegu okazało się najłatwiejsze. Doszedłem wręcz do stanu swoistej beztroski: gdy nadchodził zmrok, po prostu zatrzymywałem się w pierwszej lepszej miejscowości, całkowicie pewny, że przecież jakieś miejsce do spania się znajdzie, i nigdy się nie zawiodłem.

Zostały jeszcze dwa podjazdy: jeden za Sucre, drugi za Cochabambą. Szosa – zresztą: doskonałej jakości – dochodzi do 3500 m n.p.m., ale są to jedynie wąskie granie, za którymi zaraz spadamy z powrotem w niższe rejony. Za Cochabambą spadamy zresztą na dobre: iglaste lasy ustępują liściastym, te liściaste stopniowo gęstnieją i wyrzucają z siebie obfite strumienie krystalicznej wody. Jest wieczór, po południu padało i zbocze po drugiej stronie rzeki wygląda jak cedzak w użyciu. Między zielonymi kopułami przesuwają się leniwie mleczne kałuże mgieł. Wpadam rozpędzony do maleńkiej wioski: jeden, drugi, trzeci dom; dom z desek kryty blachą, przed domem drewniane stoisko z bananami. Gałęzie pełne owoców zwisają ze zmurszałych pni zbitych na słowo honoru przerdzewiałym gwoździem. Staruszka w tradycyjnej spódnicy siedzi obok i przesuwa palcem po dotykowym ekranie lśniącego telefonu. Kilka kilometrów dalej: we wsi sprzedają imbir, świeżo wyjęte z ziemi korzenie przyprawy piętrzą się przy drodze. Głuchy las, osiem, góra dziesięć domów, sklep mydło, powidło no i ten imbir, dwójka dziesięciolatków w roli obsługi. Przyjeżdża biały facet na rowerze zawalonym gratami, mówi dzień dobry. Odpowiadają mechanicznie dzień dobry, ale nie widzą go, bo patrzą w ekran telefonu. Chyba coś się na świecie zmieniło, a ja dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę. Noc na zadaszonym boisku z szarym psem u boku. Właściwie to były dwa psy: jeden skakał jak źrebak, jak konik polny, drugi patrzył smutnymi oczami, zresztą: czy ktoś widział kiedyś psa o wesołych oczach. Coś jak dwa psy zamknięte w jednym.

Coś jak dwa kraje zamknięte w jednym: na górze szarość i wstydliwa cisza, pustka i woda, która nie chce wychodzić z kranu, bo już jej nie ma, bo wyschło jezioro, bo kopalnie wszystko zużyły; na dole obfite rzeki o szerokich korytach, śmiech w głos, soja, kukurydza, banany i koka.

Zjazd z Cochabamby kończy się w Villa Tunari. Dalej jest już płasko i to jest prawdziwa droga śmierci, bo wąsko, a to główna arteria kraju: trasa między La Paz i Santa Cruz, między dwoma największymi miastami, więc gdy znikają góry i droga prosta jak drut, przeładowane tiry dociskają do limitu prędkości, jeśli w ogóle mają taki limit. Istnieją odcinki, na których wybudowano drugą nitkę, po której jeszcze nikt nie jeździ, a lokalni wytwórcy koki suszą jej liście na świeżo wylanym asfalcie. Ale ogólnie tak mniej więcej do Bulo Bulo jazda nie sprawia wiele radości. Za Bulo rozpoczyna się departament Santa Cruz, a przy drodze wyrasta metrowe asfaltowane pobocze i już nie trzeba walczyć z rozpędzonymi kilkudziesięciotonowymi ciężarówkami o miejsce na drodze.

Dyskusje na placu w Cochabamba

Na zjeździe do Villa Tunari

Smutno-wesoły pies
Pierwszy nocleg na nizinie

Koka na asfalcie

i rzeka 

Nie ma co się oszukiwać: opisany wyżej kokainowy region Chapare, a podejrzewam że i cała północna Boliwia, nie są stworzone do eksploracji rowerowej. Samotna nić drogi wżyna się w nieprzebyte tysiące kilometrów kwadratowych dżungli, ale żeby naprawdę ją poznać, trzeba wpakować się w czółno, w kajak, i wybrać w podróż rzekami, które stanowią rzeczywiste trasy komunikacyjne między samotnymi osadami porozrzucanymi po puszczy. Wydaje się więc, że jeśli ktoś miałby ochotę posmakować Boliwii na gorąco na dwóch kołach, mógłby spokojnie rozpocząć trasę dopiero w Santa Cruz i podarować sobie wątpliwą przyjemność ścigania się z tirami na trzystu trzydziestu kilometrach drogi z Villa Tunari (chociaż kalejdoskop krajobrazów na zjeździe z 3500 m n.p.m. przy Cochabambie do nizinnego Tunari może być wart takiego poświęcenia).

Santa Cruz de la Sierra to największe miasto w kraju i nieformalna stolica tej drugiej Boliwii, która nie ma nic wspólnego z językiem keczua i ajmara, mrożonymi i suszonymi ziemniakami chunio, stekami z lamy i Evo Moralesem. Żyje tam lud radosny i beztroski, muzyka traci melancholijny lament a zyskuje na żywości, w potrawach pojawia się platano, zmienia się akcent, słownictwo, rysy twarzy, słowem: różnic kulturowych wystarczyłoby, by między altiplano i los llanos postawić granicę państwową. Taki pomysł jest jednak złudnym ułatwieniem, bo tak tamtym z góry, jak i tym z nizin, przyniosłoby to więcej przykrości niż pożytku: z nizin na górę wędruje mięso, z gór (dokładniej: z dolin) na niziny przychodzą warzywa i owoce. Co przychodzi z altiplano? Imigranci, resztki srebra z Potosi i parę innych minerałów, z jedzenia: nie za wiele. Chociaż mrożone i suszone ziemniaczki chunio zadziwiająco przyjęły się w całym kraju, przywleczone właśnie z migrującymi handlarzami z gór, którzy szukają szczęścia na nizinach. Jest ich już zresztą zupełnie dużo i podobno z roku na rok ich liczba rośnie. Nie da się ich nie zauważyć: babina o ostrych rysach twarzy w ciężkiej sukni z halką i kuchennym fartuchem w czterdziestostopniowym upale nie ujdzie oku przechodnia.

Czytelnik zdąży już pewnie pomyśleć, że cała ta Boliwia na gorąco to jest jakiś bezsens zupełny, jakaś lipa po prostu, ale cierpliwości, jeszcze będzie przyjemnie. Najpierw jednak, wyjechawszy z Santa Cruz, trzeba odbębnić dwa dni relatywnej nudy: dwieście kilometrów (pod wiatr) przez niekończące się uprawy genetycznie modyfikowanej soi i kukurydzy, salony sprzedaży kombajnów z klimatyzacją w kabinie i metalowe wieże silosów. Na poprawę humoru: w okolicach Pailonu można znaleźć kolonie Menonitów. Zupełnie biali faceci w identycznych koszulach w kratę i portkach na szelkach spowici mgiełką nienaganności wyglądają jak eksponaty z Disneylandu w kolorowym rozgardiaszu latynoamerykańskim. Po dwustu kilometrach: San Ramon, tam się zaczyna dobre.

Każdy kto jeździł rowerem po Roztoczu z pewnością dobrze zna instytucję ławki sklepowej. Ławka sklepowa składa się z dwóch pieńków podtrzymujących i deski siadalnej, a ustawia się ją zazwyczaj pod ścianą sklepu w akompaniamencie niewielkiego daszku. Przyrząd ten, nadzwyczaj pożyteczny, służy spożywaniu kefiru i innych napojów chłodzących w towarzystwie ludności miejscowej. Ławki sklepowe występują w różnych częściach Polski, aczkolwiek jest to zazwyczaj występowanie sporadyczne. Na Roztoczu ławka sklepowa występuje obowiązkowo, na dalekim wschodzie Boliwii: również, i jest to pierwsza z cech wspólnych, jakie posiadają te dwa pozornie tylko odległe regiony. Dalej: tak Roztocze jak i Chiquitania to obszary ogólnie leśne z niewielkimi jedynie wtrętami w postaci z rzadka pojawiających się miasteczek. Miasteczka te zaś mają charakter spokojny, senny, gdzie zegary na kościelnych wieżach nigdy nie chodzą, bo i czas dawno już przestał tu płynąć. Do tego drewniane kościoły i w końcu: oba regiony leżą na wschodzie, pozostają w niejakim zapomnieniu i efektywnej separacji, i obu na dobre to wychodzi.

San Ramon, upalne popołudnie miesiąca lutego roku Pańskiego 2017. Ksiądz Kazimierz zabiera się do pracy, do mianowicie koszenia trawy na kościelnej posesji. Ksiądz Kazimierz mieszka tu już długi czas i nabył obyczajów miejscowych. Siada przy drewnianym stole z zieloną foliówką koki i oddziela liście z ostrymi końcami od liści z końcami łagodnymi, jako że te pierwsze podczas żucia podrażniają podniebienie, a te drugie – nie, od tego zaczyna się każda praca fizyczna w Boliwii. Mijają kwadranse. Wpada sąsiad, kawy?, nie, bo gorąco, zimnej wody?, owszem. Ksiądz Kazimierz wstaje, idzie do lodówki, przynosi wodę, wraca do przebierania liści. Był w Buenos Aires? Był, autobusem, ile godzin, ile zapłacił. Bardzo zmęczony? Bardzo, więc wraca do domu, do zobaczenia. Ostatni pomruk gasnącego silnika, Marek z Concepcion, kawy? O, bardzo chętnie, macie mleko? O, jak ja dawno nie piłem tak z mlekiem. Od słowa do słowa, kupki liści koki rosną, zmrok zapada, trawa nie zając, nie ucieknie, taki klimat.

Nowa transgeniczna kukurydza AGRI 340 w specjalnej promocji!

Silosy. Ja wiem, ja wiem, myśleliście że w Boliwii nie ma internetu ani prądu elektrycznego, ale są silosy i najnowsze traktory johndeera z klimatyzacją i maszyny do spryskiwania o oponach o czterometrowej średnicy sterowanych przez gps

Droga do Beni

Soja, równie transgeniczna i spryskiwana rakotwórczym glifosatem co kukurydza AGRI 340

Taka miła rzeka

Ale miało być o rowerach. Czasem miałbym ochotę skonsultować się z Czytelnikiem w czasie rzeczywistym: Czytelniku, ale czy Ty naprawdę chcesz, żeby było o rowerach? O rowerach jest przecież zawsze tak samo: pedałowanie, lewa noga w dół, prawa w górę, potem odwrotnie, pod górkę, pot, z górki, bryza, odpoczynek, mrówki gryzące w tyłek, gdzie jest jakiś pieniek?, może wyjąć karimatę?, ale potem trzeba będzie ją składać, z powrotem zapinać, więc pieniek, jedziemy dalej, metalowa barierka też może być, ale żeby tak jeszcze w cieniu, więc nie, więc dalej i tak dalej. To było o rowerach w skali mikro, teraz o rowerach w skali makro: a więc Chiquitania to jedno z tych niewielu miejsc na kontynencie amerykańskim, gdzie po dżungli można jeździć asfaltem. Ten asfalt ciągnie się aż do San Ignacio de Velasco, blisko trzysta kilometrów, trzy spokojne miasteczka, cztery jeszcze spokojniejsze wsie, kilka mniejszych przysiółków, sklepy z oranżadą marki „oranżada”, ławki sklepowe w cieniu, sklepowa bujająca się w sparciałym hamaku, nie męczysz się tak, młody?, no, trochę się męczę, wie pani, to słońce, ja sobie tu chwilę posiedzę w tym cieniu, a siedź młody, ty się tak młody nie spiesz, ty sobie siedź. To jest najlepszy klimat do spędzenia wakacji: takie miejsca, w których nic się nie dzieje, w których ludzie niczego nie oczekują od ciebie i w ogóle na nic nie czekają, bo wszystko już jest: woda, banany, maniok, słońce, czego chcieć więcej. Za San Ignacio droga już bez asfaltu, dwieście kilometrów, chociaż już się zabierają, tam też będą asfaltować, młody, jak przyjedziesz za rok, to już będzie. Są dwie opcje: przez Santa Ana i przez San Miguel, ale lepiej tą pierwszą, młody, bo ta druga strasznie kamienista, a dystans do San Rafael ten sam, kilometrów siedemdziesiąt.

Kościół w San Javier

Wnętrze

Patio

Sypialnia (ksiądz był innej narodowości niż ja, był Ślązakiem, ale mnie, Polaka, przyjął)

Pagóreczki

Uliczki Concepcion

Detal

Ołtarz (w Concepcion biskup jest Polak z kolei, alem go nie zastał, na leczeniach był akurat w kraju ojczystym)

Drewniany jezuita

Cola marki "Cola"

Siedzonka, ławki, krzesełka

Prostości

Placyki

Kościółki wiejskie

San Ignacio de Velasco

Vis a vis

Wylotówka na Santa Ana

Rzeczywiście, ta przez Santa Anę to jest bajka. Kiedy cztery lata temu wpadł mi do głowy pomysł by jeździć rowerem po Ameryce Południowej, wyobrażałem to sobie tak: szeroko rozlana droga z czerwonej ziemi przebijająca się przez gęste, ciemnozielone zarośla dżungli, w górze błękitne niebo rozświetlone tropikalnym słońcem i ciepła woda w butelce. I tak to właśnie wygląda przez Santa Ana do San Rafael, natomiast za San Rafael robi się mniej idyllicznie: tutaj mamy do czynienia z piaszczystą drogą tarką, sto trzydzieści kilometrów do asfaltu w San Jose turlamy się klekocząc przez bite trzy dni. Turlamy się, bo od San Rafael jedzie ze mną J. i to dzięki obecności J. wiem, że spanie w dwójkę w dwuosobowym namiocie w tamtejszych stronach jest niehumanitarne, chyba że ktoś potrafi spać w saunie i nie zużywa dużo tlenu.

Ale to nic. W końcu przychodzi i asfalt, ale ogólny klimat nie zmienia się, bo wciąż nikt na nic nie czeka i niczego nie oczekuje. Bo rosną banany, bo wszystko już jest. Jak rzeka – to chlup do wody, jak sklep – to ławka i oranżada, jak człowiek – to pogaduchy, jak zachód słońca - to fioletowy. We wschodniej Boliwii znalazłem topos tego, co można by uznać za podróżowanie po Ameryce, tego co się w tej Ameryce szuka: miejsc gdzie nie dotarła jeszcze transgeniczna soja, huk nieustannie pęczniejących, wielomilionowych miast, budzące grozę rozpędzone ciężarówki, szklane centra handlowe, pośpiech i szał na coraz to nowsze telefony z dotykowym ekranem. Taka Boliwia na gorąco smakuje mi najbardziej.


Zwolniłem

To jest to

Zachody

Santa Ana

Wnętrze

Jessi

Dróżka

Rzeczka

Tu się rozpoczął projekt

San Jose

Oranżada z papai marki "Papaja". Ojciec Kazimierz powiada, że wypala żołądek lepiej niż rok picia wódki

Widoczki (Chochis)

Okolice

Placyki

Prawie jak Gran Sabana, nie?

Carnaval!

Patio szkoły w Robore

Dobranoc



Komentarze

  1. "Czytelniku, ale czy Ty naprawdę chcesz, żeby było o rowerach?"
    Fizyk, proszę tylko nie o rowerach ;) Ileż można pisać ciągle o tym samym; że się jedzie, wiatr, biwak, jedzenie i tak do znudzenia.
    Więc naprawdę nie chce aby było o rowerach.
    Pozdrawiam
    Seweryn

    OdpowiedzUsuń
  2. Super zdjęcia, na prawdę w tej Boliwii jest ładnie. Podoba mi się takie obcowanie z naturą, muszę się wybrać tam jak będę miał możliwości na pewno się wybiorę ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie :-). O rowerach wystarczy tyle ile jest :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie tam jest, chciałbym tam pojechać, może kiedyś :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ piękne zdjęcia! I piękne kościółki!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Komantarzopisarze proszeni są o się podpisanie!

Popularne posty